Layout by TYLER
Fonts:dafont.com
Background:gyapo
Główna Regulamin Co to jest? Prozaicy - powrót Konkursy Facebook
Witaj na Prozaicy: Piórem! Jest to miejsce przeznaczone na publikację tekstów napisanych z myślą o konkursach lub akcjach literackich, organizowanych przez Prozaików. W celu poznania dokładniejszych informacji, zapraszam do zakładki "Regulamin" oraz "Co to jest?".
Kontakt: e-mail:prozaicy@vp.pl lub gg: 2171207 - halska.

Brak komentarzy:

[double – ff Igrzysk Śmierci]
Po moim powrocie do Dwunastego Dystryktu już nigdy nie rozmawialiśmy o Gale’u. Doskonale wiedziałem, że czasami o nim myśli i cóż mogłem na to poradzić… Byłem jedynie zakochanym w niej synem piekarza, podczas gdy on otrzymał od losu wiele okazji do pielęgnowania tego co się między nimi znajdowało. Czasami miałem wręcz wrażenie, że ona dostrzega go w promieniach światła przebijających się przez warstwę liści, zapachu deszczu, czy myśliwskiej kurtce swojego ojca. Chociaż broniłem się przed tym jak mogłem, nie potrafiłem odrzucić od siebie tego nieodpartego wrażenia. W takich momentach zawsze jednak starałem się przywołać do siebie wspomnienia dotyczące nas, tak aby wyparły te związane z nimi.
 Można by powiedzieć, że wybrała mnie tylko dlatego, że nie miała innej opcji. Jednak w głębi serca czuje, że nawet gdyby los postąpił inaczej, ona i tak skończyłaby u mojego boku. Bo gdyby tak się nie stało, aż strach myśleć jak wyglądałby nasz świat. Nie tylko nas jako rodziny, nie tylko mieszkańców dwunastki, ale całego Panem. Dziewczyna, która igrała z ogniem wznieciła pożar, który po wygraniu rebelii powinien zgasnąć; on natomiast jedynie wzmagałby się, przenoszony z miejsca na miejsce przez towarzyszący jej wicher. Świat na pewno nie wyglądałby tak jak dzisiaj. Tego jestem pewien.


                                                                                         
Brak komentarzy:

Słyszałeś kiedyś o drzewie wisielców? Nie? Naprawdę nigdy? Wiesz, o tam, za cukrową doliną, nad stawem smutku, który podobno składa się wyłącznie z łez rozdzielonych kochanków. Może to i dobrze, że los ustrzegł cię od takiej wiedzy… Zastanawiasz się, skąd moje pytanie? Już mówię.
Każda historia miłosna zaczyna się od dwóch osób. Czasami udaje im się dobrać tak, że są szczęśliwi do końca swoich dni. Innym razem jednak jest wręcz przeciwnie. Niestety moja historia należy do tej drugiej grupy.
Kochałem kiedyś piękną dziewczynę i przez długi czas wydawało mi się, że z wzajemnością. Chciałem jej przybliżyć nieba i spełnić wszystkie marzenia, a tak się składało, że tym największym było uwolnienie się spod wpływu matki. Więc ukradłam magiczne zwierciadło i za jego pomocą znaleźliśmy się tutaj, w Krainie Czarów. Nie rozglądaj się; jej tu nie dostrzeżesz. Ukrywa się teraz pod innym imieniem. Porzuciła mnie dla władzy i bogactwa, nagle i niespodziewanie. Ból który wtedy przeszył moje serce był tak ogromy, że musiałem uciec się do straszliwego czynu…

Pytasz czemu zacząłem opowieść od drzewa? Cóż… jeśli podejdziesz do niego wystarczająco blisko możesz usłyszeć zduszone bicie serca. Nie, to nie drzewo. To moje serce tam leży, zakopane pod kamieniem między korzeniami drzewa wisielców. 
Brak komentarzy:

Kiedyś Syriusz miał dom; posiadał rodzinę i swoje cztery kąty. Może i od zawsze odczuwał fakt, że nie jest najukochańszym synem, gdyż wiecznie stawiano mu za przykład młodszego brata Regulusa, ale przynajmniej miał gdzie wracać.
Wszystko zmieniło się pewnego deszczowego wieczoru, pod koniec lipca, gdy miał szesnaście lat. Tajemnica wypłynęła na wierzch, niczym jabłko, które wpadło do jeziora. Chłopak czuł się zdecydowanie zbyt pewnie, niedoskonale maskując swój związek z mugolską dziewczyną. Myślał, że to właśnie ta, z którą miałby spędzić resztę swojego życia, dlatego też nawet nie starał się ugasić pożaru, który rozpętał się pięć lat wcześniej – gdy został przyjęty do Gryffindoru i zaczął na każdym kroku podkreślać swoją odmienność od pozostałych członków rodu Blacków.
Gdy wrócił tego wieczoru do domu, matka siedziała sztywno w jadalni przy ogromnym stole, który mógłby pomieścić przynajmniej tuzin ludzi. Obsługiwał ją domowy skrzat – Stworek, który szedł właśnie z kuchni z wazą pełną zupy, rzucając mu przy tym nienawistne spojrzenie. Pani Black w ogóle się nie poruszała, zamarła w miejscu, niczym starożytny posąg z ustami zaciśniętymi w cienką linię i ciężkimi powiekami zakrywającymi połowę oczu, tak jakby była na tyle zmęczona, że wyżej nie potrafiła ich podnieść. Gryfon miał zamiar zachować się tak jak każdego innego wieczoru – wejść po schodach na ostatnią kondygnację, nie zaszczycając jej nawet słowem, po czym zamknąć się w swoim pokoju, który dzięki zaklęciu Trwałego Przylepca stał się ostoją Domu Lwa w tej ponurej rezydencji pod adresem Grimmauld Place 12. Tym razem tak się jednak nie stało. Nim zdążył postawić stopę na pierwszym stopniu, dobiegł go wyczyszczony z wszelkich emocji głos matki wymawiającej jego imię.
Początkowo nie wiedział, o co jej chodzi; wydawało mu się, że swój związek ukrywa dostatecznie dobrze, aby się o nim nie dowiedziała. Nie miał pojęcia, jak bardzo się mylił. Ledwo przekroczył próg kuchni, tuż obok ucha śmignęło mu zaklęcie Totalnego Porażenia Ciała.
– Jak mogłeś mi to zrobić?! – wysyczała przez zaciśnięte zęby, w palcach obracając swoją elegancką różdżkę; z każdym słowem dało się wyczuć w jej głosie narastająca nienawiść. Powoli odsunęła krzesło od stołu, jeszcze wolniej przy tym wstając. Uniosła różdżkę i podjęła ponowną próbę, zaklęcie jednak znowu chybiło o cal; nie wiadomo czy z powodu trzęsących się ze złości rąk, czy może z faktu, że właśnie chciała skrzywdzić swoje dziecko, co okazało się trudniejsze, niż myślała.  Kolejne zaklęcia, którymi miała zamiar uraczyć syna, nie były już tak łagodne jak to pierwsze, które miało na celu jedynie uniemożliwienie mu ucieczki, która w tej chwili wydawała się jedyną możliwą opcją. W popłochu wpadł na schody, przeskakując po kilka stopni na raz. Jak burza wpadł do swojego pokoju, przywołując do siebie starą żeglarską torbę, jako że szkolny kufer wydawał mu się zdecydowanie zbyt duży jak na ucieczkę. Wiedział, jak bardzo matka nie lubi teleportacji; na pewno wchodziła teraz po schodach, co bardzo utrudniała ciężka i długa suknia z zielonego atłasu. Nerwowymi ruchami trzęsących się dłoni wrzucał do worka co potrzebniejsze i bardziej osobiste przedmioty, plując sobie w brodę, że nigdy nie nauczył się zaklęć przyspieszających ten proces. Wtem, za jego plecami, pojawił się jego młodszy brat. Regulus cicho wypowiedział zaklęcie i wszystkie przedmioty magicznie wylądowały w środku.
– Jest już na półpiętrze; idź, ja ją zatrzymam – dodał cicho, patrząc mu w oczy nieodgadnionym wzrokiem.
– Dziękuję – odparł z wdzięcznością; dziękował nie tylko za pomoc, dziękował również za to, że chłopak jeszcze nie stał się takim ścierwem jak reszta rodziny.
Później, tego samego wieczoru, Regulus z wielkim bólem i śladem po wymierzonym przez matkę policzku wypalił wielką, czarną dziurę w gobelinie z drzewem rodowym Blacków, w miejscu, gdzie znajdowała się głowa starszego brata, ale też po części gdzieś na dnie swojego serca. Wtedy jeszcze o tym nie wiedział, ale kiedyś miała się ona stać drogą do ponownego odnalezienia światła.

Brak komentarzy:
[Uwaga! Poniższe fanfiction zawiera spoilery do filmu „Looper”]

Co było pierwsze – jajko czy kura? Chyba nikt nie potrafi jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Żadna z odpowiedzi nie jest poprawna, bo każdy wybór można podważyć.
Moja historia nie kręci się jednak wkoło początku, bliżej jej do końca, choć i to nie jest do końca prawdziwym stwierdzeniem.
Początek mojego losu wyznaczyła matka, co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości. Gdyby jednak w którymkolwiek momencie postąpiła inaczej, być może wcale bym się nie urodził, bądź nie porzuciłaby mnie, co w wyniku nieplanowanego splotu wydarzeń sprawiło, że w dłonie została włożona mi broń. Z biegiem czasu jej użycie stało się dla mnie tak naturalną czynnością, że pracą, jaką było likwidowanie niewygodnych ludzi z przyszłości, przejmowałem się nie bardziej niż pierwszy lepszy pan Jones pracujący w firmie ubezpieczeniowej.
Wszystko przebiegało jak z płatka do momentu, gdy na płachcie pojawił się człowiek z przyszłości, zupełnie inny niż wszyscy, których do tej pory zabiłem. Nie był związany, ani nie posiadał worka na głowie i właśnie to drugie, okazało się moją zgubą, bo gdy podniósł wzrok, ujrzałem przed sobą parę oczu, dokładnie taką samą, jaką widziałem codziennie w swoim lustrzanym odbiciu. Ten moment zawahania kosztował mnie wszystko.
Nie tylko nie zdołałem go zabić. Niemalże wywołałem katastrofę. Katastrofę, która na zawsze miała zmienić świat Looperów.
Historia kołem się toczy. Podobnie jak koło, nie ma początku, ani końca. Jedno wydażenie wynika bezpośrednio z drugiego i jest z nim nierozerwalnie połączone. Gdyby moja starsza wersja zabiła matkę dziecka, dorósł by w samotności, z biegiem lat pracując nad swoją telekinezą, osiągnąłby wszystko; stałby się Rainmenem, który za wszelką cenę chce się odpłacić pięknym za nadobne mężczyźnie, który zabił najbliższą mu osobę. Mężczyźnie, przez którego przeżył całe to piekło i przez którego stał się akurat tym, co Joe z przyszłości chciał zniszczyć za wszelką cenę. Gdy spróbujemy rozplatać ten kłębek, rozwiązać tą zagadkę, niczym pytanie o jajko i kurę, ponownie – nie ma dobrej odpowiedzi.  Historia napędza się sama i tylko jakiś bodziec z zewnątrz może rozwiązać to równanie. Niczym nieznana zmienna, wytrącić bieg wydarzeń z torów biegnących ku jedynemu słusznemu rozwiązaniu.
Zapadki zaskakują, niemalże słyszę trzask swoich myśli, gdy rozwiązanie ukazuje się przede mną jasno i wyraźnie. To właśnie ja jestem tą nieznaną zmienną. Tylko ja mogę zmienić bieg wydarzeń, bo to właśnie przeze mnie wszystko się zaczęło.
Jaka szkoda, że nie dostrzegłem tego trzydzieści lat później. Trzydzieści lat później, które nigdy miały się nie wydarzyć.
Pociągam ze spust, pocisk gładko przechodzi przez mięsień sercowy i wychodzi między żebrami, tylko nieznacznie tracąc przy tym na prędkości. Gdy leże, umierając, czując jak krew przecieka mi przez palce, w ciągu tych ostatnich kilku chwil, kiedy jeszcze zachowuje świadomość, widzę jak moja starsza wersja rozpływa się w powietrzu. Przez myśl przemyka mi jeszcze tyko, że w jednej sekundzie zniknęło zarówno jajko jak i kura. Teraz mogę już umrzeć spokojny o to, że nie zniszczyłem przyszłości.

Brak komentarzy:

Czasami wyobrażam sobie, że tabletki, które chowam pod językiem każdego dnia mogłyby odebrać mi supermoce, jak w jednym z komiksów o herosach. Są dobre dni, gdy wszystko widzę w odcieniach czerwieni, ale nie występują one zbyt często. Zazwyczaj gdy mam napady, lekarstwa jedynie mnie otumaniają, powodują że jestem zmęczony i nie mam chęci na nic, poza bezczynnym leżeniem w łóżku. Jednak w te nieliczne dni, gdy jestem świadomy, a wizje są bezpieczne dla otoczenia, mogę być kimkolwiek zechcę.
Dzień dzisiejszy nie był dobrym dniem. Egzystencją nazywałem kolor czerwony, a niebo tego dnia było żółte. Tak bardzo nie lubiłem tego koloru.


Brak komentarzy:


Codziennie patrzyła w lustro, widząc zupełnie obce osoby. Nie dziwiło jej to; w końcu było tak od zawsze. Po tym długim czasie zdążyła zapomnieć kim tak naprawdę była na samym początku. 
Pewnego dnia poznała wysokiego, ciemnowłosego mężczyznę; zaufała mu, powierzyła mu swoje serce. Od tej chwili razem spoglądali w jej lustro. 

Jednak tym razem było inaczej. Każdego dnia widziała swoje odbicie, dokładnie tak, jak on ją widział; za nią, obejmując ją ramionami, odbijał się on, dokładnie tak, jak ona go widziała. Po raz pierwszy w życiu, nie musiała kogoś udawać ani chować sie za maską. Mogła być po prostu sobą.
Brak komentarzy:
Stoję przed lustrem, pewnymi ruchami usuwając niechciany zarost. Co pewien czas zerkam na kobietę mojego życia, która tak jak co dzień przygotowuje się do nowego dnia. Doskonale wiem, w jaki sposób nakłada szminkę na usta, czy maluje rzęsy. Teraz właśnie używa swoich ulubionych perfum, zdecydowanie zbyt ciężkich jak na taki słoneczny dzień. Doskonale wiem, że chyba żadna kobieta nie będzie w stanie być dla mnie piękniejsza niż ona. Przez uchylone drzwi, wraz z lekkim powiewem wiatru, dociera do mnie lekka woń białych lilii, których bukiet stoi na szafce obok telewizora. Wiem, że kwiaty nie były wystarczające; wiem, że nic nigdy nie będzie wystarczające, aby podziękować jej za wszystko, co dla mnie zrobiła przez te wszystkie lata. Tyle dla mnie poświęciła, a ja… ja nawet nie potrafiłem się odwdzięczyć. Pozostaje mi jedynie mieć nadzieję, że jeszcze kiedyś dostanę okazję , aby jej pokazać ile dla mnie znaczy.
Nigdy nie byłem dobry w okazywaniu miłości. Zawsze przychodziło mi to z lekkim oporem. Teraz tego żałuję, staram się to zmienić, ponieważ żal mi tych wszystkich chwil, kiedy kilka słów mogło zapewnić o moich uczuciach.
Wychodzę z łazienki i udaję się do kuchni, by pociągnąć kilka łyków kawy z czekającego na mnie kubka. Wiem, że jej poranna toaleta zajmie jeszcze niespełna pięć minut. Gdy słyszę skrzypnięcie zamykanych drzwi, poprawiam mankiety koszuli, wstawiam pusty już kubek do zlewu i udaję się do przedpokoju.
Ona już tam czeka; wydaje się smutniejsza niż zwykle. Podnoszę leżącą obok wiązankę kwiatów i otwieram przed nią drzwi, przez które przechodzi z wyraźnym trudem. Powolnym krokiem udajemy się na leżący nieopodal cmentarz. W tym roku wydaje się to o wiele trudniejsze niż w poprzednich, choć nigdy nie było łatwo. Ulice świecą pustkami, wszyscy radują się z dzisiejszego święta; mija nas jedynie sąsiad mieszkający piętro pod nami. Gdy przechodzi obok nas, grzecznie uchyla kapelusz, smutno się przy tym uśmiechając.
Nogi same nas niosą; dochodzimy do odpowiedniej alejki, skręcamy, a ja czuję się, jakby jakiś straszliwy ciężar wypełnił moje serce. W przeciwieństwie do niej powstrzymuję łzy; muszę być silny, za nas oboje. Kładę kwiaty na zielonej murawie i obejmuję ją, pozwalając jej moczyć mi koszulę łzami. Delikatnie gładzę ją po włosach, mając nadzieję, że choć minimalnie dodaje jej to otuchy.
Ten dzień jest dla nas wyjątkowo trudny. Dziesięć lat minęło, jak z bicza strzelił. Doskonale pamiętam, jak tata bawił się ze mną elektryczną kolejką, czytał mi greckie mity do poduszki, czy przebierał się za Świętego Mikołaja na święta oraz ten rok, gdy powiedział, że jestem takim fajnym chłopcem, że chętnie weźmie mnie ze sobą na biegun, po czym spakował do worka i nosił po całym domu. Posiadam oczywiście i te smutne wspomnienia; gdy zaczynał chorować. Bardzo długa starał się to ukrywać przed światem, chodził do pracy, zajmował się rodziną, jak gdyby nic się nie stało. Jak gdyby te wszystkie zasłabnięcia i wizyty u specjalistów niczego nie zmieniały. Pod sam koniec powiedział mi, że muszę być silny, że to właśnie chciał mi pokazać.
Staram się, jak tylko mogę. Jestem silny, nigdy się nie poddaję. Skończyłem najlepszą szkołę, dostałem się na świetne studia. Z każdym dniem bycie szczęśliwym przychodzi mi coraz łatwiej. To nie tak, że zapominam; po prostu wspomnienia i uczucie żalu bledną. Są takie dni, kiedy powracają z całą siłą, ale nie mogę się załamywać, bo ona mnie potrzebuje. Beze mnie nie dałaby sobie rady, chyba nawet nie byłaby w stanie wstawać co dzień z łóżka. Dbam o nas oboje, bo taka jest moja rola, taka jest moja spuścizna, przynajmniej tak to sobie tłumaczę.
– Kocham cię, mamo – szepcę jej do ucha. – Wszystko będzie dobrze. Pamiętaj, że wciąż masz mnie.

Brak komentarzy:


Piątek, 22:47
Kolorowy tłum przelewał się wkoło dużej sali, wypełnionej tandetną muzyką. Przed momentem, dwa krzesła od niego, na stół osunęła się podpita para w okolicach dwudziestki, całująca się głośno i namiętnie. Westchnął i odszedł od stołu.

Piątek, 22:50
Kieliszek w dłoni, powolne przepychanie się pomiędzy tłumem skaczących ludzi. Pokój wypełniony dymem i tylko jedna myśl: „wolę palić na zewnątrz”. Kolejne pomieszczenie przemierzane w żółwim tempie. Mężczyzna rzygający w kącie. Swąd przypalanych włosów. Obściskująca się para, jego ręka pod jej sukienką. Jej jęk i dłoń ściskająca za ramię, gdy przechodził tuż obok. Pchnął drzwi i wypadł na zewnątrz, łapczywie łykając świeże powietrze; nie dawało ono jednak ukojenia. Było ciężkie i przepełnione parą wodną. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyciągnął paczkę papierosów. Ostatni – Życzeniówka. Jak zwykle nie umiał nic wymyślić. Westchnął, zmiął paczkę i wyrzucił do śmietnika. Umieścił papierosa w ustach, odpalił i zaciągnął się. Ruszył alejką przed siebie, mijając kolejne drzewa. W kieszeni zaczął wibrować telefon. Otrzymał jedynie krótką wiadomość tekstową: „Potrzebuję cię. Teraz. Za 15 minut na rogu West St i Main Rd”. Westchnął i ruszył w jej stronę.

Piątek, 23:05
Stała tam. Pobliska latarnia delikatnie oświetlała jej bladą cerę. Przesunęła ciężar ciała na lewą nogę. Krótki czarny płaszcz odsłaniał jej długie szczupłe nogi, odziane jedynie w pasiaste rajstopy. Na stopach  miała czerwone szpilki; te same, które kupił jej na ostatnią rocznicę. Włosy delikatnie zamigotały w świetle, gdy poruszyła głową. Podszedł do niej od tyłu, zaplatając dłonie na talii.
– Witaj, kochanie – wyszeptał jej wprost do ucha, po czym pocałował ją w policzek. Odwróciła się. – Więc… o co chodzi?

Piątek, 23:07
Chłodny, letni deszcz.
Delikatne, zachłanne usta. 
Mokry kosmyk na policzku.
Drobne dłonie muskające lędźwie.
Szybki, urywany oddech.
Lekkie pchnięcie, półobrót.
Zimny, omszony mur za plecami.
Mokra koszulka przyklejona do ciała.
– To koniec. Przepraszam – szepnęła cicho, składając na jego ustach ostatni pocałunek, po czym pobiegła w ciemną dal.     

Piątek, 23:19
– Sex on the beach, proszę – powiedział siadając za barem.
– To ty… – urwała, przypatrując mu się uważniej. – Ja cię znam – dodała zalotnym głosem barmanka.
– Naprawdę? Proszę cię, chcę się dzisiaj napić. Naprawdę, nie proszę o nic więcej. Mogłabyś dać mi spokój i tego drinka?
– Jasne, jasne, już się robi… – powiedziała speszona, odwracając się do niego plecami.

Piątek, 23:55
Po kilku kolejkach ruszył na parkiet. Wpił się w usta pierwszej napotkanej dziewczynie, przypominającej Tą, która akurat przed chwilą zostawiła go w ciemnym zaułku.
– Pardonne mes lèvres – powiedział szybko i wyszedł z klubu, pozostawiając za sobą zdezorientowaną dziewczynę, tak jak wcześniej Ona, z tego ciemnego zaułka.

Sobota, 00:02
Alkohol uderzył mu do głowy. Czuł, że jest mocno pijany. Jednak picie wielu drinków na siedząco było złym pomysłem. Nagle, z wyjścia dla personelu obok którego się znajdował, wyszła barmanka, która wcześniej próbowała go poderwać. Kilka słów, gorące urywane pocałunki, jej ręka na jego pasku. Chwyciła go za dłoń i pociągnęła w kierunku swojego mieszkania.

Sobota, 4:47
Dźwięk dzwonka jej telefonu wwiercał mu się w głębsze partie mózgu.

Sobota, 4:49
Wreszcie skończyła sie ta straszliwa kakofonia dźwięków. Otworzył oczy. Delikatnie wywinął się z objęć brunetki. Pozbierał swoje rzeczy porozrzucane po pokoju. Mijając lustro, przeczesał ręką włosy. Wyciągnął z otwartej szuflady paczkę Lucky Strike’ów oraz zapalniczkę. Westchnął głęboko, cicho zamykając za sobą drzwi. Sprawnym ruchem naciągnął na siebie spodnie. Nie chciał takiego życia. Od imprezy do imprezy. Nie mieć żadnych innych wartości. Nic, na no mógłby czekać. Nikt, na kogo mógłby czekać. Męczyło go takie życie. 


Sobota, 5:16
Przemykał  alejkami kampusu, nie mając na sobie nic, poza jeansami. Cały swój dobytek trzymał w dłoniach. Trampki w jednej dłoni, koszula, bokserki, komórka i damski stanik w drugiej. Kolejny do kolekcji. Takie spaczenie.
– Maxie…!  – usłyszał nagle za sobą. Westchnął cicho, starając się schować ten nieszczęsny stanik, gdzieś pod koszulą. Pomachał jedynie jej ręką, nawet nie racząc na nią spojrzeć. W zasadzie nawet nie był do końca pewny, kto go wołał tym świergotliwym głosem.

Sobota, 6:21
Cicho zamknął za sobą drzwi pokoju. Jego współlokatorzy jeszcze spali. Porzucił na łóżku rzeczy, wziął z szafy czyste ubranie oraz kosmetyczkę i ruszył do łazienki. Miał dość tego wszystkiego. Zastanawiał się, co może z tym zrobić. Takie życie bez sensu, nie ma sensu. Chciał to naprawić, poprawić. Póki jeszcze jest czas. Póki można coś zmienić. Tylko Ona trzymała go w całości, w stanie nadającym się do użytku. Bez kobiety był tylko marnym podrywaczem, kobieciarzem, zaliczającym panienki.

Sobota, 22:56
Podszedł do tablicy ogłoszeń. Przypiął na niej kartkę z tekstem:
Maximilien Lemaire, lat 20.
Poszukuje stałej sympatii na czas nieokreślony.
Był ciekawy, czy ktoś się zgłosi. Miał taką nadzieje. Miał szczerą nadzieję.
Bo poza nadzieją, już nic mu nie zostało.
                   
Brak komentarzy:

Niedaleka przyszłość.
To był mój pierwszy nocny dyżur w szpitalu. Zostałam przydzielona do doktora Mariana Olszewskiego, chirurga ogólnego, wraz z moją koleżanką ze studiów – Ewą. Dwunastogodzinną zmianę zaczęłam punktualnie o dwudziestej w czwartkowy wieczór. Do szpitala wbiegłam zdyszana, nieomalże spóźniona. Zmieniając ubranie na szpitalny fartuch, próbowałam uspokoić oddech i walące serce. Do Olszewskiego, czy jak go nazywano pośród stażystów „Krakena”, nikt nie odważyłby się spóźnić. Było to bowiem równoznaczne z byciem poniżanym, przez wszystkie godziny pod jego władzą, dłużące się w nieskończoność.
Niestety moje sześćdziesięciosekundowe spóźnienie nie pozostało niezauważone. Pokornie wysłuchałam tyrady na swój temat, kątem oka rozglądając się po izbie przyjęć. Jak na razie nie dostrzegłam żadnych szczególnych przypadków, jedynie złamanie, paskudne oparzenie i obrzydliwa postać grypy. Ewa opatrywała właśnie drugi z przypadków. Lekko się zmartwiłam; w głębi ducha liczyłam, że mój pierwszy dyżur będzie bardziej zaskakujący. Po kilku minutach odesłał mnie do zajęcia się pacjentami. Zanim jednak zdążyłam podejść do pierwszego z nich, wszyscy usłyszeliśmy ryk karetki w momencie gdy zadzwoniły nasze pagery.
Gdy wybiegliśmy przed budynek, z karetki właśnie wyciągano nosze. Sanitariusz szybko wymieniał szczegółowe dane, jak gdyby znał je na pamięć, informując nas tym samym o stanie pacjenta. Truchtaliśmy, pchając łóżko w stronę budynku.
Tomasz Janiszewski, lat sześćdziesiąt osiem. Rowerzysta, potrącony przez ciężarówkę nieomalże pod samym szpitalem. Powinien już nie żyć – przemknęło mi przez myśl. Dopiero gdy odsłoniliśmy koc termiczny, którym przykryto go na miejscu zdarzenia, dotarło do mnie – on tak jakby już był martwy. Z jego brzucha wystawało dwanaście rowerowych szprych.
Zacisnęłam zęby. Kraken był jak zwykle opanowany – wydawał klarowne instrukcje, które bez zająknięcia wykonywałam. Ewa nie wytrzymała; wybiegła z urazówki, dłonią zasłaniając sobie usta. Szprychy zastały usztywnione i zabezpieczone; pacjentowi na chwilę obecną nie groziło wykrwawienie, ale jak najszybciej musiał trafić na stół – nie było wiadomo, jak rozległe są obrażenia. Nagle wszystkie maszyny znajdujące się w pomieszczeniu zaczęły wydawać złowieszcze dźwięki. Zawał – podpowiedział mi cichy głosik, pełen niedowierzania. Olszewski, zauważył to już wcześniej, stał właśnie w gotowości z defibrylatorem. Odskoczyłam od pacjenta, który na szczęście po drugim porażeniu zaskoczył.
Sala została już zamówiona. Biegliśmy na blok operacyjny, modląc się w duchu, abyśmy zdążyli na czas. Olszewski wydał polecenie abym mu asystowała. Naturalnie, w dniu dzisiejszym wolałby w tej roli Ewę, ale nikt nie chciał na sali stażysty, który nie ma mocnego żołądka. Gdy przygotowywaliśmy się do operacji, jedna z sióstr przyniosła prześwietlenie, po czym poinformowała nas, że pacjent jest już przygotowany. Doktor ani myślał pokazać mi zdjęcie. Mruknął jedynie do siebie coś niezrozumiale, po czym z uniesionymi, sterylnie czystymi dłońmi, plecami otworzył drzwi, wchodząc na salę. Wzięłam głęboki oddech i postąpiłam tak jak on.
Moja bytność na sali ograniczała się do trzymania ssaka. Nie to jednak było najważniejsze. Najważniejsze było to, że w ogóle się tu dostałam.
Operacja okazała się dużo dłuższa niż mogłam się spodziewać. O wiele więcej organów zostało uszkodzonych, niż wynikało z wstępnych przypuszczeń Mariana. Nogi bolały jak diabli, a i oczy dawały o sobie znać, nieprzyzwyczajone do tak ostrego światła, które doktor, jakby na złość, ustawił tuż przede mną.
Tuż po godzinie dwudziestej czwartej pan Tomasz ponownie miał zapaść. Pomimo naszych usilnych starań, tym razem nie udało nam się przywrócić jego rytmu zatokowego. Kraken miał dla mnie kolejny sprawdzian tej nocy. Miałam ogłosić zgon.
– Czas śmierci… – zaczęłam z ciężkim sercem – …dwudziesta czwarta pięćdziesiąt sześć.
Wyszłam z sali, ściągając rękawiczki i walcząc z sobą. Spojrzałam w ostre światło aby tylko się nie rozpłakać. Sterylną szczoteczką raz po raz maltretowałam swoje dłonie, aby tylko zapomnieć o bólu który rozkwitał w mojej duszy. Po chwili dołączył do mnie Olszewski, przydzielając mi kolejne zadanie – miałam powiadomić bliskich pana Tomasza.
Opuściłam blok, zupełnie wypompowana. Skierowałam swe kroki do poczekalni, ściągając po drodze czepek, o którym wcześniej zupełnie zapomniałam. Wcisnęłam go do kieszeni spodni, po czym pchnęłam drzwi. W środku było kilka rodzin; jedne trzymały się na uboczu, inne w większych grupach, wspierając się wzajemnie. Wszyscy oczekujący, jak na skinienie magicznej różdżki, wstali gdy tylko przekroczyłam próg. W ich oczach malował się niepokój. Każdy z osobna oczekiwał wieści, w duchu modląc się o te dobre.
– Kto z państwa czeka na informację o panu Tomaszu Janiszewkim?
Podeszła do mnie młoda kobieta, nie wyglądająca na wiele straszą od mnie; za rękę ściskała mężczyznę, w podobnym wieku. Serce zaczęło mi ciążyć; miałam wrażenie jakby zamieniło się w wielką betonowa kulę, która zaraz pociągnie mnie na dno rozpaczy. Odwróciłam się lekko; nie myliłam się – za przeszkloną szybą stał Olszewski, tylko czekając na moją porażkę. Wzięłam głęboki oddech, nie chcąc dać mu takiej satysfakcji. Cichym głosem przekazałam kobiecie okropne wiadomości. Z każdym słowem jej oczy coraz bardziej wypełniały się łzami. Gdy skończyłam, powiedziała jedynie krótkie dziękuję, po czym ukryła twarz w połach koszuli swojego partnera. Gdy wychodziłam, rzuciłam im jeszcze jedno spojrzenie; on głaskał ją po włosach, szepcąc coś do ucha.
Marian rzucił mi zawistne spojrzenie; nie sądził, że podołam. Odesłał mnie na ostry dyżur, informując, że on idzie się położyć i gdyby spotkało nas coś poważniejszego niż szycie, mamy go natychmiast wzywać. Po drodze przetarłam jedynie oczy, nie zwracając większej uwagi na głód, czy pragnienie.
Kolejne kilka godzin spędziłam na szyciu i sprzątaniu wymiocin. Po głowie wciąż odbijało mi się usłyszane wcześniej „dziękuję”; było ono zdecydowanie ostatnią rzeczą, której się spodziewałam. Po izbie krzątała się jeszcze Ewa, momentami sam Olszewski, a także rezydent ortopedii, zajmujący się wszystkimi złamaniami i zwichnięciami. Ten miał zdecydowanie najcięższą robotę.
Ponownie tej nocy zadzwonił pager. Wybiegłam przed szpital, jednak karetka wciąż była w drodze. Na dworze panował straszny ziąb, dlatego też przebierałam z nogi na nogę. Zerknęłam na zegarek – dochodziła czwarta trzydzieści nad ranem. Dopiero ta czynność uświadomiła mi jak bardzo jestem wyczerpana. Karetka gwałtownie podjechała pod same drzwi. Na noszach, które z niej wyciągnięto znajdował się malutki chłopiec, co najwyżej pięcioletni. Nie pomyliłam się; mały Piotruś miał zaledwie cztery latka.
Jego malutkie usteczka były całkiem sine. Poza tym, wyglądał jak gdyby słodko spał. Emocje wzięły górę. Takie małe dziecko było dla mnie kompletnym szokiem; cała moja niewielka wiedza zdawała się kompletnie wyparować. Nic nie przychodziło mi do głowy; nawet najdrobniejsza sugestia. Byłam otępiała, dopiero krzyk sanitariusza sprowadził mnie do pionu. Drżącymi rękoma przyłożyłam zimny stetoskop do białej skóry na piersiach chłopca. Gdy zdałam sobie sprawę z tego, iż nie słyszę kompletnie nic, zamarłam. W słuchawkach panowała głucha cisza, a ja nie byłam w stanie się ruszyć. Nie byłam w stanie uratować tego dziecka.
Do gabinetu momentalnie wpadł Olszewski. Gdy zobaczył w jakim jestem stanie momentalnie odsunął mnie od noszy.
– Wynoś się – wychrypiał po chwili. Wyrwana z otępienia, chwiejnym krokiem wyszłam z pokoju. W głowie mi tętniło, czułam się, jakbym zaraz miała się przewrócić i już nigdy więcej nie wstać. Gdzieś w tyle głowy, niczym mantrę, słyszałam zdanie wypowiedziane przez Krakena. Zastanawiałam się co miał na myśli; czy jedynie tamten moment, czy też w ogóle szpital. Wolnym krokiem skierowałam się w stronę dyżurki, celem zdobycia jedynej rzeczy, która była w stanie w tej chwili, choć trochę postawić mnie na nogi.
Włączyłam ekspres, w międzyczasie spłukując sobie twarz zimną wodą. Poczułam się odrobinę lepiej, choć i tak marzyłam jedynie o tym aby znaleźć się w ciepłym łóżku. Tęsknym wzrokiem spojrzałam na stojącą nieopodal kanapę, tłumiąc w sobie pragnienie położenia się na niej i zamknięcia oczu, choćby i na głupie pięć minut. Czajnik elektryczny zaczął lekko się kolebać, po czym buchnął parą i lampka informująca o podgrzewaniu wody zgasła. Byłam tak rozkojarzona, że kompletnie zapomniałam o przygotowaniu mieszanki; zdałam sobie z tego sprawę dopiero w momencie gdy zanurzyłam usta w słodkim wrzątku. Zdezorientowana smakiem, spojrzałam do wnętrza naczynia – płyn był przeźroczysty. Westchnęłam, kierując się do umywalki, gdzie wylałam ciecz Już miałam nasypać do kubka dwie łyżeczki zmielonej kawy, gdy usłyszałam rozdzierający krzyk wzywający pomocy.
Nieomalże instynktownie wybiegłam z dyżurki kierując się w stronę hałasu, który nagle ucichł, tak niespodziewanie, jak się zaczął. Niestety w szpitalu zazwyczaj nie był to dobry znak. Krzyk ponowił się, przez co udało mi się dotrzeć do jego źródła. Pan Karol leżał bezwładnie na szpitalnym łóżku, dłonie trzymając w okolicy serca; mężczyzna był jedynie na obserwacji po pierwszym zawale. Jednak to nie on krzyczał, był to inny pacjent z którym dzielił salę .
– Pani musi mu pomóc! – krzyknął do mnie, gdy tylko przekroczyłam próg.
W tym momencie, do sali wpadła jednak z pielęgniarek, również wezwana przez pana Romana. Badam puls pacjenta, ale nie jestem w stanie wyczuć co jest nie tak.
– Wezwijcie Olszewskiego! – krzyczę, gdy sinusoida staje się dziwnie nieregularna. Migotanie komór, przebiega mi przez myśl. – Wezwijcie Olszewskiego! – ponawiam swoją prośbę, tym razem głośniej.
– Ale doktor teraz operuje – odparła, wybiegając. Masaż serca wykonuję nieomalże automatycznie; moje ruchy są płynne i wyćwiczone. Biorę głęboki oddech, starając się zebrać myśli.
– Ile jest już nieprzytomny? – pytam drugiego pacjenta.
– Nie wiem – odpowiada zdenerwowany w momencie, w którym pielęgniarka przybiega z defibrylatorem. Oddech mi przyspieszył; spojrzałam na nią przerażona, jakby ponownie prosząc o to, żeby wezwała pomoc.
– Na co czekasz, Nadziejo? – ponagliła mnie. – Wiesz, że nie ma wiele czasu!
– Ale ja jeszcze nigdy tego nie robiłam! – krzyczę, ona jednak zapewnia mnie, że mi pomoże. Biorę głęboki wdech, wysłuchując podpowiedzi siostry; przykładam „łyżki” w odpowiednich miejscach na ciele pacjenta. Strzelam; czuję dziwne mrowienie na całym ciele.
Niemożliwe, żeby wystrzelił do tyłu – przebiega mi przez myśl, na ułamek sekundy przed uderzeniem głową o posadzkę. Ogarnia mnie wszechobecna ciemność.

– Czas zgonu… Piąta zero siedem. 
2 komentarze:

Niewielu wie, że w podziemiach Ośrodka Przygotowawczego znajduje się jeszcze jedno piętro. Choć bardziej konstrukcję tę można by nazwać przestronnym pokojem niż całą kondygnacją. Gdy uda się przejść przez pancerne drzwi, naszym oczom ukazują się rzędy regałów, każdy po dziesięć poziomów. Na każdej półce jest dokładnie tyle miejsca, by mogły być zapełnione przez dwadzieścia cztery czarne zeszyty. Do tej pory zapełniono dokładnie dwadzieścia cztery takie półki.
Dziś nadszedł dzień kolejnej, aby stała się nośnikiem wspomnień. Na okładce każdego notesu złotym, ozdobnym pismem wygrawerowane jest imię, nazwisko oraz numer dystryktu. Z czułością gładzę jedną z okładek. Większość z nich skrywa historię kogoś, kto zostanie zmuszony do walki o życie, inne są całkowicie puste, jeszcze inne zapełnione rysunkami. Dwudziestu trzech z nich, w przeciągu najbliższych dni odejdzie w niebyt; pozostaną po nich jedynie zwłoki w prostej trumnie i te zapiski, schowane głęboko pod Kapitolem. Tylko jeden będzie mógł wrócić do domu, jednak już nigdy nie będzie taki jak dawniej.
Siadam na jedynym krześle w pokoju, sięgam po pierwszy notatnik. Gdy skończę, odłożę go na półkę i wezmę następny. I tak dwadzieścia cztery razy.
A za rok? Za rok, powtórzę to wszystko.
Nazywam się Caesar Flickerman…














…i znam trybutów lepiej niż ktokolwiek inny.
6 komentarzy:




Niby od niechcenia oparłem się o barierkę pomiędzy peronem dziewiątym i dziesiątym. Jestem przekonany, że nikt nie zauważył jak znikam.

Moim oczom ukazała się czerwona lśniąca lokomotywa; na peronie wciąż było pusto. Powróciły radosne wspomnienia, jednak nie potrafiłem się uśmiechnąć. Wiązało się z nimi tyle bólu. Westchnąłem; tylko ja pozostałem. Ja, najmniej zasługujący na życie.

Wszedłem do jednego z wagonów. Tego samego, w którym siadywaliśmy tyle lat temu. Wsunąłem zniszczoną walizkę na półkę, po czym zająłem swoje ulubione miejsce pod oknem. Zmęczenie niedawną przemianą dawało o sobie znać. Oparłem głowę o ściankę, starając się wygonić z głowy myśli na temat Syriusza. Od kiedy uciekł, nie opuszczało mnie to nieprzyjemne uczucie, że będzie chciał mnie odnaleźć i zabić, podobnie jak pozostałych. Ostatecznie pochodził z rodu Blacków, którzy nie akceptowali nawet kropli mugolskiej krwi w żyłach.

W końcu, na kilka minut przed pojawieniem się w pociągu pierwszych uczniów, zmorzył go sen. Omijano jego przedział szerokim łukiem; nikt nie chciał przecież spędzić podróży obok kogoś starego. Wolne miejsca zajęto tuż przed godziną jedenastą.

Obudziły mnie dopiero krzyki w ciemności. Wyczarowałem płomyki, tak jak zawsze robiła to Lily. W tym słabym świetle dostrzegłem oczy Harry’ego; były identyczne jak jego matki. Serce niespodziewanie zakłuło boleśnie.  
»