Layout by TYLER
Fonts:dafont.com
Background:gyapo
Główna Regulamin Co to jest? Prozaicy - powrót Konkursy Facebook
Witaj na Prozaicy: Piórem! Jest to miejsce przeznaczone na publikację tekstów napisanych z myślą o konkursach lub akcjach literackich, organizowanych przez Prozaików. W celu poznania dokładniejszych informacji, zapraszam do zakładki "Regulamin" oraz "Co to jest?".
Kontakt: e-mail:prozaicy@vp.pl lub gg: 2171207 - halska.

1 komentarz:


Dziedziniec kamienicy charakteryzuje niewielki, otoczony murem teren z fontanną, ławką i kontenerem na śmieci. Ogrodzenie to wysoka ściana z czerwonej cegły, pośrodku ozdobiona bramą. Latem plac stanowi cudowne miejsce, jesienią można odnaleźć niespotykany klimat, a to dzięki pani Teresie, która dba o porządek i znajdującą się na jego terenie roślinność. Teraz przypomina wielkie prześcieradło zarzucone na meble, gdzieniegdzie uwypuklone- słodka tajemnica pod białą kopułą. Śnieg sięga aż do kostek. Adrian biega jak szalony ciesząc się z puchu, który wspaniale skrzypi pod jego butami, Emanuel w tym czasie udaje się na strych w poszukiwaniu odpowiedniego sprzętu, aby uporać się z imitacją bitej śmietany.
- Nie wiem dlaczego tak bardzo nie lubisz Emila, przecież nic ci nie zrobił. W ogóle zachowuje się jakby go nie było, przesypiając cały dzień- Emanuel rozpoczyna rozmowę, nie lubi zbyt długiej ciszy.
- To jeden z powodów. Ty również pracujesz wieczorami, zasuwasz w restauracji i mimo wszystko masz czas na życie- tłumaczy Adrian.
- No właśnie, pracuje wieczorami, najpóźniej jestem w domu o pierwszej w nocy, on znacznie później- Emanuel staje w jego obronie.
- Powiedziałem, że to jeden z powodów- Adrian zerka na niego z rozdrażnieniem.- Słyszałeś jakie chłopak ma wymagania względem jedzenia? Krewetki, oliwki, kawior- wymienia.
- Zauważyłem, że nie lubisz ludzi. A, jeśli już, to, zaledwie kilka osób jest w stanie cię zadowolić.
- Coś w tym złego?
- Nie, skąd. Po prostu mówię.
- Zabierz się lepiej do roboty- ucina krótko Adrian, udając się na drugi koniec dziedzińca, aby kolega dał mu spokój.
Nie pozostaje Emanuelowi nic innego jak zamilknąć i faktycznie wziąć się do pracy. Jego część do odśnieżenia pozostawia wiele do życzenia. Zaskoczony w pewnej chwili dostaje śnieżką w plecy, odwraca się i dostrzega na twarzy Adriana szeroki uśmiech.
- Nie rób takiej miny, przecież nie bolało- woła Adrian, wyraźnie uradowany.
Po czym schyla się i szykuje kolejną pigułę, ale w tym momencie, jego nieuwagę, wykorzystuje pani Teresa. Biała kulka ulepiona ze śniegu znajdującego się na parapecie kobiety uderza go w tył głowy. Emanuel zaczyna się śmiać widząc, to.
- Masz za swoje!- mówi.
Pani Teresa zamyka szybko okno, śmiejąc się z nosem przyklejonym do szyby, dając mu w ten sposób do zrozumienia, że Adrian nic nie może jej zrobić.
- To ja tak pięknie usuwam śnieg, żeby mogła pani ptaszkom ziarenka sypać, a pani potraktowała mnie w taki sposób?- Adrian rozkłada ręce w geście poddania.-  Złamała mi pani serce.
Kobieta nie ma zamiaru czuć się winna, nie przestając się śmiać uchyla powoli okno i mówi:
- Ulepcie ze śniegu jakiegoś kawalera dla Liliany.
- Świetny pomysł pani Tereso.- Adrian od razu zapala się do pracy. Zaczyna od małej kuli i toczy ją po ziemi, aby śnieg przyklejał się do niej powiększając się w ten sposób. Emanuel przyłącza się do niego, pracując nad kolejną, podobną bryłą. Po kilku minutach obok fontanny stoi bałwan. Pani Teresa już czeka z naszykowanymi w między czasie dodatkami: rdzawiącym garnkiem, starą miotłą, marchewką i dwoma kawałkami koksu.
- Jeszcze kilka takich, będą idealne na guziki- mówi Emanuel, trzymając w ręku czarne kulki.
Pani Teresa kiwa tylko głową na znak, że już pędzi po następne.
Bałwan prezentuje się doskonale, Adrian i Emanuel są dumni ze swojego dzieła, a pani Teresa bije, im brawo w dowód uznania.
- Sama bym się w, nim zakochała, gdybym tylko była ze śniegu- mówi żartobliwie.
- No kolego, czas na mnie. Ja swoją część uporządkowałem, powodzenia- Adrian klepie Emanuela po plecach ręką i udaje się w kierunku wejścia ciągnąć za sobą łopatę do odśnieżania.
Emanuel z mozołem kontynuuje pracę, a pani Teresa przyłącza się do niego, ubrana w gruby kożuch i ciepłe kozaki,  aby ten nie czuł się osamotniony.

Brak komentarzy:



Krew. Czerwień. Kolor maku. Tak różny od czerni. Przeciwieństwo. Krew… Wszędzie. Na podłodze. Na rękach, splamionych tym znakiem hańby. Upadek. Czerwień to kolor diabła. Kolor zdrajców, miernot, szubrawców. Czerwienią płonie ogień. Płoną domy zbudowane z drewna. Jakie to wszystko jest kruche. Łatwo je zniszczyć. Człowieka też. Jego serce tętni krwią, a jak ono przestanie pracować, umiera cały organizm. Krew. Smocze dni. Karmazynowe plamy latają przed oczami, przysłaniając wszystko inne. Trzeba klęknąć. Nogi już nie mogą utrzymać ciężaru ciała. Na skórze pojawiają się szkarłatne tatuaże, dziwacznie poskręcane w tajemnicze symbole, których znaczenie znają jedynie wybrańcy. Wybrańcy i bogowie. Tak właśnie naznaczani są wszyscy wyjęci spod ciemnej gwiazdy. Zimne ostrze noża chłodzi rozpaloną dłoń. Nie widać już nic. Tylko przewijające się przed oczami obrazy, dziwaczną mieszankę wspomnień, marzeń i lęków. Pozostała dziwna pustka i drżenie całego ciała. Nie jest zimno, choć wydaje się, że pada śnieg. Jego płatki nie są jednak białe, lecz również splamione karmazynem. Brudne. Jak wszystko dokoła. Słychać krzyk orła. Przenikliwy. Świdrujący. Wbijający się w uszy. Potem zapada cisza. Bolesna. Boleśniejsza niż wcześniejszy zew ptaka. Nie, nie zew. Jego płacz. Wołanie o sprawiedliwość. W tym świecie jednak już jej nie ma. Nie ma i nigdy nie będzie. Czarna era. Karty historii są zapisane tysiącem podobnych opowieści. Opowieści pisanych ręką losu, równie krwawą i pokrytą strupami. Śmierć się śmieje. Śmieje się w kułak ze wszystkich żywych. Każdy prędzej czy później umrze, rzucony na pożarcie krukom i wronom. Czerwień. Gwiazdy lśnią wysoko na niebie. Tylko one pozostały niezmienne. Ludzie odchodzą i przychodzą. Taka kolej świata. Na wszystkich czeka szubienica. Niektórym jednak umieranie przychodzi lżej. Czasami śmierć kieruje ręką człowieka. Ludzkie serce jest splamione przez grzechy. Nikt nie jest nieskazitelnie czysty.  We wnętrzu każdego są ciemne zakątki, skryte przed światem i przed innymi. Nawet taka miłość może bardzo szybko i bardzo łatwo przerodzić się w nienawiść. Dziwne, jak łatwo ludzkie uczucia i namiętności ulegają zmianom i manipulacjom. Popiół. Popiół pachnie śmiercią. Jest go dużo. Na podłodze jest go dużo. Można się przewrócić. Drzewa. Szumią. Rzeka życia płynie. Prawda i kłamstwo mieszają się i nie można poznać, co jest fałszywe, a co nie. Rozstaje dróg prowadzą w różne strony. Często na manowce. Trochę jak diabelskie ogniki czekające na bagnach na zagubionych wędrowców. Martwa cisza. Albo i nie. Kościelne dzwony biją głośno. Ktoś umarł. Każdego dnia ktoś umiera. Przecież tak już jest. Śmierć zbiera krwawe żniwa. Tak mówią. Ale to nieprawda. Ona zbiera żniwa bezkrwawe. Ogień rozpala w sercu furię. Wzbiera gorejącą nienawiścią. Teraz świat płonie, unurzany we krwi niewinnych. Stąd nie ma ucieczki. Serce bije jak szalone. Przychodzi strach, coraz mocniej oplatając swoją pajęczą siecią umysł. Nastaje czas bezsilności, czas miotania się między wyborami i w końcu bezczynnego czekania na śmierć. To ona jest ostateczną karą za wszystkie zbrodnie, występki i drobniejsze grzechy. Nie ma człowieka idealnego. Nikt nie jest bez zmazy. Każdy grzeszy. Nawet nieświadomie. Nieświadomość – oto największy wróg człowieka. Obok niego stoi zawsze samotność. Samotność również jest straszna. Straszniejsza od gorejącego piekła duszy, które człowiek potrafi zgotować sam sobie. Ziemia również jest piekłem. Maki kołyszą się na wietrze. Śpiew ptaków umilkł. Została cisza. Kamienna cisza. Cisza oraz ostrze noża lśniące w blasku księżyca.

Brak komentarzy:


Z dedykacją dla tej, która jest Logos.



Na początku było Słowo
Małe, niezgrabne, nagie. Logos. Bez niepotrzebnych epitetów, niewplecione w żadną pokraczną metaforę. Po prostu Logos. Lekko kanciaste, zgrzytające w uszach. Rozbrajające swą szczerością, przepełnione miłością. Piękne w swej prostocie, niepotrzebujące żadnej obróbki. Bo tak naprawdę to Logos, mimo licznych braków, było doskonałe. Pierwsze, najważniejsze. Poszperałam dokładnie w pamięci, przypomniałam sobie jego słodki smak. Wymówiłam szeptem. Następnie powtórzyłam. Głośniej. Mama. Tak, to było Logos idealne.

A Słowo było u Boga
Zabawne, bo to właśnie ja – niegodna - byłam władczynią Logos. Panowałam nad nim. Przynajmniej łudziłam się, iż tak jest. Głupia. Nie od dziś wiadomo, iż nie istnieje taka siła, która zapanowałaby nad Słowem. Ja mogłam mu jedynie nadać dowolny, zgodny z mą intencją, wydźwięk. Nic więcej. A może aż tyle.
Wymówione nieśmiało, z błaganiem, cicho. Tak brzmiało Logos, kiedy o coś prosiłam. A prosiłam często.
Wypowiedziane z pretensjami, podniesionym tonem, uszczypliwie. Skalane Logos. Ale czy coś idealnego może być jednocześnie skalane? Kiedy byłam zła, niszczyłam doskonałość Słowa, brudziłam jego powierzchnię. Nieskutecznie. Logos nie dało i nie da się zniszczyć. Nigdy.
Najczęściej jednak mówiłam je tak samo, jak za pierwszym razem – z miłością. Prawdziwą miłością do drugiego człowieka, tak rzadką w dzisiejszych czasach. Bo Logos samo w sobie, jak głosi nigdy niestworzona definicja, jest miłością.

I Bogiem było Słowo.
Logos było mną, bo ja kiedyś będę tą, którą ono definiuje. Mamą.
Kiedyś. Być może.
Przyczynię się do powstania kolejnego człowieka. Czującej, bezbronnej istotki. Jakże podobnej do Logos. Tak samo jak Słowo będzie ona mała, niezgrabna, delikatna. Przez pierwsze lata życia. Później to się zmieni. Istotka dojrzeje, pozna, wyrobi własne poglądy na otaczającą rzeczywistość. Właściwe lub błędne. Nie mnie oceniać obiektywnie. W końcu nie istnieje coś takiego jak obiektywna ocena opinii. Mimo wszystko, tak samo jak Logos, będę pełna wyrozumiałości.

Ono było na początku u Boga.
Siedziało głęboko zakorzenione w głowie, cierpliwie czekało na moment ujawnienia. Wypowiedzenia. Na najwłaściwszy moment, bo Logos nie zadowalało się półśrodkami. Wszystko wokół niego musiało być idealne, bo swój ciągnie do swego. A Logos było doskonałe. Doskonałe i wieczne.

Idealne
Jest miłością
Pełne wyrozumiałości
Doskonałe i wieczne
Logos
.
Mama
Kochana
Na zawsze
.
Amen


Brak komentarzy:

Mały Książę przybył na planetę B-612, gdy zachodziło słońce. Wpatrywał się jakiś czas w czerwoną, rażącą oczy łunę, jednak jego myśli skupiały się wokół Róży. Mały Książę czuł nieznaną rozterkę, lecz na twarzy zachował spokój. Z takim właśnie opanowaniem ujrzał go po raz pierwszy lotnik, niedługo po rozbiciu się na pustyni.
Chłopiec uśmiechnął się, widząc parawan, którym przed wyruszeniem w podróż okrył swą Różę w obronie przed przeciągami.
Dzień dobry! zawołał wesoło. Odpowiedziało mu jedynie echo "...obry...obry...". I cisza. Zaniepokojony, podszedł bliżej.
Różo? Czy nie czekałaś na mnie? zapytał. Dopiero wtedy ujrzał, że biel osłony chwieje się złowrogo na jednym kołku w podmuchach wiatru. Mały Książę, nie zwracając uwagi na porozrzucane po ziemi złe nasiona baobabów, podbiegł do miejsca, które niegdyś zajmowała Róża.
Różo, ach, różo! westchnął głośno Mały Książę, zauważywszy jedynie dwa czerwone, po bokach zwiędłe, płatki. Zaszlochał chłopiec, unosząc płateczki swojej ukochanej Róży, jakiej miał już nie ujrzeć, chociaż ją oswoił i dojrzał do prawdziwej miłości. Wrócił do niej, wciąż przypominając sobie cenne słowa lisa.
Uklęknął bezradnie, pozwalając, by wiatr smagał jego złotymi włosami i zielonym szalikiem, owiniętym wokół szyi. Zapłakał ponownie. Łzy zamoczyły czerwień delikatnych płatków. Róża odeszła od niego, a może zginęła... Mały Książę rozejrzał się po malutkiej planecie, jakby z nadzieją…
Zatęsknił za nią, tą miłością, która pozwoliła mu rozłożyć skrzydła. Odebrana mu została; wyrwana z maleńkiego serduszka.
Złotowłosy książę schował twarz w dłoniach, wdychając słodki zapach ostatniej pamiątki, jaka pozostała po kwiecie.

3 komentarze:


Pocztówki zafascynowały Zosię dopiero kiedy osiągnęła pełnoletność. Co prawda, nigdy nie lubiła sportów ekstremalnych ani wyścigów samochodowych, niemniej jednak zbieraczy czegokolwiek, a już zwłaszcza znaczków, uważała za kompletnych nudziarzy. Znaczek się kupuje – przez Internet, na poczcie, w kiosku, wkłada do klasera i koniec przygody. Oczywiście można go czasem pooglądać, nabycie kilku mogło się wiązać z jakąś ekscytującą przygodą, ale to wszystko, żadnej historii, która mogłaby całkowicie zmienić dotychczasowe życie zbieracza. Ktoś powie – pocztówki to jeszcze większe nudziarstwo, tylko dodaje się do nich trochę wkładu z długopisu, odrobinę machania ręką z lewej do prawej i ślinienia znaczków przyklejanych tuż nad świeżo nabazgranym adresem. Gdyby tylko ktoś odważył się powiedzieć to przy Zośce...! Zmiotłaby nieszczęśnika z powierzchni Ziemi. Pocztówki były dla niej tym, czego nie mogła zrealizować w inny sposób – podróżami. To one pokazały jej Hiszpanię, Rosję, Białoruś, Kanadę, Australię czy Brazylię. Nie w całości, zaledwie marne wycinki, ale tak piękne, że czasem, gdy z nabożną czcią brała w rękę kartkę wrzuconą przez listonosza do skrzynki, w piersiach brakowało jej tchu. Oczami wyobraźni widziała wędrówkę pocztówki przez świat. Najpierw do skrzynki wrzucił ją Juan z Madrytu, potem przewędrowała niemal całą Europę, by znaleźć się właśnie w jej dłoni!
Zapoznawanie się z kartką Zosia zaczynała od poznania faktury papieru – raz był grubszy, raz cieńszy, chropowaty lub zupełnie gładki. Potem odwracała kartkę, aby przyjrzeć się temu, co przedstawia. Zawsze była to dla niej niespodzianka – jak prezent znaleziony pod choinką, na którym niecierpliwie rozrywała papier, aby czym prędzej wydobyć to, co w środku. Najbardziej lubiła te przedstawiające jeden konkretny widok. Raz był to ratusz w niemieckim miasteczku, o którym słyszała pierwszy raz w życiu, innym razem ubrana w falbaniastą spódnicę kobieta z przymrużonymi oczami i nogami ułożonymi do jednego z kroków flamenco. Czasem ktoś wysłał jej postaci z bajek – Muminki, Aladyna, Myszkę Miki czy postać zupełnie jej nieznaną, której detale sylwetki budziły w Zosi tym większą ciekawość.
Kiedy już napatrzyła się dostatecznie na część widokową, odwracała kartkę. Powoli, niespiesznie, odczytywała najpierw swój własny adres i na podstawie charakteru pisma usiłowała określić płeć, wiek i usposobienie nadawcy. Często trafiała w dziesiątkę, niejeden raz zmylił ją jednak wyjątkowo starannie piszący mężczyzna czy kilkudziesięcioletnia kobieta stawiająca literki bardziej niedbale od ucznia podstawówki. Mimo tego lubiła tę zabawę. Przedłużała jej kontakt z pocztówką, pozwalała wydobyć coś jeszcze, dawkować rozkosz. Potem patrzyła na numer kartki, który należało wpisać w odpowiednią rubrykę na stronie internetowej, z której losowo pobierane adresy trafiały do skrzynki mailowej. Zastanawiała się, ile z tych milionów pocztówek zaginęło czy zostało zniszczonych i nigdy nie trafiło do skrzynki adresata. Numer podawał także dwie litery z nazwy państwa. ES to Hiszpania, FR – Francja, NL – Holandia, BE – Białoruś. Nie zawsze dało się to wywnioskować z tego, co kartka przedstawiała; numer identyfikacyjny kartki rozwiewał wszelkie wątpliwości. Mimo, że udawała (już chyba tylko przed sobą), iż każda pocztówka cieszy ją tak samo, najbardziej lubiła te pochodzące z Hiszpanii i z krajów, w których postcrosserów, czyli „wymieniaczy pocztówek”, było niewielu. Zawsze marzyła o kartce z Afryki, jedynego kontynentu, z którego przed dwa lata kolekcjonowania widokówek nigdy żadnej nie otrzymała, a także z Madagaskaru i Grenlandii.
Gdy ktoś pytał ją o pasję, najpierw mówiła o czytaniu. Kartki były następne, ale nigdy mniej ważne. Po prostu książki były pierwsze w jej życiu. Oczekiwanie na przybycie listonosza rozpoczęła wcześnie, kiedyś pisywała mnóstwo listów do znajomych, ale po pewnym czasie kontakt z każdym z nich się urwał. Potem utknęła na dłużej w blogosferze, gdzie przypadkiem natknęła się na adres, który zmienił jej życie – Postcrossing.com. Zarejestrowała się, zamierzała wysłać jedną kartkę, by zobaczyć, jak to w ogóle działa. Już wtedy nie potrafiła przestać na pobraniu jednego adresu, a że limit wynosił pięć, po prostu postanowiła wysłać taką liczbę pocztówek. Pierwsza kartka przyszła do niej ze Stanów Zjednoczonych, przedstawiała pociąg pędzący po szynach ułożonych na kamiennym nasypie. Napisał ją dziewięcioletni chłopiec z Oregonu.
Późniejszych kartek, gdyby nie historia ich otrzymywania na stronie internetowej, za żadne skarby nie potrafiłaby umieścić w przedziałach czasowych, mimo że każda miała swój wyjątkowy urok i odrębną historię. Każdą z nich wysłał inny człowiek, ze swojego miejsca na kuli ziemskiej. Prawie każda zawierała krótki opis – albo coś na temat nadawcy, albo jego ulubioną piosenkę, kawałek wiersza, informację o tym, co kartka przedstawia. Zosia lubiła sobie wyobrażać, jak wyglądają i gdzie wypisują swoje pocztówki. Na kuchennym stole, gryząc końcówkę długopisu, w bibliotece, ze słownikiem w ręku czy może na parapecie okna, zalani słonecznym światłem? Często żałowała, że pewnie nigdy się tego nie dowie.
Kolekcję poszerzała przy każdej okazji. Gdy tylko słyszała, że ktoś znajomy wybiera się na wycieczkę, niemal żądała, by przywiózł jej pocztówki. Jedną, dwie, dziesięć – była gotowa przyjąć każdą ilość. Niektórzy rzeczywiście o niej pamiętali i przywozili bądź przesyłali prawdziwe perełki, inni pukali się w głowę i mówili, że jadą odpocząć, a nie użerać się na pocztach obcych krajów z ludźmi mówiącymi tylko w swoim ojczystym języku. Zośce zawsze było wtedy trochę przykro, ale rozumiała, że nie wszyscy muszą chcieć wspierać jej pasję.
Pocztówek na serwisie aukcyjnym zaczęła szukać przypadkiem. Natknęła się na zdjęcia kilku wykonanych akwarelami i za wszelką cenę postanowiła takie zdobyć. Takich nie znalazła, ale jej uwagę przykuło coś zupełnie innego. Otóż ktoś wystawiał na aukcję całą kolekcję pocztówek, posegregowaną według krajów, z których je nadano. Były tam Emiraty Arabskie, Jamajka, Hiszpania, Węgry czy Włochy. Ceny wahały się od złotówki za kilka sztuk, do pięćdziesięciu złotych za prawie sto siedemdziesiąt. Zawahała się, ale tylko przez chwilę. Dwadzieścia sześć pocztówek z Hiszpanii za pięć złotych? Gdyby sama chciała wysłać tyle, by otrzymać taką samą ilość, musiałaby zapłacić więcej niż sto. Postanowiła bez chwili zwłoki zalogować się na swoje konto i kliknąć przycisk: „Licytuj”. Do Hiszpanii postanowiła dorzucić Grecję, Szkocję, Szwajcarię, Szwecję i Francję. Ostatecznie wszystko miało w sumie kosztować mniej niż pięćdziesiąt złotych, nie wliczając w to przesyłki. Dwieście pięć nowych pocztówek! Czuła się tak, jakby trafiła milion w totolotka.
Gdy wygrała wszystkie licytacje (tylko w jednej z kimś rywalizowała, a ten ktoś zdecydowanie nie pilnował aukcji), zaczęła się zastanawiać, dlaczego ktoś sprzedaje swoją kolekcję. Próbowała nie pisać historii mrożących krew w żyłach, wyciskających łzy ani takich, które były zupełnie nieprawdopodobne („Nie, Zośka”, mówiła sobie, „kosmici ani czarownice nie zmusili go do tego, przestań wymyślać i po prostu się ciesz!”).
Nie potrafiła. Wiedziała, ile ją samą kosztowało zgromadzenie kolekcji dwustu kilkudziesięciu pocztówek. A ten ktoś sprzedawał razem około tysiąca. Kiedyś zgromadzenie takiej ilości kartek, bez pomocy Internetu, musiało być nie lada wyczynem. Nie mogła nie zastanawiać się, dlaczego ktoś sprzedaje teraz za grosze coś, co zapewne było bliskie jego sercu. Zdecydowanie nie kierował się chęcią zysku. Ba, nawet nie liczył pewnie na zwrot tych pieniędzy, które w swoją pasję zainwestował, nie mówiąc nawet o tym, ile to kosztowało wysiłku i energii. Miała wrażenie, jakby kupiła za niecałe pięćdziesiąt złotych kilka lat czyjegoś życia. Lat, w których śmiał się i płakał, krzyczał i milczał, spał i przewracał się z boku na bok podczas bezsennych nocy. Co z tego, że się tego pozbywał, z własnej woli?
Może niekoniecznie z własnej, Zosiu?, zapytała sama siebie. „Może zmarł i wnuki otrzymały mieszkanie i kartki dziadka wydają im się kolejnym niepotrzebnym gratem. Albo zachorował na Alzheimera i niczego nie jest w stanie już rozpoznać?”.
Postanowiła się dowiedzieć, dlaczego kolekcja przechodzi w jej ręce. Zalogowała się w serwisie aukcyjnym i napisała maila z prośbą o podanie warunków wysłania przesyłki. Miała nadzieję, że sprzedający okaże się rozmowny, odpisze, a ona wtedy zapyta go o to, dlaczego oddaje komuś obcemu kawałek własnej historii. Zaintrygował ją na tyle, że przejrzała też kilka innych aukcji – kart telefonicznych i klaserów ze znaczkami. W opisie jednej z aukcji znalazła informację, którą chciała posiąść – dlaczego ktoś sprzedaje część siebie. Była rozczarowana – napisał po prostu, że wyprzedaje niepotrzebne mu przedmioty, które zajmują dużo miejsca w mieszkaniu, a poza tym pora, żeby kogoś innego cieszyło to, co jemu dawało radość przez wiele lat. Nie musiała już pisać maila. Zrobiło jej się jeszcze bardziej smutno – przecież ta sprzedaż to tak, jakby powiedzieć wieloletniemu przyjacielowi, że pora umierać i nie warto już się przyjaźnić! Pomyślała jednak, że takich decyzji nie podejmuje się ot tak, musiał myśleć już od dawna nad tym, co zrobić ze swoimi zbiorami, przecież nie mógł ich wyrzucić. I wtedy zrozumiała – oddał je komuś, kto wciąż wypatruje listonosza z niecierpliwością, kto uwielbia wyprawy po pocztówki i stanie w kolejce do okienka na poczcie. Wierzyła, że pocztówki trafiły we właściwe ręce. A gdy do domu przyszła paczka z przesyłką, postanowiła pójść na pocztę i wybrać najpiękniejszą kartkę, jaką tam zobaczy, a następnie wysłać ją do człowieka, który podarował jej świat zamknięty w dwustu pięciu kartonikach z obrazkami. 
Brak komentarzy:

Schody. Schody, które zdają się nie mieć końca, prowadzące w dół, w ciemność, w bezkresną czeluść. I gdyby nie skute na plecach ręce, gdyby nie opuchlizna na twarzy, która nie pozwalała mu widzieć dokładnie, gdyby nie zimna lufa pistoletu, przyłożona do karku…
- Schneller – rzuca szorstko Niemiec i popycha go w dół, zmuszając do pokonania jeszcze dwóch stopni w stronę tej ciemności. Idzie dalej, powoli i ostrożnie… To tylko będzie sąd… Tylko sąd, jeszcze nie egzekucja… Kilkanaście dodatkowych minut, żeby… Żeby co? Przecież nie ma jak uciec. Teraz jest jego szansa, teraz albo nigdy. Zatrzymuje się i obraca gwałtownie w stronę niemieckiego żołnierza z zamiarem wytrącenia mu z ręki broni. Jeden na jednego, da radę… Niemiec uskakuje zgrabnie i odpłaca mu za ten atak solidnym ciosem kolbą pistoletu. Zaciska zęby z bólu i podnosi powoli wzrok na żołnierza. Wysoki, blondyn, szaroniebieskie oczy. Mocno zbudowany i pewny siebie. Nienaganny strój, na mundurze nie ma ani zagniecenia. Wypastowane buty. Ordnung muss sein… A on tak dobrze go zna, przecież go pamięta, byli kolegami!
- Rotenstein – mówi cicho, ale wyraźnie. Żołnierz chwyta go mocno za kołnierz i zmusza do wyprostowania się.
- Nie czas na to, idź – odpowiada, ponownie przykładając mu lufę do karku. Kilka stopni pokonują w milczeniu. Kim jest ten człowiek za nim? To już nie student z Berlina, już nie tamten wesoły, beztroski chłopak, którego znał. To ktoś, komu uderzyły do głowy hitlerowskie idee, zaangażowany w wojnę zachodni faszysta.
- Studiowaliśmy razem – mówi cicho po niemiecku Julian, zatrzymując się znowu. Coraz bliżej do ciemności… - Byliśmy kumplami… Nie możesz teraz…
- Przestań bredzić, jest wojna, kogo teraz obchodzi, kto z kim studiował?! – prawie krzyknął Niemiec, ale opuścił powoli broń. W jego głosie pobrzmiewała jakaś dziwna rozpacz i strach, ogromny strach… Czego mógł bać się ten, który z samego pochodzenia był zwycięzcą? – Idź, do cholery, dla własnego dobra idź dalej.
Więc idzie, ale nie dla własnego dobra. Bo cóż może go tam czekać? Jest partyzantem, wszystko, co zrobił od początku wojny jest nielegalne. Co może go spotkać, jeśli nie kulka w tył głowy? Miał dość, dość bólu, poniżenia, dość znoszenia tego wszystkiego i może właśnie dlatego przyspieszył kroku… Wyrwać się i nigdy nie wrócić do tego rozwalonego świata, wystarczy tylko przejść tych kilka stopni… Zaciska powieki i potrząsa głową. O nie, nie po to walczył tyle czasu, by teraz zostać prowadzoną na rzeź owcą. Za wcześnie na pogodzenie się ze swoim losem!
- Masz papierosa? – pyta spokojnie i znów przystaje, a Niemiec razem z nim. Ma dość mówienia po niemiecku, okropny język brzmi jak szczekanie psa…
- Teraz? – warczy niezadowolony żołnierz.
- Mogę nie mieć więcej okazji.
Rotenstein przewraca oczami, po czym wtyka mu papierosa do ust i podpala.
- Nie mogę nic dla ciebie zrobić, Julek – mówi po chwili i wzdycha ciężko. Julian odwraca się z powrotem w jego stronę i kiwa głową ze zrozumieniem. Niemiec patrzy na niego z mieszaniną współczucia, smutku i litości w typowo aryjskich, szaroniebieskich oczach. Nie wszyscy mieli to szczęście, żeby wyglądać tak doskonale… Tak niemiecko…
Gdyby mógł, pomógłby mu. Przecież dobry był z niego kumpel, zawsze można było na niego liczyć… Ale teraz nie może nic zrobić. Bo czy on, Julian Szczęścicki może wymagać od dawnego kolegi, żeby narażał dla niego życie, może nie tylko swoje? Najważniejsze jest życie, umiał to uszanować. Najważniejsze jest życie i nie wolno się niepotrzebnie narażać, każdy to rozumiał… Ale on też nie zamierzał teraz ginąć za ojczyznę.
- Wiem – odrzekł twardo.
- Powiedz coś, żeby chcieli cię jeszcze przesłuchiwać. Daj znać twoim, niech spróbują cię odbić… - Rotenstein urywa na chwilę i przełyka głośno ślinę. Zwycięzcy boją się bardziej niż przegrani, bo nie mogą się potknąć. Bo nie mogą nic zrobić. Bo są tak potwornie bezsilni w całej swojej potędze… - Tylko mnie w to nie mieszaj… - dodaje cicho Niemiec, odwracając wzrok. Julek kiwa powoli głową. Dobrze, Fried… Nie wydam cię…
- Idź szybciej!
W ciszy słychać tylko stukanie oficerskich butów o surowe, betonowe stopnie, a ciemna czeluść jest coraz bliżej. Walczyć, trzeba walczyć. To jeszcze nie czas na pożegnania, jeszcze długa droga do załatwiania spraw ostatecznych. Nie tu jest jego koniec, wie o tym, więc dalej idzie spokojnie.
Brak komentarzy:

„Dzień jak co dzień, poranek jak każdy inny.”
Eldo, Granice



To nie było tak, że Chris uciekał, bo miał na to akurat ochotę. Tak naprawdę, to nie lubił wzmożonego wysiłku fizycznego z rana. Do tego w niekompletnej garderobie.
Cóż, ojciec Samanthy (ewentualnie Cecily, Katherine lub Janneth) nie wykazał się zbyt wielkim entuzjazmem, gdy po powrocie z nocnej zmiany zastał swoją córkę w łóżku z obcym mężczyzną. Swoją nagą córkę z równie nagimi mężczyzną. Chris był pełen podziwu dla prawie pięćdziesięcioletniego staruszka (jak w ogóle można mieć pięćdziesiąt lat? Czy człowiek się już nie rozsypuje w tym wieku?), który w dosłownie kilka sekund zdążył pobiec do salonu po dubeltówkę, naładować nią i wycelować w ubierającego się Chrisa.
Mały aniołek, stojący dotychczas na szafce nocnej domniemanej Samanthy, roztrzaskał się w drobny mak od pocisku. Chris wolał nie sprawdzać, jak zachowałaby się jego łydka w podobnej sytuacji, o głowie nie wspominając.
Odnotować, co zrobić po powrocie do domu, bez ani jednego pocisku w ciele: przez dziesięć minut oddawać hołd tym, którzy zajmują się montowaniem schodów przeciwpożarowych!
Do ziemi zostały mu jeszcze jakieś dwa piętra, ale gdy kolejny pocisk śmignął tuż pod jego ręką, Chris zdecydował, że woli mieć zwichniętą kostkę niż kostkę przestrzeloną i najzwyczajniej w świecie zeskoczył ze schodów.
Tajemnicza Siła Wyższa, w którą nie wierzył, zlitowała się nad nim i na końcu toru jego szaleńczego skoku ustawiła worki ze śmieciami. Od nich droga poza ogrodzenie osiedla była szalenie prosta i tylko dwa razy musiał uniknąć niechybnego postrzelenia.
Zdenerwował się dopiero wtedy, gdy wdepnął bosą stopą wprost w kałużę. Tak to bywa, jak w pośpiechu zapomnisz założyć butów.
*
Chris zawsze chciał powiedzieć ojcu, że go nienawidzi. Tylko, jak na złość, nigdy nie miał dobrego powodu do tego, by go nienawidzić. Nawet teraz, gdy stał przemoczony, bosy i trzęsący się jak osika (Tajemnicza Siła Wyższa stwierdziła, że jeden cud na dzień wystarczy, jak dla takiego bezbożnika, jakim jest Christopher Thomas Redeyes, więc w połowie drogi złapała go okropna ulewa).
— Czyżby niespodziewana zmiana planów?
Chris szczerze nienawidził dewelopera, który kazał wybudować mieszkania z na tyle wąskimi drzwiami, by nikt nie mógł przemknąć się, gdy Calm Redeyes stanął w nich, ledwo mieszcząc się ze swoimi szerokimi barkami.
Odnotować, co zrobić, gdy ojciec mnie łaskawie wpuści (jeżeli w ogóle mnie wpuści): złożyć skargę do spółdzielni i poszukać jakiejś przyjemnej stancji. Z szerszymi drzwiami.
— No, nacieszyłeś już swoje oczy widokiem mojej klęski? To wpuść mnie łaskawie, bo czuję, że powoli zaczynam się rozpuszczać.
Chyba w końcu nadszedł ten dzień, w którym Chris w końcu znalazł powód by nienawidzić własnego ojca. Szczerze nienawidził jego triumfalnego uśmieszku. I brudnych, wilgotnych skarpetek, ale to już inna sprawa.
*
— … a potem chyba do niej doszło, że jednak mam rację, bo zarzuciła tymi swoimi sztucznymi kudłami i odeszła, mówiąc: „Jeszcze się policzymy, Redeyes.” Wyobrażasz to sobie? Groziła mi, Chris. Mi! Tej Aurorze Redeyes. Co mnie obchodzi, że jest najbardziej popularną dziewczyną w szkole? Ja też mogłabym nią być, ale nie pociąga mnie sypianie z kim popadnie. Poza tym, połowa jej „amantów” spisuje ode mnie prace domowe, więc raczej to po mojej stronie by stanęli, gdyby doszło do czegoś poważniejszego. Oczywiście, nie twierdzę, żeby taka sytuacja miała się zdarzyć…
Chris naprawdę kochał swoją młodszą siostrę. Może teraz nie było tego widać, bo jej bezustanna paplanina zaczynała doprowadzać go do szału i miał ochotę, tak jak ojciec, wymknąć się niepostrzeżenie do swojego pokoju, ale naprawdę kochał Aurorę. Tylko czasami była nieznośna. Na przykład teraz, gdy bezustannie mówiła o szkole i jakiejś Donacie Simons.
— Siostra, ja naprawdę wierzę, że ta historia jest szalenie interesująca, ale ryż się przypala.
Aurora Redeyes miała niesamowitą zdolność do zapominania o bożym (i nie tylko) świecie, gdy chodziło o wyrzucanie z siebie złości po całym dniu spędzonym w szkole. Chris się jej nie dziwił, bo robił dokładnie to samo, gdy był w jej wieku, z tą różnicą, że nic niewartymi wyrzutami dzielił się z ojcem, który był mistrzem w zasypianiu z otwartymi oczami. Cóż, Chris nie opanował jeszcze tej trudnej sztuczki, nawet pomimo tego, że jego młodsza siostra kończyła właśnie gimnazjum.
Dziewczyna zerwała się z pufa w panterkę, który był jej prezentem na piętnaste urodziny, i, o mało nie zabiwszy się na płytkach, wpadła do kuchni. Chris uwielbiał oglądać siostrę w krytycznych sytuacjach, kiedy starała się uratować to, co miało być ich przyszłym obiadem.
— Ale wiesz. — Stanął obok niej, nonszalancko opierając się biodrem o blat i podając Aurorze rękawicę kuchenną. — Jeżeli ta dziewczyna…
— Plastik.
— Jeżeli ten plastik — zreflektował się — nadal będzie ci dokuczać, to wystarczy słowo, a Najwspanialszy i Najmądrzejszy Starszy Brat Na Świecie rozwiąże tę sprawę.
Gdyby Aurora właśnie nie mieszała gulaszu, to prawdopodobnie parsknęłaby śmiechem. Ostatecznie, ograniczyła się do posłania Chrisowi pobłażliwego spojrzenia.
Aurora od zawsze była samodzielną dziewczynką i wszystkie swoje konflikty rozwiązywała bez jakiejkolwiek pomocy ze strony brata czy ojca. Niemniej jednak, oni nadal czuli się w potrzebie opiekowania jedyną (i nadal niepełnoletnią) kobietą w domu, a ona nie miała serca im tego zabronić.
— Dzięki, Chris, ale postaram się rozwiązać ten konflikt na płaszczyźnie dyplomatycznej.
Miłość braterska Christophera Thomasa Redeyesa po raz kolejny została odrzucona.
*
Umysł Chrisa był wypełniony po brzegi łaciną. Mimo iż nie rozumiał, do czego przyda mi się wiedza, że szczęka po łacinie to maxilla, uczył się wytrwale na zaliczenie. W takich oto chwilach, gdy dochodziła druga w nocy, a litery zaczynały tańczyć kankana na kartce, podczas gdy Chris nadal nie umiał wszystkiego, nachodziły go wątpliwości, czy studia medyczne to był na pewno taki dobry pomysł.
Niby ojciec coś tam brzdąkał, że nie widzi sensu, na marnowanie pięciu lat życia, tylko po to, by wiedzieć jak słabym organizmem jest człowiek i w jak wymyślny sposób można go pokroić, ale Chris przechodził wtedy okres buntu i wszystko, co wyszło z ust Calma było z miejsca zaprzeczane i uznawane za złe.
Zapach świeżej kawy zaatakował jego nozdrza wtedy, kiedy się tego najmniej spodziewał, powodując zamęt w głowie Chrisa, że nie był już pewien czy os sphenoidale to kość klinowa czy jednak jarzmowa.
Tak właściwie to Aurora była dziwna. Zawsze nosiła bluzki z długim rękawem lub sweterki, tłumacząc, że jej zimno, a nogi najczęściej miała gołe. Może jej ciało potrzebowało ocieplania tylko w pięćdziesięciu procentach i z dwojga złego wolało wybrać górę niż niecały metr nóg? Jakby to nie było, Chris nie zdziwił się, widząc Aurorę w bieliźnie i bawełnianej bluzce z dłuższym rękawem oraz kołnierzykiem na guziczki. Bardziej zastanawiał go ten kubek w jej dłoniach.
— Nie wątpię w to, że zdasz, ale to tylko mała pomoc w walce z sennością.
Chris bardzo kochał swoją siostrę. Niezależnie od godziny, sytuacji i okoliczności. Aurora była jego ukochaną młodszą siostrzyczką, więc nie dziwnym było to, że najzwyczajniej w świecie i po ludzku ją przytulił.
*
— „To nie tak, że boję się umrzeć. Po prostu nie chciałbym być w pobliżu, kiedy to się stanie.” Uwielbiam Woody’ego Allena!
Chris miał czasami niejasne wrażenie, że albo to wszyscy wokół się zmówili, by go wyalienować, albo to on był jakiś dziwny, że oglądał film tuż przed egzaminem. On po prostu nie lubił się nadmiernie stresować i potrzebował rozluźnienia tuż przed wzmożonym wysiłkiem psychicznym, który zbliżał się wielkimi krokami. Nie zwracał zbytniej uwagi na powtarzających materiał studentów, ale oni zwracali uwagę na niego, gdy komentował pod nosem co lepsze kwestie. Dziwni ludzie, nie mieli własnego życia, czy jak?
Odnotować, co zrobić po powrocie do domu: sprawdzić w lustrze, czy nie mam niczego na twarzy. Ewentualnie poprosić rodzinę o pomoc.
*
W gruncie rzeczy, Chris powinien się czuć jak młody bóg. Prawda była jednak taka, że czuł się jak wyjęty prosto z pralki po odwirowaniu. Był w stanie przyjąć nawet okropnego pufa w panterkę jako siedzisko, chociaż na co dzień trzymał się od niego z daleko, z prostej przyczyny, że ten mebel miał wyjątkowo niegodne jego męskiego siedziska obicie.
Co do przewidywanego stanu mentalnego Chrisa: zdał najlepiej z grupy, ale co on musiał zrobić, by mieć to zaliczenie za sobą, to jego.
Puf był mięciutki i niezajmowany przez Aurorę tylko dlatego, że dziewczyna była jeszcze w szkole. Wiązało się z tym też to, że jeżeli Chris chciał coś zjeść, to musiałby zrobić sobie to jedzenie sam, co było niemożliwe z tej prostej przyczyny, że Chris nie potrafił nawet wody zagotować bez podpalenia rączek garnka. Postanowił profilaktycznie nie zbliżać się do kuchenki.
Cóż, ojciec był w pracy. Łatwo było stwierdzić tę oczywistość po ziejącej przykrą pustką lodówce. Tak między Bogiem a prawdą, była tam jeszcze sałata, ale Redeyes nie królik, zielenizną się nie zadowoli.
— I co mi po wynikach, skoro umrę z głodu? — Mówienie do siebie było zaliczane do kategorii „poziom baterii: dziesięć procent”. — Tak niegodna śmierć, dla tak wybitnej jednostki! — Teatralizacja podchodziła pod „poziom baterii: pięć procent”. — Umrę sam, zapomniany przez wszystkich, odrzucony przez społeczeństwo, które nie rozumie mego geniuszu… — Płaszczenie się po ziemi, natomiast, „poziom baterii: dlaczego się jeszcze nie rozładował?”.
Prosta odpowiedź – Chris dojrzał swoją konsolę PlayStation, a obok niej, stojące praktycznie na piedestale, pudełko z najnowszym Assassin’s Creedem. Organizm Chrisa sam zachodził w głowę, jak to możliwe, żeby z poziomu krytycznego, przeskoczył nagle na zgrabne osiemdziesiąt procent.
Zazwyczaj było tak, że gdy Chris się dorwał do pada, to nie wypuszczał go z rąk, dopóki powieki same mu się nie zamykały, a kiszki nie zaczynały skręcać w ruchach lambady.
Tym razem nie było inaczej. Co prawda, ani Aurora, ani Calm jeszcze nie wrócili, więc Chris oddawał się upojnej przyjemności, jaką było zabijanie Anglików tomahawkiem z wysokości. Oddawałby się jej jeszcze przez najbliższe kilka godzin, gdyby nie pukanie do drzwi, które wybiło go z rytmu, a Connor w grze spadł z urwiska. Na ekranie telewizora widniał napis: „Brak synchronizacji: śmierć”.
Chris, w wyjątkowo złym nastroju, otworzył drzwi, w celu zaszczycenia nieproszonego gościa kilkoma wyjątkowo obelżywymi epitetami, ale nagle zabrakło mu słów.
Nie można było powiedzieć, że Chris bał się krwi, bo się nie bał. Gdyby było inaczej, nie myślałby o karierze chirurga po skończeniu studiów i pracowałby w warzywniaku na rogu, zastanawiając się, co zrobić z maturą. Chris po prostu nie przepadał za tym, gdy ktoś krwawił mu wprost na wycieraczkę. Nie miał pojęcia jak to później wybawić.
— Ty…
Może i Chris był dziwny, ale według jego pojmowania, ktoś, kto obficie krwawi od rany zadanej w brzuch, nie powinien się tak promiennie uśmiechać, ani tym bardziej rzucać mu na szyję (to markowe spodnie!).
Cóż, nie ważne co Chris myślał bądź nie, przed chwilą przed jego drzwiami stał Maximilian, gdyż obecnie opierał się na Chrisie całym ciężarem ciała, stojąc w progu. Po chwili, już w tym progu nie stali, gdyż Max zwyczajnie stracił przytomność, a Chris równowagę.
Chwilę zajęło mu uzmysłowienie sobie, że leżą na podłodze w przejściu. Później przyszła panika.
Brak komentarzy:


Pakowałam swoje nieliczne rzeczy do małej torby. W szpitalu spędziłam prawie miesiąc spokojnie pozwalając, by mój organizm i umysł zregeneruje się po tym, co się stało. Oczywiście przez cały czas mojego boku nie opuszczał Adrian i Kasandra. Opiekowali się i w miarę jak wracały mi siły z coraz większą czujnością, obserwowali też każdy mój ruch, jak by mi się niezwykle śpieszyło do ponownej ucieczki. Teraz w progu stał Adi, z czego można wywnioskować, że Kasandra stała przy samochodzie. Mój ojciec nie lubił jak się narażałam, szczególnie po tym jak moja matka została w zwierzęcy sposób zamordowana. Ogranicza całe moje życie. Czuje się jak ptak w złotej klatce mogę mieć wszystko oprócz niezależności. Jednak to nie jest mój styl, ja musiałam czuć się potrzebna i nie potrafiłam żyć bez tego ciepłego dreszczu strachu adrenaliny, gdy polowałam. Po za tym siedzenie w domu wpychało mnie w depresje.
Od dziecka mnie szkolił na zabójczynie diabłów, mutantów czy czymkolwiek to było. Był ze mnie dumny jak robiłam postępy, a teraz nagle to zbyt niebezpieczne. To zabawne od ponad 80 lat walczymy z czymś, o czym nie wiemy wiele więcej niż to jak się ich pozbyć. Tą wiedze swego czasu przypłaciliśmy krwią, podczas nieudanych prób walki z wrogiem.
Tu nie wszystko jest jak w legendach, ale potwory wydają się te same. Mają podobne cechy, jednak wszystko jest jakby poplątane, niejasne i zmienne.
Zerknęłam na mojego strażnika, który stał luźno oparty o framugę. Jego oczy o tęczówkach w kolorze gorzkiej czekolady czujnie obserwowały każdy mój ruch. Kasztanowe włosy prezentowały sobą klasyczny artystyczny nieład, który dodawał mu seksapilu. Imponujące bicepsy skryte pod białym podkoszulkiem i skurzaną motocyklową kurtką, były powodem nie jednego kisielu w majtkach. Dlatego tym bardziej nie rozumiałam, czemu tak bardzo mu zależało na tym by siedzieć na głowie właśnie mi. Nie miałam zamiaru obarczać nikogo sobą, ani swoimi humorami. Nie zamierzałam uzależniać się od kogoś. Lubiłam życie wolnego strzelca pod mottem umiesz liczyć licz na siebie nikt nie będzie musiał płacić za twoje błędy.
Zapięłam zamek błyskawiczny, a Adi był już u mego boku i brał torbę, byle przypadkiem nie próbowała nieść jej samej. Nie protestowałam, nie miałam sił na bezsensowne sprzeczki, które i tak nie wniosą niczego dzięki, bardziej niż oślemu uporowi mojego kolegi.
Wyprowadził mnie w taki sposób jak bym mogła w każdej chwili zemdleć. Zacisnęłam zęby. W takich chwilach wolałabym być po drugiej stronie grobu, gdzie miałabym święty spokój. To pragnienie szczególnie potęgował fakt, że zaraz stanę twarzą twarz z ojczulkiem.
Ani razu mnie nie odwiedził. Wiem, ze się bał, ciekawe tylko czy widoku mnie w takim stanie czy raczej nawrotu wspomnień z prosektorium.
Pomału zbliżaliśmy się do samochodu, o który opierała się kobieta leniwie popalając papierosa. Wyglądała jak postać wyjęta z jakiegoś filmu szpiegowskiego. Ciemne okulary, choć niebo było białe od chmur, a na ziemi leżały już pierwsze sygnały zbliżającej się zimy. Czarny płaszcz długi, aż do kolan, a do tego kozaki. Jej drobną twarzyczkę otaczały burz czarnych loków. Rita. Siostra bliźniaczka Kasandry. Co prawda nikt nie wierzy, że ta fanfatal od siedmiu boleści jest siostrą tej wiecznie uśmiechniętej brunetki i pulchnych kształtach, jednak taki urok bliźniąt dwu jajowych.
-Widzę ze styl jak zawsze oryginalny Rito. –Rzuciłam, gdy podeszliśmy do samochodu. Ta tylko wyrzuciła niedopałka i zajęła miejsce kierowcy.  Rita mnie nie cierpiała, za to, że w jej mniemaniu zawsze z nią rywalizowałam, zabierałam jej z przed nosa wszystkie nagrody, a chłopcy, których on pragnęła ślinili się właśnie do mnie. W latach młodości wdawała się ze mną w potyczki słowne, jednak zniechęcona porażkami przestała reagować, zrobiła się cicha, zimna i zamknięta w sobie. Jedynie pogodna natura Kasandry i gorąca miłość jej kochanka potrafiły do niej dotrzeć. Swoją drogą jeszcze nie słyszałam, by kobieta mogła z siebie wydawać jęki tak głośne by było je słychać w promieniu dobrych 50m. Jednak, jako zabójczyni nie można było jej nic zarzucić, szanowałam ją, a jak sobie czasem coś powiedziałam to już inna sprawa. Adi jak się można było spodziewać zajął miejsce z tyłu razem ze mną. Wyjątkowo poważnie brał przydzielone mu zadanie, by dopilnować abym dotarła do bazy. Nie zamierzałam teraz uciekać. Nie miałam dobrego podłoża, ani siły by zmienić się w jeden z wielu cieni mijanych na ulicach. Tym bardziej, że zajęli moje konta i zarekwirowali mieszkanie, więc musiała bym zacząć wszystko od nowa, a najlepiej od kradzieży, by mieć, od czego zacząć. Leniwie oparłam się o oparcie. Nagle zrobiło się ciemno. Korzystając z mojej chwili relaksu Adi narzucił mi na głowę płócienny worek.
-Kurwa, co ci odbiło !- Krzyknęłam próbując się wyswobodzić. Jednak mój towarzysz udaremnił moje starania, przytrzymując moje nadgarstki i unieruchamiając swoim ciałem, siadając na mnie okrakiem
-Nie tak szybko skarbie, wiesz, ze jeszcze nie mogę.- Mruknęłam, przestając walczyć, gdy zorientowałam się, co chce osiągnąć.
-Wybacz mi An, ale takie są zalecenia twojego ojca.- Szepną smutnym głosem.
-Niby czemu ? Przeciesz wiem gdzie jest baza- rzuciłam, jak by zaskoczona i głupiutka dziewczyna.
-Już nie. Rita muzyka- Chciałam zadać jeszcze jedno pytanie, ale głos James Hetfield, pochłoną mój. Westchnęłam jedynie i zrelaksowałam się na tyle ile pozwalał mi ta dość niewygodna pozycja.

Jak się można było domyślić umieścili mnie w pomieszczeni, z którego ucieczka była rzeczą niemożliwą. Ogólnie cała nowa baza główna była miejscem bez wyjścia, mi przypominał podziemny labirynt z dwoma wyjściami. Które były pilnowane tak, aby nawet mrówka się nie przecisnęła.
Leżała na łóżku w pokoju pozbawionym okien, ściany były w nim pomalowane na słodki różowy kolor, komoda, szafa i biurko, które tam stały były białe i wyrażały proste pozbawioną jakichkolwiek ozdobników, łóżko, na którym leżałam było jedno osobowe i w podobnym stylu. W jednym z rogów buczała maszyna odpowiedzialna za odpowiednie utrzymanie temperatury i odpowiedniego stężenia tlenu. Drzwi były metalowe ciężkie pełne zasuwek i kłódek, ale nie od mojej strony. No cóż trochę przesadziłam, bo były tylko dwa zamki, które zamykali zawsze na noc. Po za tym były tu jeszcze białe drewniane drzwi prowadzące do małej łazienki. Mój ojciec najwidoczniej zatrzymał mnie w swojej pamięci w wieku 6 lat, choć tak naprawdę przekroczyłam już 30. Z westchnieniem obróciłam się na brzuch i wtuliłam w pierzynę. Piekielna nuda, byłam pozbawiona broni, kontaktu ze światem i jakichkolwiek zdobyczy technologicznych. Niczym 15 latka w czasie szlabanu. Cisze przerwało ciche pukanie do drzwi.
-Wejść- Krzyknęłam, bezbarwnym głosem.
Nieśmiało do środka weszła mała dziewczynka, w długiej szacie, uczennica kapłanki. Zabawne, ale dłużej niż walczymy z naszym przeciwnikiem istnieje nasza religia, starsi, do których należy mój ojciec nie znali historii, dlaczego jest tak, a nie inaczej nasi dziadkowie chyba też.
Uczennica, pokłoniła mi się z grzeczności dla osoby starsze. Co za staromodny zwyczaik.
-Vailet panią prosi.- Tak Vailet główna kapłanka, która naprawdę obdarzona była niezwykłymi umiejętnościami magicznymi, które pomagały w naszej niekończącej się wojnie. Jej się nie odmawiało i nie kazało się czekać. Zwlekłam się wiec z łóżka i powlokłam się za drobnym dzieckiem przez labirynt szarych korytarzy do jej świątyni. Było to spore pomieszczenie, chyba jedyne z tak wysokim sufitem, kilka rzędów ławek i kula stojąca za ścianą z obrazami tak jak w kościele greko katolickim, tylko tam ukrywali, co innego.
Vailet stała spokojnie wlepiając we mnie białe tęczówki, które zawsze przyprawiały mnie o dreszcz. Mówi się że pierwsza kapłanka przybyła z innego świata by przekazać ludziom swoją wiedze i umiejętności. Jednak widząc chwiejność ludzkiej natury na zawsze postanowiła towarzyszyć swoim tworom.  Jednak ciało przemija, dlatego trwa w ciałach uczennic, szkolonych z pokolenia na pokolenie. Takie bajki i legendy na dobranoc. Mity oszołomów pragnących wyjaśnić, dlaczego świat wygląda tak a nie inaczej. Brak wiedzy na temat przeszłości naszego klanu bywa czasem frustrująca, nawet nie można być pewnym ile już trwa ta cała wojna.
-Witaj Anastazjo.- Szepnęła smutnym głosem. Skrupulatnie unikałam jej wzroku, gdyż czułam się wtedy tak jak by wszystkie minione i przyszłe grzechy uwalniały się z uwięzi umysłu i ciała i pokazywały swoje zamiary. – Choć.
Zaprowadziła mnie do małej komory, do której prowadziło jedno z wielu drzwi po prawej stronie pomieszczenia, zastępowały one zwyczajowe witraże.
W pomieszczeniu panował pół mrok rozświetlany jedynie przez rzędy świec. Na kamiennym ołtarzu leżał długi przedmiot. Krok do przodu w świetle pochodni błysnęła mi srebrne klinga. Miecz. Kolejny krok. Zarys czarnej rękojeści kolejny krok … w kształcie kokonu z pajęczej sieci. Tylko jedna osoba mogła ją wykonać i tylko jedna osoba miała taki miecz. Czułam jak krew zamarza w moich żyłach. Nie to nie możliwe, to nie mogło się zdarzyć nie to się nie dzieje !!
Patrzyłam na miecz Lili mojej towarzyszki od kołyski ostatniej osoby, której jeszcze nie straciłam.
-Co się stało ?- Wyszeptałam nawet nie wiem czy na głos, ale z nadzieją, ze Lili leży teraz w szpitalu nic jej nie jest i zaraz dadzą mi szanse się z nią spotkać. Jednak ta nadzieją prześmiewał cień ten, który gonił naszą trojkę od lat.
Lodowaty głos Vailet przywołał mnie do rzeczywistości niczym wpadnięcie do lodowatego oceanu.
-Nie wiemy. Znaleziono tylko to ani śladów tego, co się stało, ani jej ciała tylko miecz i dwa wspomnienia zaklęte w nim.  Jednak, są adresowane do ciebie, więc tylko ty możesz je odczytać. 
Czułam się otępiała i pusta, no cóż w końcu musze to zrobić. Moje palce zetknęły się z zimnym srebrem. Pochłoną mnie wodny wir.

Wspomnienia bywają różne dobre złe, jednak te przekazywane w formie zapisy magicznego, jako energia krążąca w atomach przedmiotu przenoszą czytającego w sam środek zdarzeń, których zmienić nie może, jego zadaniem jest jedynie obserwacja.



W zwykłej szkolnej klasie z ławkami tablicą i całym tym chramem, dzieciaki, a właściwie już prawie dorośli licealiści z zapałem notowali słowa nauczycielki, prowadzącej wykład, która zapewne już po „x” lekcji znała na pamięć tekst omawianego tekstu. W zamyśle wpatrywała się w uczniów, próbując wymusić na nich myślenie i skupienie różnymi pytaniami, jednocześnie pragnąc rozkochać ich w tak pięknym Wieruszu.  Kobieta o brązowych, krótko ściętych ze względów praktycznych włosach i ciepłej oliwkowej karnacji. Wyjątkowo zgrabna i wysportowana o słodkich czekoladowych oczach.
Cała scena była codzienną rutyną, którą przeżywa każdy z nas. Jednak spokój tego obrazka zakłóciły krzyki dochodzące z korytarza. Nauczycielka wytrącona z równowagi lekko zmarszczyła brwi.
-Co tam się dzieje ?-Mruknęła pod nosem.
Wyjrzała na korytarz i ujrzała scenę niczym apokaliptyczna wizja szaleńca mówiąca o tajemniczym wirusie mającym zmienić wszystkich ludzi w żywe trupy. Gdyż właśnie takie bezmózgie ofiary nieznanych nam mocy właśnie wstrzykiwała jad w kilku uczniów, którzy przypadkiem znaleźli się na korytarzu. Jad, który miał ich zmienić w posłuszne laleczki. Na szczęście jak się udało już wcześniej kobiecie ustalić ciągle żywych i co ciekawe po podaniu wywaru z poeny po kilku godzinach ofiara budziła się zdrowa.
Lili zatrząsnęła drzwi szybkim ruchem i kilkoma susami rzuciła się po futerał na gitarę, z którym od zawsze chodziła niczym pokutnica.  Uczniowie obserwowali ją zdezorientowani.  Cichy klik otwieranych zapięć zagłuszył huk drzwi uderzających o ścianę. Co prawda zombie, nie wyglądały tak jak we wszystkich grach komputerowych, bo było to pomału gnijące ciało jednak nadal w całkiem dobrym stanie. Najwidoczniej były wyjątkowe młode. Lili wysunęła srebrny miecz z pochwy i jednym ciosem pozbawiła zdziwionego stwora głowy. Z martwego ciała pomału wytrysnęła czarna maż przypominająca bardziej ropę niż krew. Wokół wybuchły krzyki nastała panika. Jedni wstali i zaczęli się cofać w głąb inni nerwowo rozglądali się w poszukiwaniu ucieczki. Ktoś zemdlał, ktoś wskoczył pod ławkę. 
-Spokojnie, tylko bez paniki- krzyknęła Lili. Mimo trudności jednak jej autorytet i charyzma wygrały ze strachem i uczniowie z przerażeniem w oczach ucichli.- Zabarykadujcie drzwi i nie wychodźcie stąd póki nie dostaniecie sygnału.
-A jaki to będzie sygnał ?- Krzykną ktoś bardziej opanowany.
-Domyślicie się.- Mówiąc to Lili przewiesiła sobie pochwę miecza przez ramie. Wyciągnęła z futerału pokrowiec z pistoletem, nakładając go dawała uczniom kolejne instrukcje.- Borek, Pokil i Grnek zabarykadujecie drzwi, gdy wyjdę. – Zapięła pokrowiec na udzie.
Trzech chłopców pewnie wyszło przed tłumek uczniów, najwidoczniej jej wybór był gruntownie przemyślany. Lili wyszła na korytarz gdzie chaos zdobywał coraz większą władze dzięki panice uczniów, których nauczyciele siłą pchali w ramiona trupów. Poleciało kilka głów, kilka ogłuszonych ofiar jadu padło na podłogę. Jednak sytuacja była już praktycznie nie do opanowania.
-Do wyjścia!!!-  Krzyknęła chwytając się ostatniej deski ratunku dla tych uczniów. Kilkanaście głów pochwyciło jej pomysł i zaczęło uciekać po schodach w dół by dostać się do głównego wyjścia.  Lili skorzystał z przejścia, zdecydowanie mniej zatłoczonego, gdyż prowadziły na piętro wyżej. Tam ku swojemu zaskoczeniu zastała podłogę usłaną trupami gdzie czerwień zdrowej krwi mieszała się z czernią tej zatrutej. Najwidoczniej kilku starszych rangą postanowiło sobie urządzić mały posiłek i zaskoczyło ich srebrne ostrze. Lili nie wydawała się tym zaskoczona, wręcz przeciwnie przyjęła ten widok z zadowoleniem. Zza jednych drzwi nagle wyskoczyła mała osóbka i rzuciła się w ramiona brunetki. Dziewczynie łzy spływały strumieniem po bladej ze strachu policzkach. Długie kręcone włosy spięte w koński ogon lepiły się od krwi, która też była na jej twarzyczce i ubraniach otulających drżące, wysportowane ciało.
-Spokojnie Madziu. Dobrze się spisałaś wszystko będzie dobrze. Oddychaj głęboko.- Dziewczynie w końcu udało się opanować nerwy i po niedawnym wybuchu zostały jedynie mokre policzki, na których łzy odznaczyły swoją drogę. Przez ramie miał przerzucony srebrny miecz treningowy.
-Przechodził tędy pewien mężczyzna, szepnęła. Portal otworzył się tam. –Palcem wskazała ścianę, na której pulsował czerwony okrąg, który wyglądałby niczym narysowany farbą gdyby nieprzebiegające, co chwile, po liniach impulsy energii. Lili zmarszczyła brwi w zaniepokojeniu. – Ten facet mówił coś o maszynie w piwnicy, świeżej krwi i Maderionium. –Streściła.
Lili w zamyśle pokiwała głową.
-Magda musisz wyprowadzić stąd uczniów, głównym wyjściem. Pozbądź się każdego, kto ci stanie na drodze i pamiętaj życie jednego za życie wielu.
Dziewczyna zbladła jeszcze bardziej, ale kiwnęła głową, po chwili poszła na schody. Nauczycielka zanim poszła w jej ślady ostatni raz spojrzała z niepokojem na symbol chcąc się czegoś upewnić.
Mentorka i jej uczennica walczył ramie w ramie przedzierając się przez armie nie umarłych. Po korytarzach płynęła czarna rzeka. Magda kierowała uczniów ku głównemu wyjściu torując im Dorego a Lili ubezpieczała tyły. Uczniowie w panice uciekali i panował piekielny chaos. Z każdą chwilą wibracje wyczuwalne tylko dla tych, którzy się ich spodziewali i wiedzieli, czym są stawały się coraz wyraźniejsze. Przez okna coraz wyraźniej było widać fioletową barierę za kilka chwil już nikt nie będzie w stanie stąd wyjść.
W końcu schody zostały pokonane. Jednak było za późno bariera stała się realną blokadą zamykającą drogę ucieczki.
Lili po czole spływały krople potu. Przkleła pod nosem. 
- Magda ! Zbierz wszystkich pod barierą, gdy tylko zniknie uciekajcie !- Krzyknęła i rzuciła się w stronę schodów prowadzących do piwnicy.
Tym czasem na dole czekali już na nią towarzystwo.  Już nie bezmózgie, niedoświadczone i kierujące się instynktem sługusy. Tym razem byli to już ci, którzy dobrowolnie oddali swoją dusze. Uśmiechali się złowieszczo oparci o maszynę do teleportacji.
-No proszę, proszę. Kto tu się zjawił? – Odezwał się sie jeden z nich, który Lili dobrze znała, bo ich drogi zeszły się już kiedyś z resztą podobnie jak drogi Anastazji. Miał on krótkie czarne włosy i przykuwającą wzrok Blizne przebiegającą od nosa przez policzek i niknąca gdzieś z tyłu głowy. – Widać, że jednak nasza wyprawa zaowocuje czymś więcej niż kilkoma smacznymi kąskami.
Wojowniczka zacisnęła z nienawiścią zęby patrząc jak sługus oblizuje usta. Jego towarzysz roześmiał się głupkowato. Był gruby, co szczególnie rzucało się w oczy przy drobnej posturze towarzysza. Najwidoczniej nowy, bo Lili nie kojarzyła tych świńskich oczek i tłustych krótkich brąz włosów. Dziewczyna ustawiła się gotowa do walki, tamci tylko się uśmiechnęli. 
Grubas lekceważącym krokiem podszedł do przeciwniczki wyciągając w między czasie z pochwy swój miecz. Widać było, że jest pewny zwycięstwa. Nie doceniał jej. To był błąd.
Lili jednym ruchem zasadziła mu kopniaka między nogi. Rywal najwidoczniej spodziewał się ciosu mieczem skulił się zaskoczony, następny cios rozłupał czaszkę, mieszanina mózgu i krwi wylała się u stup Lili, jednak ona nie zwróciła na to najmniejszej uwagi, cała jej energia skupiona był na maszynie i mężczyźnie, który przy niej stał. Do aktywacji portalu zostało niespełna 2 minuty.
-Wielkie dzięki złotko. Ten idiota uwłaczał godności naszego klanu. –Uśmiechną się do niej tak, że większość osób zapewne dostała, by gęsiej skórki.- A teraz do rzeczy. –To mówiąc jednym płynnym ruchem wysuną pochwy swoje ostrze wykonane zapewne z czarnego diamentu, którego pochodzenie było dla wszystkich tajemnicą. 
Ten mężczyzna o lekkim kocim kroku, był wyjątkowo niebezpiecznym przeciwnikiem. Obserwował ją dokładnie, brał ją na przetrzymanie nie było, co do tego wątpliwości. Czas uciekał. Gra w domysły toczyła się niczym koło fortuny. W końcu decyzja. Dziewczyna jednym ruchem zasłoniła się przed nadchodzącym ciosem drugą sięgnęła po pistolet. Gdy ich ostrza się zetknęły. W powietrzu zbiegły się dwa huki. Kula wbiła się w strukturę przypominającą przestrzenny trapez z kulą, która generowała pole siłowe i była źródłem energii do teleportacji. Kawałki szkła z górnej części posypały się na podłodze, a towarzyszył temu niesamowity rozbłysk światła, który oślepił Lili. Jednak jej przeciwnik nie przejmował się tym, co się właśnie wydarzyło i wykorzystał dekoncentracje przeciwniczki, jedną ręką wytrącając jej miecz a drugą złapała za gardło przyciskając do ściany. Miecz zamienił na sztylet, który przyłożył nauczycielce do gardła. Ta popatrzyła na niego dumnie, gotowa na śmierć. Wygrany jedynie się uśmiechną.
Gdzieś w oddali złowieszczo zastukały metalowe podeszwy butów o płytki na podłodze.
Po chwili za dymu, który wydobywał się z maszyny wyłonił się mężczyzna. Jego jasna karnacja w słabym światłe wydawała się być wręcz biała, co wyjątkowo mocno kontrastowało z kruczo czarnymi włosami. Zielone oczy mierzyły sylwetki schwytanej ofiary z zadowoleniem i nieskrytym pożądaniem. 
-Możesz odejść- Głęboki głos, od którego po skórze przeszły ciarki. Nuż został odjęty od szyi, a Lili z jękiem upadła na podłogę. Sługus pokłonił się przed mężczyzną, który nie odrywając oczu od swojej ofiary wyrysował w powietrzu, palcem, gdzie z lewej strony, krąg zmaterializował się jako identyczny z tym z 2 piętra. 
-Tak, panie. – Po tych słowach znikną za symbolem. 
Lili spojrzała na swojego przeciwnika nie rozumiejąc. Przeciesz panem był, kto inny ten blady mężczyzna o kasztanowych włosach i z płyną krwią w oczach. Tan, który zaledwie 2 lata temu pojmał Werę. Władca wampirów.
-Zaskoczona ? To błąd- Uśmiechną się i podszedł do niej tak by nie mogła rzucić się w stronę miecze. Lili stanęła już na nogi, jednak bezbronna oparła się jedynie o ścianę, próbując wyczuć intencje wroga. Posturę miał niepozorną, u pasa lekki jednoręczny miecz, a z drugiej pochwę ze sztyletem. Na sobie ciężki ciemno brązowy płaszcz, rozpięty, ukazujący, oprócz broni, biała koszule.
 –Gdyby nie twoje konserwatywne myślenie, już dawno byś wiedziała, ale to lepiej dla mnie- Złapał ją za rękę i przyciągną do siebie. Drugą ręką złapał ją za kark. Wtulił głowę w jej szyje najwidoczniej delektując się jej zapachem.- Łatwiej było cię złapać.- Mrukną.
Lili wolną ręką jak najzwiniej powędrowała w kierunku jego paska. Udało się jej wyciągnąć jego miecz. Rękojeść wyglądająca jak głowo smoka, z którego pyska wychodziło ostrze, czarny diament. Para rozdzieliła się nagle, jak by poparzeni. Ona z ostrzem, on z uśmieszkiem, który pokazywał zbyt wiele uczuć, jak na jeden gest, co sprawiało, że koniec końców nie wiadomo, co wyrażał.
-Szybko myślisz skarbie.- Ona zaczęła się cofać ukradkiem szukając drogi ucieczki, a jednocześnie obserwując swojego przeciwnika gotowa do odparcia ataku.- Nie uciekniesz.- Szepną bezwiednie czytając jej myśli z ruchów i oczu.
Odwrócił się by sięgnąć po jej miecz, w ten ona odrzuciła się ze zrywem do biegu, nie zrobiła kroku zanim uderzyła w coś twardego niczym płot o właściwościach elektrycznego pastucha. Zielone promienie zaiskrzyły w zetknięciu z jej ciałem, a Lili pół przytomna padła na ziemie. Do jej gardła sięgnęła srebrna klinka jej własnego miecza. Przeciwnik odebrał swoją stratę i pochylił się nad pokonaną.
-Ostatnie życzenie ? –Zapytał z kpiącym uśmieszkiem na ustach.
-Tylko jedno -szepnęła zachrypniętym głosem- pozwól mi zostawić wiadomość.
Ten spojrzał na nią z przymrużonymi oczami podał jej miecz i pomógł zacisnąć palce na rękojeści, użyczył jej swojej energii. 

Brak komentarzy:

Niedaleka przyszłość.
To był mój pierwszy nocny dyżur w szpitalu. Zostałam przydzielona do doktora Mariana Olszewskiego, chirurga ogólnego, wraz z moją koleżanką ze studiów – Ewą. Dwunastogodzinną zmianę zaczęłam punktualnie o dwudziestej w czwartkowy wieczór. Do szpitala wbiegłam zdyszana, nieomalże spóźniona. Zmieniając ubranie na szpitalny fartuch, próbowałam uspokoić oddech i walące serce. Do Olszewskiego, czy jak go nazywano pośród stażystów „Krakena”, nikt nie odważyłby się spóźnić. Było to bowiem równoznaczne z byciem poniżanym, przez wszystkie godziny pod jego władzą, dłużące się w nieskończoność.
Niestety moje sześćdziesięciosekundowe spóźnienie nie pozostało niezauważone. Pokornie wysłuchałam tyrady na swój temat, kątem oka rozglądając się po izbie przyjęć. Jak na razie nie dostrzegłam żadnych szczególnych przypadków, jedynie złamanie, paskudne oparzenie i obrzydliwa postać grypy. Ewa opatrywała właśnie drugi z przypadków. Lekko się zmartwiłam; w głębi ducha liczyłam, że mój pierwszy dyżur będzie bardziej zaskakujący. Po kilku minutach odesłał mnie do zajęcia się pacjentami. Zanim jednak zdążyłam podejść do pierwszego z nich, wszyscy usłyszeliśmy ryk karetki w momencie gdy zadzwoniły nasze pagery.
Gdy wybiegliśmy przed budynek, z karetki właśnie wyciągano nosze. Sanitariusz szybko wymieniał szczegółowe dane, jak gdyby znał je na pamięć, informując nas tym samym o stanie pacjenta. Truchtaliśmy, pchając łóżko w stronę budynku.
Tomasz Janiszewski, lat sześćdziesiąt osiem. Rowerzysta, potrącony przez ciężarówkę nieomalże pod samym szpitalem. Powinien już nie żyć – przemknęło mi przez myśl. Dopiero gdy odsłoniliśmy koc termiczny, którym przykryto go na miejscu zdarzenia, dotarło do mnie – on tak jakby już był martwy. Z jego brzucha wystawało dwanaście rowerowych szprych.
Zacisnęłam zęby. Kraken był jak zwykle opanowany – wydawał klarowne instrukcje, które bez zająknięcia wykonywałam. Ewa nie wytrzymała; wybiegła z urazówki, dłonią zasłaniając sobie usta. Szprychy zastały usztywnione i zabezpieczone; pacjentowi na chwilę obecną nie groziło wykrwawienie, ale jak najszybciej musiał trafić na stół – nie było wiadomo, jak rozległe są obrażenia. Nagle wszystkie maszyny znajdujące się w pomieszczeniu zaczęły wydawać złowieszcze dźwięki. Zawał – podpowiedział mi cichy głosik, pełen niedowierzania. Olszewski, zauważył to już wcześniej, stał właśnie w gotowości z defibrylatorem. Odskoczyłam od pacjenta, który na szczęście po drugim porażeniu zaskoczył.
Sala została już zamówiona. Biegliśmy na blok operacyjny, modląc się w duchu, abyśmy zdążyli na czas. Olszewski wydał polecenie abym mu asystowała. Naturalnie, w dniu dzisiejszym wolałby w tej roli Ewę, ale nikt nie chciał na sali stażysty, który nie ma mocnego żołądka. Gdy przygotowywaliśmy się do operacji, jedna z sióstr przyniosła prześwietlenie, po czym poinformowała nas, że pacjent jest już przygotowany. Doktor ani myślał pokazać mi zdjęcie. Mruknął jedynie do siebie coś niezrozumiale, po czym z uniesionymi, sterylnie czystymi dłońmi, plecami otworzył drzwi, wchodząc na salę. Wzięłam głęboki oddech i postąpiłam tak jak on.
Moja bytność na sali ograniczała się do trzymania ssaka. Nie to jednak było najważniejsze. Najważniejsze było to, że w ogóle się tu dostałam.
Operacja okazała się dużo dłuższa niż mogłam się spodziewać. O wiele więcej organów zostało uszkodzonych, niż wynikało z wstępnych przypuszczeń Mariana. Nogi bolały jak diabli, a i oczy dawały o sobie znać, nieprzyzwyczajone do tak ostrego światła, które doktor, jakby na złość, ustawił tuż przede mną.
Tuż po godzinie dwudziestej czwartej pan Tomasz ponownie miał zapaść. Pomimo naszych usilnych starań, tym razem nie udało nam się przywrócić jego rytmu zatokowego. Kraken miał dla mnie kolejny sprawdzian tej nocy. Miałam ogłosić zgon.
– Czas śmierci… – zaczęłam z ciężkim sercem – …dwudziesta czwarta pięćdziesiąt sześć.
Wyszłam z sali, ściągając rękawiczki i walcząc z sobą. Spojrzałam w ostre światło aby tylko się nie rozpłakać. Sterylną szczoteczką raz po raz maltretowałam swoje dłonie, aby tylko zapomnieć o bólu który rozkwitał w mojej duszy. Po chwili dołączył do mnie Olszewski, przydzielając mi kolejne zadanie – miałam powiadomić bliskich pana Tomasza.
Opuściłam blok, zupełnie wypompowana. Skierowałam swe kroki do poczekalni, ściągając po drodze czepek, o którym wcześniej zupełnie zapomniałam. Wcisnęłam go do kieszeni spodni, po czym pchnęłam drzwi. W środku było kilka rodzin; jedne trzymały się na uboczu, inne w większych grupach, wspierając się wzajemnie. Wszyscy oczekujący, jak na skinienie magicznej różdżki, wstali gdy tylko przekroczyłam próg. W ich oczach malował się niepokój. Każdy z osobna oczekiwał wieści, w duchu modląc się o te dobre.
– Kto z państwa czeka na informację o panu Tomaszu Janiszewkim?
Podeszła do mnie młoda kobieta, nie wyglądająca na wiele straszą od mnie; za rękę ściskała mężczyznę, w podobnym wieku. Serce zaczęło mi ciążyć; miałam wrażenie jakby zamieniło się w wielką betonowa kulę, która zaraz pociągnie mnie na dno rozpaczy. Odwróciłam się lekko; nie myliłam się – za przeszkloną szybą stał Olszewski, tylko czekając na moją porażkę. Wzięłam głęboki oddech, nie chcąc dać mu takiej satysfakcji. Cichym głosem przekazałam kobiecie okropne wiadomości. Z każdym słowem jej oczy coraz bardziej wypełniały się łzami. Gdy skończyłam, powiedziała jedynie krótkie dziękuję, po czym ukryła twarz w połach koszuli swojego partnera. Gdy wychodziłam, rzuciłam im jeszcze jedno spojrzenie; on głaskał ją po włosach, szepcąc coś do ucha.
Marian rzucił mi zawistne spojrzenie; nie sądził, że podołam. Odesłał mnie na ostry dyżur, informując, że on idzie się położyć i gdyby spotkało nas coś poważniejszego niż szycie, mamy go natychmiast wzywać. Po drodze przetarłam jedynie oczy, nie zwracając większej uwagi na głód, czy pragnienie.
Kolejne kilka godzin spędziłam na szyciu i sprzątaniu wymiocin. Po głowie wciąż odbijało mi się usłyszane wcześniej „dziękuję”; było ono zdecydowanie ostatnią rzeczą, której się spodziewałam. Po izbie krzątała się jeszcze Ewa, momentami sam Olszewski, a także rezydent ortopedii, zajmujący się wszystkimi złamaniami i zwichnięciami. Ten miał zdecydowanie najcięższą robotę.
Ponownie tej nocy zadzwonił pager. Wybiegłam przed szpital, jednak karetka wciąż była w drodze. Na dworze panował straszny ziąb, dlatego też przebierałam z nogi na nogę. Zerknęłam na zegarek – dochodziła czwarta trzydzieści nad ranem. Dopiero ta czynność uświadomiła mi jak bardzo jestem wyczerpana. Karetka gwałtownie podjechała pod same drzwi. Na noszach, które z niej wyciągnięto znajdował się malutki chłopiec, co najwyżej pięcioletni. Nie pomyliłam się; mały Piotruś miał zaledwie cztery latka.
Jego malutkie usteczka były całkiem sine. Poza tym, wyglądał jak gdyby słodko spał. Emocje wzięły górę. Takie małe dziecko było dla mnie kompletnym szokiem; cała moja niewielka wiedza zdawała się kompletnie wyparować. Nic nie przychodziło mi do głowy; nawet najdrobniejsza sugestia. Byłam otępiała, dopiero krzyk sanitariusza sprowadził mnie do pionu. Drżącymi rękoma przyłożyłam zimny stetoskop do białej skóry na piersiach chłopca. Gdy zdałam sobie sprawę z tego, iż nie słyszę kompletnie nic, zamarłam. W słuchawkach panowała głucha cisza, a ja nie byłam w stanie się ruszyć. Nie byłam w stanie uratować tego dziecka.
Do gabinetu momentalnie wpadł Olszewski. Gdy zobaczył w jakim jestem stanie momentalnie odsunął mnie od noszy.
– Wynoś się – wychrypiał po chwili. Wyrwana z otępienia, chwiejnym krokiem wyszłam z pokoju. W głowie mi tętniło, czułam się, jakbym zaraz miała się przewrócić i już nigdy więcej nie wstać. Gdzieś w tyle głowy, niczym mantrę, słyszałam zdanie wypowiedziane przez Krakena. Zastanawiałam się co miał na myśli; czy jedynie tamten moment, czy też w ogóle szpital. Wolnym krokiem skierowałam się w stronę dyżurki, celem zdobycia jedynej rzeczy, która była w stanie w tej chwili, choć trochę postawić mnie na nogi.
Włączyłam ekspres, w międzyczasie spłukując sobie twarz zimną wodą. Poczułam się odrobinę lepiej, choć i tak marzyłam jedynie o tym aby znaleźć się w ciepłym łóżku. Tęsknym wzrokiem spojrzałam na stojącą nieopodal kanapę, tłumiąc w sobie pragnienie położenia się na niej i zamknięcia oczu, choćby i na głupie pięć minut. Czajnik elektryczny zaczął lekko się kolebać, po czym buchnął parą i lampka informująca o podgrzewaniu wody zgasła. Byłam tak rozkojarzona, że kompletnie zapomniałam o przygotowaniu mieszanki; zdałam sobie z tego sprawę dopiero w momencie gdy zanurzyłam usta w słodkim wrzątku. Zdezorientowana smakiem, spojrzałam do wnętrza naczynia – płyn był przeźroczysty. Westchnęłam, kierując się do umywalki, gdzie wylałam ciecz Już miałam nasypać do kubka dwie łyżeczki zmielonej kawy, gdy usłyszałam rozdzierający krzyk wzywający pomocy.
Nieomalże instynktownie wybiegłam z dyżurki kierując się w stronę hałasu, który nagle ucichł, tak niespodziewanie, jak się zaczął. Niestety w szpitalu zazwyczaj nie był to dobry znak. Krzyk ponowił się, przez co udało mi się dotrzeć do jego źródła. Pan Karol leżał bezwładnie na szpitalnym łóżku, dłonie trzymając w okolicy serca; mężczyzna był jedynie na obserwacji po pierwszym zawale. Jednak to nie on krzyczał, był to inny pacjent z którym dzielił salę .
– Pani musi mu pomóc! – krzyknął do mnie, gdy tylko przekroczyłam próg.
W tym momencie, do sali wpadła jednak z pielęgniarek, również wezwana przez pana Romana. Badam puls pacjenta, ale nie jestem w stanie wyczuć co jest nie tak.
– Wezwijcie Olszewskiego! – krzyczę, gdy sinusoida staje się dziwnie nieregularna. Migotanie komór, przebiega mi przez myśl. – Wezwijcie Olszewskiego! – ponawiam swoją prośbę, tym razem głośniej.
– Ale doktor teraz operuje – odparła, wybiegając. Masaż serca wykonuję nieomalże automatycznie; moje ruchy są płynne i wyćwiczone. Biorę głęboki oddech, starając się zebrać myśli.
– Ile jest już nieprzytomny? – pytam drugiego pacjenta.
– Nie wiem – odpowiada zdenerwowany w momencie, w którym pielęgniarka przybiega z defibrylatorem. Oddech mi przyspieszył; spojrzałam na nią przerażona, jakby ponownie prosząc o to, żeby wezwała pomoc.
– Na co czekasz, Nadziejo? – ponagliła mnie. – Wiesz, że nie ma wiele czasu!
– Ale ja jeszcze nigdy tego nie robiłam! – krzyczę, ona jednak zapewnia mnie, że mi pomoże. Biorę głęboki wdech, wysłuchując podpowiedzi siostry; przykładam „łyżki” w odpowiednich miejscach na ciele pacjenta. Strzelam; czuję dziwne mrowienie na całym ciele.
Niemożliwe, żeby wystrzelił do tyłu – przebiega mi przez myśl, na ułamek sekundy przed uderzeniem głową o posadzkę. Ogarnia mnie wszechobecna ciemność.

– Czas zgonu… Piąta zero siedem. 
»