Layout by TYLER
Fonts:dafont.com
Background:gyapo
Główna Regulamin Co to jest? Prozaicy - powrót Konkursy Facebook
Witaj na Prozaicy: Piórem! Jest to miejsce przeznaczone na publikację tekstów napisanych z myślą o konkursach lub akcjach literackich, organizowanych przez Prozaików. W celu poznania dokładniejszych informacji, zapraszam do zakładki "Regulamin" oraz "Co to jest?".
Kontakt: e-mail:prozaicy@vp.pl lub gg: 2171207 - halska.

Brak komentarzy:

            Na skraju pola, ledwo majaczące na horyzoncie zasnutym z lekka mgłą, stało pochylone drzewo. Była to wierzba o długich, poskręcanych gałęziach pokrytych zbrązowiałymi liśćmi. Na sękatej korze potworzyły się wymyślne esy-floresy, układające się we wzór przypominający pomarszczoną twarz.
Zła sława krążyła o drzewie. Z jednej z wierzbowych witek zwisał bowiem kawałek grubego sznura, niegdyś tworzącego pętlę. W dodatku dziwnym zwyczajem miejsce to upodobały sobie kruki i siadały na pozbawionych soku gałęziach. Ich przeraźliwe krakanie niosło się echem po całym polu.
Drzewo to, tę ponurą i samotną wierzbę, nazywano Drzewem Samobójców. Mówiono, że straciło na nim życie tyle osób, że już nikt nie był w stanie zliczyć. Nikt też nie ośmielał się zapuszczać na pole. Panującej aury grozy i strachu nie rozpraszały nawet promienie słońca, niemogące przebić miękkiej mgły.
Mówiono jeszcze, że za dnia słychać było czasem przenikliwe, niepokojące krzyki. Inni twierdzili, że płakało dziecko, lecz wiele osób zbywało plotkę wzruszeniem ramion, uważając, że stanowiła ona jedynie wytwór wybujałej wyobraźni i ludzkiego strachu. Faktem jednak pozostawało, że w polnej ziemi leżały kości wielu dzieci i niemowląt. Nikt już jednak nie pamiętał, co się takiego przed latami wydarzyło. Wszyscy, którzy mogli coś wiedzieć, zmarli – czy to śmiercią naturalną, czy z różnych losowych przyczyn, nierzadko jednak na tyle niepokojących, by odstraszyć śmiałków, żądnych dreszczyku emocji chłopców.
Ktoś jednak ośmielił się zakłócić martwą ciszę panującą na polu – młody chłopak o brązowych, gęstych włosach. Założył się z kolegami, że wejdzie na wilgotną, grząską ziemię i dotknie pnia Drzewa Samobójców.
Szybko jednak przyszło mu pożałować swej brawury.
Aura milczenia zalegająca na tym płachetku ziemi dusiła go. Drżące echo własnych kroków rozlegało się zwielokrotnione w jego głowie. zimna mgła oddzielająca pole od świata osiadła na jego włosach, sprawiając, że czuł się bardzo nieswojo. Rozglądał się niespokojnie, wyczekując niebezpieczeństwa. Ono jednak nie nadeszło, co wydało się chłopakowi bardzo podejrzane.
Krakanie wron zapowiedziało widok, który ukazał się jego oczom chwilę później.
Zobaczył drzewo.
Drzewo Samobójców.
Wpatrzył się w nie urzeczony. Choć na pozór zwyczajne, kryło w sobie piękno. Majestat. Siłę. Jak w transie podszedł bliżej, by dotknąć wierzbowej kory. Była szorstka, pokryta siateczką zmarszczek. Przepiękne, samotne drzewo. Poczuł, że nie chce już więcej tracić jej z oczu. Chciał zostać tutaj na zawsze. Na zawsze. Zawsze.
Po umorusanej twarzy chłopca płynęły łzy, tworząc dwie smugi na jego policzkach, gdy trzęsącymi się rękami sięgał po gruby powróz wiszący na jednej z gałęzi. Musiał stanąć na palcach, żeby wsunąć głowę w pętlę sznura.
Wrony krakały przeraźliwie
– Wreszcie będę wolny! – wykrzyknął chłopiec w pustkę pola, czując narastający ucisk w piersi.
Echo powtórzyło zaraz po nim:
– Wolny! Wolny! Wolny!
            Dławiąc się krzykiem i płaczem, zamknął oczy i uniósł nogi. Pętla zacisnęła się wokół jego szyi, z wolna pozbawiając tchu. Resztką sił rozpaczliwie walczył o oddech.
            Gęsta mgła opadła z powrotem na pole, osłaniając Drzewo wraz z wiszącym na nim kolejnym ciałem przed oczami ciekawskich.


Brak komentarzy:
            Szklanka, szklanka, gdzie jest ta cholerna szklanka z wodą?! Przecież stała tu, na stoliku. Przynajmniej kilka godzin temu jeszcze tam była. Równie dobrze mogła zlecieć... Nie, spokojnie. Jest tutaj.
            Drżącymi rękami chwyciła szklankę i jednym haustem wypiła całą zawartość, czując szybkie i mocne uderzenia serca w klatce piersiowej. Znowu przyspieszyło jej tętno. Koszulka przykleiła się do ciała, musiała się nieźle spocić w czasie snu.
Wytarła strużkę, która pociekła po brodzie, dopiero teraz powracając do przytomności. Wzrok powoli przyzwyczajał się do ciemności panujących w pokoju. Rozróżniała już poszczególne meble i stojące na nich bibeloty. Oczy nie rejestrowały kolorów, jak to w świetle dnia, lecz jedynie odcienie czerni, bieli i szarości. To jednak wystarczało w zupełności, żeby cokolwiek dostrzec i się nie zabić podczas nocnych wędrówek z pokoju do łazienki i z powrotem.
            Koszmar. Znowu śnił jej się koszmar. Pewnie dlatego, że za długo zasiedziała się w grze, ponieważ monstra, które zabijała w wirtualnej rzeczywistości, zaczęły przedostawać się do jej snów. Wyglądały dokładnie tak samo, jak wtedy, w grze, odtworzone z równą dokładnością i ze wszystkimi szczegółami. Jednak była jedna różnica: w snach nie panowała nad swoim ciałem. Musiała jedynie wykonywać polecenia. Jednak przeżywanie tego samego po raz drugi nie należało do najprzyjemniejszych doświadczeń, zwłaszcza że tym razem zabijanie czy odnoszenie ran bolało dużo bardziej. W grze poziom odczuwania bólu został zmniejszony do zera, nie czuło się tam zupełnie niczego. W snach, nie, w koszmarach – odczuwało się wszystko, choć uderzenia nie były realne.
            Uniosła głowę i spojrzała na wyświetlacz cyfrowego zegarka stojącego na biurku. Trzecia w nocy. Wszyscy domownicy śpią, ona sama jednak nie miała zamiaru kłaść się z powrotem. Nie chciała wracać w świat koszmarów, wiedziała, że nic dobrego już jej tam nie spotka i z całą pewnością przyśni jej się to samo. Wzdrygnęła się.
            Odrzuciła kołdrę i wstała. Jak natrętny owad powróciły do niej słowa prezenterki w dzisiejszych wiadomościach. Uzależnienie postępuje. Coraz więcej osób przestaje istnieć w realu i zostaje uwięzionym w świecie wirtualnym.
            Wtedy, rano, jeszcze to do niej nie dotarło. Nie rozumiała za dobrze znaczenia wiadomości dla niej samej, a przecież jej też dotyczyła. Nie sądziła, że tak dobrze zapamięta kilka nic nieznaczących zdań, że tak bardzo wbiją się w jej świadomość. Potem zaczęła się zastanawiać.
            Przez całe przedpołudnie siedziała przy laptopie i szukała jakichkolwiek informacji. Rozpaczliwie pragnęła informacji, ponieważ niechciana myśl zaczęła kiełkować w jej mózgu. Że ona sama też jest uzależniona.
            Wtedy zrozumiała wszystko, lecz i zdobyta wiedza nie napełniła jej zbytnim optymizmem. Wyglądało na to, że osoby spędzające w światach gier więcej niż cztery godziny na dobę, niepotrafiące myśleć o niczym innym, jak tylko o grze, i czujące się nieswojo, gdy przynajmniej raz dziennie nie zagrają co najmniej kilka godzin, nazwano Uzależnionymi. Osoby te nawet nie zauważały, kiedy gry odbierały im totalnie wszystko, kiedy stopniowo zmieniały rzeczywistość i zamykały w złotej klatce z pixeli. Gracze zatracali kontakt z realem. Przestawali cokolwiek wokół siebie zauważać. Żyli tak, jakby byli w grze. W samym społeczeństwie powoli zaczynała pojawiać się panika. Nikt nie wiedział, dlaczego tak się dzieje, nikt nie umiał przewidzieć skutków. A, co najważniejsze, nikt nie umiał temu zapobiegać i leczyć. Oczywiście, trafiło się kilka przypadków osób, które wróciły do normalności po długim pobycie w komputerowych światach. Wszyscy nieodmiennie opowiadali, że jedynym warunkiem powrotu jest przejście całej gry... i przeżycie. Jednak jak na razie niewielu zdołało tego dokonać. Bardzo niewielu. Takich szczęściarzy można by zliczyć na palcach jednej ręki. Pozostali... tkwili tam.
            Wzięła szklankę i ruszyła w podróż do kuchni, ostrożnie wymijając wszystkie zagradzające drogę sprzęty i meble. Wciąż jej się chciało pić. Na szczęście spała na parterze, gdzie mieściła się również kuchnia, a pozostała część rodziny miała pokoje na piętrze. To znacznie ułatwiało sprawę.
            Jeszcze chwilę przed pójściem spać przeglądała swoje wydrukowane notatki. Wyglądało na to, że kolejną rzeczą wzbudzającą niepokój i społeczeństwa, i władz, jest to, że niektórzy gracze umierali. Tak po prostu, jakby dostali nagłego zawału serca albo umarli śmiercią naturalną – we śnie. Jak wyjaśnili ci, którzy przeszli cały proces – umierali w grze, czy to zabici przez potwora, czy polegli w walce z innymi graczami. Życie było tylko jedno. Tak jak w realu.
            Nalała znowu wody do szklanki, tym razem już jednak piła powoli. Nigdzie jej się nie spieszyło. Miała czas. Usiadła na blacie kuchennym i sięgnęła po brzoskwinię leżącą obok w misce wraz z innymi owocami. Podrzucała ją przez chwilę do góry, zanim zdecydowała się na zjedzenie jej.
            Na podstawie relacji osób, które przeżyły, naukowcy podzielili cały ten koszmar na kilka faz, bardzo łatwo zresztą rozpoznawalnych. Pierwszy etap to było, oczywiście, wciągnięcie się w jakąś grę. Dowolną, dostępną na rynku. Zaczynają się wtedy dyskusje ze znajomymi – o tym, ilu wrogów się zabiło, jakie itemy zdobyło i jak przejść kolejną sekwencję. To jeszcze nie jest uzależnienie przez duże „U”. Jednakże obsesyjne myśli o grze, myślenie o niej dzień i noc, niemożliwość skupienia się na niczym poza światem wirtualnym właśnie zaliczano już do symptomów drugiej fazy. Fazy, w której gra powoli zaczynała wkraczać w rzeczywistość, najpierw przejmując kontrolę nad snami. Zaczynały się koszmary będące doskonałym odzwierciedleniem tego, co robił gracz. Wszystko jest identyczne i przerażająco realne.
            Wymachiwała nogami w powietrzu, wciąż czując działanie adrenaliny. Bała się. Czuła strach od momentu, w którym zrozumiała, że została wciągnięta w drugą fazę. Kolejne stały się już tylko nieuchronnością. Nie czuła się już bezpiecznie we własnym domu, we własnym pokoju. Zawsze myślała, że gry to gry – posiedzisz w wykreowanym przez twórców świecie z godzinkę, dwie, czasem może dłużej, jeżeli cię szczególnie wciągnie fabuła, możesz w każdej chwili się wylogować, zatrzymać grę, zapisać, wyłączyć komputer i po paru minutach zapomnieć, że jeszcze parę minut temu siekałeś strażników na drobne kawałeczki. Ot, rozrywka, nic więcej. Nie czujesz bólu, jedynie poruszasz wybraną postacią, idziesz według wskazówek... Teraz jednak okazywało się, że to nie wszystko. Że świat gier jest niebezpieczniejszy niż się na początku wydawało. Że tak naprawdę stawką w grze... jest własne życie. Własne przetrwanie.
            Trzecia faza następuje zwykle płynnie po drugiej, właściwie to jest z nią powiązana. Gracz już sam wtedy nie wie, że coś się zaczyna zmieniać, ponieważ przebudowa otoczenia następuje stopniowo. Powoli, powolutku zostaje przeniesiony do wirtualnej rzeczywistości, do jednej gry. Gry, która staje się nowym realem.
            Gry nazywanej Labiryntem.
            Czuła, jak szybko bije jej serce. Nasłuchiwała, spodziewając się, że w każdej chwili z ciemności wyskoczą potwory, a ona nie będzie miała nawet jak ich zabić. Chyba że nożem kuchennym.
            Otworzyła szufladę i na wszelki wypadek wyjęła jeden ze znajdujących się tam noży. Wiedziała, że popada w paranoję, ale zgodnie z tym co przeczytała, mogła się nawet nie zorientować, że już jest w grze. Mogła zginąć. Proszę, niech to wszystko okaże się koszmarnym snem!
            Pestka zjedzonej brzoskwini wylądowała w zlewie, gdy zeskakiwała z blatu, dzierżąc w jednej ręce rękojeść zwróconą ostrzem do dołu. Trzęsła się.
            Głupia, przestań panikować! Nic ci nie grozi. Za dużo naczytałaś się wiadomości i teraz zaczynasz popadać w paranoję. Naprawdę przesadzasz. Wracaj grzecznie do ciepłego łóżeczka i zapomnij o wszystkim. Tak będzie dla ciebie najlepiej. Nie denerwuj się już tak, pobudzisz wszystkich. Odłóż ten nóż... Tak, na stół. Powoli. Grzeczna dziewczynka. Teraz wracaj do siebie. Najlepiej zaklucz się i śpij do południa.
            Ciszę rozdarł nagle przeciągły krzyk dobiegający chyba z pierwszego piętra. Momentalnie zamarła, rozglądając się czujnie i próbując coś dostrzec na schodach. Sama nawet nie wiedziała, kiedy w jej dłoni pojawił się odłożony wcześniej na stół nóż. Czuła, jak mocno wali jej serce. Drżała. Wytężała słuch, czekając na wszelkie oznaki zbliżającego się niebezpieczeństwa. W razie czego była również przygotowana na ucieczkę do bezpiecznych pieleszy pokoju.
            Gdy po dłuższej chwili nic więcej się nie wydarzyło, zdecydowała, że nie będzie tak wiecznie sterczeć. Wciąż zmrożona do szpiku kości przenikliwym krzykiem wyjrzała na korytarz. Nie dostrzegła niczego podejrzanego, więc zaczęła się powoli wycofywać, trzymając przed sobą nóż w geście obronnym. Miała pecha, że jej pokój mieścił się na samym końcu korytarza, spory kawałek od schodów. W końcu jednak poczuła, że jej plecy ocierają się o drzwi. Sięgnęła za siebie ręką, próbując po omacku odnaleźć klamkę. Kiedy wreszcie się jej to udało, nacisnęła ją powoli, nie chcąc tworzyć niepotrzebnego hałasu, jednakże do pokoju wskoczyła już jednym susem, gnana paniką. Zatrzasnęła za sobą drzwi, już się nie przejmując tym, że wszystkich pobudzi, i błyskawicznie przekręciła tkwiący w zamku klucz.
            Dopiero wtedy mogła sobie pozwolić na odprężenie się i rozluźnienie mięśni. Usiadła na podłodze, pod drzwiami, wciąż ciężko oddychając, jakby przebiegła co najmniej maraton. Wypuściła nóż z ręki i zapatrzyła się w nieokreślony punkt przed sobą.

            Obudziła się dwie minuty przed ustawioną godziną alarmu budzika. Przetarła zaspane oczy, jeszcze nie do końca przytomna. Sprawdziła szybko godzinę – szósta trzydzieści – spokojnie zdąży. Z ulgą opadła z powrotem na poduszki, przypominając sobie wydarzenia z poprzedniej nocy. Najpierw koszmar, potem eskapada do kuchni po szklankę wody... Krzyk. Błysk noża w dłoni. Barykadowanie się w pokoju. Nie, to był tylko sen, bardzo realistyczny, ale jednak tylko sen. Po prostu jej się to przyśniło, nic więcej, uznała. Przecież niemożliwe, żeby nocne wyczyny okazały się prawdą, jeszcze przecież nie oszalała! Jedynym racjonalnym wyjaśnieniem jest właśnie sen. Stanowczo za długo zasiedziała się w grze i przez to nawiedził ją w nocy koszmar. Tak, na pewno. Widocznie spanikowała, coś wzbudziło wczoraj jej niepokój, a umysł dorobił do tego przerażającą wizję. Innego wytłumaczenia nie ma.

            Uspokojona tą myślą wstała z łóżka i zabrawszy uszykowane dzień wcześniej, pozostawione na oparciu krzesła ubrania, udała się do łazienki, nie zwróciwszy zbytniej uwagi na leżący na szafce nóż kuchenny, od którego ostrza odbijało się wpadające do pokoju światło słoneczne.
1 komentarz:
            – Nie zrobię tego. Nie ma mowy.
            – Zrobisz. – Fioletowe oczy rozbłysły dziwnym, przejmującym blaskiem. Nie można było od nich oderwać wzroku. Więc patrzył; patrzył z nienawiścią na wysoką postać w czerni. Prawo zabrania takich rzeczy. Imperium… Muszę się trzymać rozkazów dowództwa. Nie mogę pozwolić Zero przejść. Odwróć wzrok, idioto. Nie patrz mu w oczy! Jednak nie zrobił tego. Nie miał siły. Nie mógł. Nie umiał.
            Stojący przed nim mężczyzna uśmiechał się. Kpiąco, ale też i jakby… ze współczuciem? Dlaczego, Zero? Dlaczego?
            Wycelował w niego pistolet. Jego dłoń drżała. Strzelaj! To rozkaz! Idiota! Po prostu to zrób! To przeciwnik Imperium! Okryjesz się chwałą, zabijając go. Dalej. Już. Natychmiast.
            Przełknął ślinę, czując narastające napięcie. Serce boleśnie uderzało o żebra. Denerwował się. I to jeszcze jak. Chciał uciec. Ale nie mógł. Rozkaz. Rozkaz rzecz święta. Dostrzegł kosmyk brązowych włosów Zero. Może to pomoże w jego identyfikacji…?
            Uspokój się. Opanuj się. Zachowaj zimną krew. Strzelaj.
            Jego palec zacisnął się na spuście. Wystarczył zaledwie ułamek sekundy, by tego dokonać. I naprawdę by to zrobił, gdyby nie to, że w tym samym momencie lewe oko Zero zalśniło różowym blaskiem, który uformował się w dziwny wzór. Poczuł, że jego myśli zaczynają się rozbiegać, tworzy się w nich chaos. Zero… Imperium… Nie można przepuścić…
            Można.
            Mama?
 – Przepuść mnie.
            Pozwól mu. Nie będziesz niczego pamiętał.
            Nie będziesz niczego pamiętał…
            Tato, tato, pokażę ci coś!
            Gubernator Cornelia…
            – Tak… Mój panie…
            – Nie będziesz niczego pamiętał.
Kim jesteś?
Kim ja jestem?
Co tu robię?
            Znowu się schlałem…
            A ten gościu w czerni? Dokąd poszedł?
            Nie istnieje gościu w czerni.
            Hipnotyzujące oczy…
            Tato! Chodźże!
            Nie mogę…
            Możesz. Możesz wszystko.
            Ten kurczak był naprawdę dobry…
            Muszę kupić butelkę wody.
            Warta się kończy za godzinę.
            …co mam pamiętać?
            Coś ucieka.
            Ale ja…         
            Jego oczy zalśniły pomarańczową poświatą i z pijaną radością przepuścił Zero. Czy był szczęśliwy? Był. Ale nie wiedział dlaczego. 


1 komentarz:
            Gwiazdy lśniły wysoko na niebie. Droga wiła się i zakosami prowadziła przez pola pełne łanów pszenicy i czerwonych maków, które teraz jednak zamknęły główki przed nocnym chłodem. W oddali majaczyła ciemna ściana rosnącego na skraju pola lasu. Powietrze drżało, przesycone zapachem świeżego zboża i żywicy. Woń ta zdawała się być wszędzie.
            Szumiące łany z wolna ustępowały pierwszym zabudowaniom. Rześki wiatr rozwiewał włosy; jego zawrotny taniec przyprawiał o gęsią skórkę. Nogi niosły sprężystym krokiem w ukochane i tak dobrze znane miejsca. Z oddali dobiegał szum piętrzącej się na kamieniach rzeki – spokojnej za dnia, groźnej w nocy.
            Wreszcie ukazał się dom z grubo ociosanych bali, którego strzegł tłusty, szary kocur, w dodatku ślepy na jedno oko.
            Walczyliśmy dniami, nocami wędrując…
            Otworzył za to drugie, brudnożółtego koloru oko i zamiauczał żałośnie, merdając ogonem i witając tym samym przybysza. Nie ruszył się jednak z ganku, lecz zasnął z powrotem. Miał już swoje lata, strażnikiem domostwa był jedynie z nazwy. Mężczyzna przekroczył go ostrożnie i stanął przed ciężkimi, dębowymi drzwiami. Zsunął kaptur podróżnika z głowy, ukazując młodą jeszcze twarz. Wzruszenie ścisnęło jego gardło. Uśmiechnął się; w modrym oku zalśniła łza.
            Teraz zaś powracamy, niosąc w dłoniach kwietne wieńce…
            Popchnął drzwi. Zaskrzypiały lekko, wpuszczając go do środka. Energicznym, lekkim krokiem przeszedł przez znajome korytarze i w końcu zatrzymał się przed kolejnymi drzwiami. Zawahał się przez chwilę, lecz w końcu nacisnął klamkę.
            Rześki zapach nocy pozbawia nas tchu…
            Orzy oknie stała szczupła postać. Zwrócona była tyłem do wchodzącego i obejmowała się ramionami. Wyczuła za sobą czyjąś obecność i odwróciła się wystraszona. Czarne włosy z domieszką szarości zafurkotały. Zawsze nosiła je rozpuszczone. Rozpoznała natychmiast przybysza, jej źrenice rozszerzyły się.
            – Wróciłeś – wyszeptała.
            Pragniemy, by chwila zatrzymała się już…
            – Zawsze wracam – odparł zachrypniętym głosem. – Zwłaszcza do tych, których kocham.
            Po jej policzkach płynęły łzy.
            – Tak za tobą tęskniłam… Głupi, wyjść bez pożegnania…! – Zanim zdołał odpowiedzieć, znalazła się przy nim i zarzuciła ręce na jego szyję, przytulając się mocno do jego torsu.
            I księżyc lśni, wzruszony w tę noc…
            Objął ją i pogłaskał po włosach.
            – Jednakże w końcu jestem. I już nie odejdę. Będę zawsze przy tobie. Do końca. Na wieki.
            Uśmiechnęła się przez łzy.

            Gdy pieśń melodią prowadzi nasz krok… 
Brak komentarzy:
Egzystencją nazywał kolor czerwony, a niebo tego dnia było żółte. Zazwyczaj królował na nim błękit, ale właśnie tego dnia było żółte. Żółte jak... Jak co? Jak forsycja kwitnąca w kwietniu chociażby. Nawet słońca nie dało się na nim dostrzec, zlewało się w jedno z oceanem żółci. Drzewa w tej oślepiającej jasności wyglądały zupełnie inaczej niż zwykle. Miały kolor brązu, a nie zieleni, jakby jesień przyszła tego roku wcześniej. wszystko wydawało się inne niż zazwyczaj.
Jednak on zawsze uważał, że to czerwony oddaje pełnię życia. Nie niebieski, nie żółty, ale właśnie czerwony. czerwony był zapowiedzią przygody, zapowiedzią tajemnicy, zapowiedzią lepszego jutra... No i w końcu był też kolorem krwi. A krew równa się egzystencji, prawda? Jeżeli po przecięciu skóry danej osoby nie płynie krew, to znaczy, że nie żyje, tak? A jeżeli ktoś straci szkarłatnej posoki bardzo dużo, może umrzeć. krew więc oznacza życie. Życie, ból i cierpienie. przecież każda rana boli, często leci z niej krew. czerwony to również kolor królów. Władcy od zawsze specjalizowali się w zadawaniu bólu bezimiennym masom i żyjąc na ich koszt. podkreślali to właśnie szkarłatem. Szkarłatne obicia tronów, szkarłatne peleryny, nawet sprowadzane z Włoch dojrzałe pomidory miały czerwony kolor.
Uwielbiał patrzeć na zachodzące słońce. Na krótką chwilę niebo stawało się wtedy czerwone, jakby płakało krwawymi łzami. Żaden inny kolor nie miał takich właściwości, jak czerwony. Szary? Nijaki. Nie rzuca się w oczy, a czerwień wręcz krzyczy i przyciąga do siebie uwagę! Zielony nie ma niczego wspólnego z ludźmi. Ludzie nie mają chloroplastów, ich ciała nie są barwy szmaragdu. Czarny? Czarny to noc, cień, chłód. Zupełne przeciwieństwo życia. Biały? Oślepia oczy. Różowy? Zbyt jaskrawy, niepoważny. Nie ma z niego żadnego pożytku.
Tak więc czerwony to egzystencja. Czerwony to życie.
Karina zawsze go wyśmiewała, na co on uśmiechał się wyrozumiale. Mogła go nie rozumieć – i nie rozumiała. Jego umysł opętały zwodnicze idee, marzenia, które nie mogły się nigdy ziścić. nie przejmował się tym jednak. Jej opinia nie liczyła się aż tak bardzo. Była w końcu tylko prochem na wietrze, marnym pyłem, niczym więcej. Przemijała wraz z biegiem czasu i upływem wody w rzece. On trwał, niezmienny, mając niebo koloru płatków forsycji za towarzysza.
Ludzie się zmieniali, on wciąż pozostawał niezmienny. Taki sam. Samotny – a właściwie to nie do końca. Przecież miał przyjaciół, prawda? Idee. Nieskazitelnie czyste niebo. Powietrze. Czerwień, kolor egzystencji, który tak sobie upodobał. Nie był sam, choć z ludzkiej perspektywy wyglądało to inaczej.
Przecież był bogiem, a bogowie zawsze są sami.


Brak komentarzy:

            Usłana czarnymi kamieniami i żwirem droga wiła się, prowadząc między zmarniałymi polami, na których nie rosło zupełnie nic oprócz krzaków cierniowych. W promieniu wielu kilometrów nie było dosłownie niczego za wyjątkiem jałowej ziemi i dróżki. Ba, nawet na horyzoncie nic się nie rysowało, żadne drzewo, żaden dom czy cokolwiek innego. Jedynie pustka. Taki właśnie był cały Yvalier – ponury, wymarły, świat o czerwono-czarnej barwie.
            Niewielu też ludzi się zapuszczało na te tereny, droga zazwyczaj pozostawała pusta. Tego dnia jednak ktoś nią wędrował – mężczyzna w czarnej pelerynie i narzuconym na głowę kapturze. Przez ramię przewiesił sobie worek podróżny w kolorze popiołu. Doskonale wpasował się w krajobraz Krainy Północy.
            Szedł więc na północ, tak jak go prowadziła droga, podążając za swoim jedynym marzeniem. Nie pragnął złota, skarbów czy chwały. Wszystko to zostawił po Drugiej Stronie. Do Yvalieru zabrał jedynie skromny zapas jedzenia i własną dumę. Szukał zaś Świateł, Świateł Północy, nigdy niepotwierdzonej legendy. Wiedział, że może ich nigdy nie znaleźć, lecz mimo to uczynił poszukiwanie celem swojego życia. Wielu już, tak jak on, próbowało zobaczyć Światła, o których od małego wysłuchiwało się po Drugiej Stronie. Zawładnęły one jego duszą – cały czas tęsknił, krzewiąc w sobie pragnienie przejścia do Yvalieru i odnalezienia ich. Po Drugiej Stronie nic nie dawało mu radości. Dopiero teraz, goniąc za marzeniem, czuł się prawdziwie szczęśliwy. I wolny.
            Podążał więc ścieżką na północ, coraz dalej i dalej w nieprzyjazne Krainy. Nie bał się jednak; jedynym wrogiem były mu tutaj samotność, pustka i głód. Wielu po Drugiej Stronie wyobrażało sobie, że w Popielnych Krainach żyją stwory o zdeformowanych ciałach, strasznych i obrzydliwych zarazem. Ponoć wyglądają one jak upiorne cienie, żywią się zaś lękami śmiertelników, samym nie podlegając upływowi czasu. Była to jednak jedynie bujda, bajka, którą straszono niegrzeczne dzieci. W rzeczywistości Yvalier zamieszkiwali jedynie ludzie.
            Droga zaczęła się wspinać na niewielkie wzgórze, równie jałowe co sama ziemia, będące w zasadzie jedynie kupką skał. Przybysz uznał jednak, że dobrze będzie na nim przystanąć i wypić trochę wody ze skórzanego bukłaka. Oczywiście, wzgórze dawało również okazję do rozejrzenia się po okolicy.
            Niby wszystko wyglądało dokładnie tak jak wcześniej, jednakże po dłuższej chwili wpatrywania się w horyzont dało się zauważyć błyski krystaliczno-niebieskiej barwy, rosnące w oczach i wzbijające się coraz wyżej, ku niebu. Ich kolor silnie kontrastował z czerwienią, czernią i szarością Yvalieru, w pewien sposób przypominając o Drugiej Stronie, o tym, że dla zniewolonego świata istnieje jeszcze nadzieja.
            Światła Północy rozbłyskiwały ponad krainą jak migoczące, miniaturowe gwiazdy, rozpraszając mrok zapadły po zachodzie krwawego słońca.
            Przybysz z Drugiej Strony otarł samotną łzę spływającą po jego policzku. Odnalazł to, czego szukał. Nadzieję swego serca.

            Światła Północy. 
2 komentarze:


            Elijah.
            Fałszywy dupek.
            Elijah.
            Co za idiota. Kretyn. Mogłaby wymyślać tak w nieskończoność przeróżne epitety, ale żaden nie oddałby w pełni jej uczuć do niego.
            Elijah.
            Jego imię ukazało się na nocnym niebie pośród huku fajerwerków. Wpatrzyła się w wybuchające gwiazdy i kwiaty, przypominając sobie każdą chwilę, którą z nim spędziła. Niecierpliwie potupywała nogą, wybijając nieświadomie na ziemi równy rytm.
            Elijah.
            Zawsze ją fascynował. Miał w sobie coś, co ukrywał pod maską obojętności i małomówności. Grzeszył inteligencją, o tak. Jednak nie była ona w żaden sposób wymuszona – wręcz przeciwnie. Doskonale pamiętałam błysk w jego oczach, gdy wpadał na kolejny, równie szatański pomysł, co wszystkie inne.
            Elijah.
            Fascynował ją. Pociągał. Zniewalał samym uśmiechem czy spojrzeniem oczu przesiąkniętych morską zielenią. Nie sposób było się oprzeć jego urokowi osobistemu. Ja też mu uległam. Nie miałam wyboru. Należy nadmienić, że nie robił tego celowo. Nie należał do typowych flirciarzy, po prostu zniewolenie było skutkiem ubocznym jego działań. Sam doskonale wiedział, jak wielki ma wpływ na otoczenie.
            Elijah.
            Zimny. Obojętny. Nieporuszony. Zawsze zachowujący zimną krew, niezależnie od sytuacji. Zamknięty w sobie. Niewrażliwy na nic. Po wielokroć się zastanawiała, czy faktycznie nic nie czuje, czy tylko tłumi te emocje głęboko w sobie, spychając je na dno. Rzadko kiedy zdarzało się, żeby dostrzegła na jego twarzy coś więcej, niż tylko maskę. Chyba że za oznakę jakichkolwiek uczuć można uznać cyniczny uśmieszek, nigdy nieschodzący mu z ust. Czasami się po prostu śmiał, zimnym śmiechem szaleńca. Bardzo się wtedy bała.
            Elijah.
            Narzuciła kaptur na głowę, chowając pod nim kasztanowe loki. Dokuczał jej ziąb, wszakże początek nowego roku wypada w samym środku zimy. Jeszcze raz niecierpliwie zatupała, ciesząc się, że jej kupione niedawno buty nie przemakają. Śnieg zalegał na ziemi – wilgotna, szara breja, tworząca olbrzymie zaspy i utrudniająca znacznie przejście gdziekolwiek. Nigdy nie lubiła zimy. Wolała lato, zdecydowanie. Wolała cieszyć się ciepłem i światłem słońca na twarzy, a nie kulić się pod polarowym kocem ze stygnącym kubkiem czekolady w ręce. Nawet grube skarpetki nie pomagały. Nic nie poradziła na to, że należała do wymierającego gatunku zmarzluchów.
            Elijah.
            Poznała go właśnie na sylwestrowej imprezie, zorganizowanej przez Annabel. Właśnie wtedy wpadła w jego sidła, dając się omamić słodkimi słówkami i ciepłem jego ramion. Do dzisiaj nie wiedziała, co ją do niego przyciągnęło. Coś. Nie umiała się wyzwolić spod jego wpływu, choć, odkrywszy prawdziwą naturę, zaczęła go nienawidzić. Nienawidziła i kochała jednocześnie. Chyba to była jedna z rzeczy, które ją do niego uwiązały. Nie pozostała jednak w tym wszystkim sama. Wiele osób, podobnie jak ona, pozwoliło na spartolenie sobie życia w podobny sposób. Nie mówiło się o tym głośno, ale wiązała ich wszystkich lojalność. Głupia lojalność. Po wielokroć zastanawiała się, co by zrobiła, gdyby kazał jej zabić. Czy by zabiła? Pewnie tak. Nie miałaby wyjścia.
            Elijah.
            Samolubny, egoistyczny dupek. Wiele nocy przez niego przepłakała, wielu nie przespała, wiele spędziła samotnie, trzęsąc się ze strachu i walcząc z trawiącą organizm gorączką. Zawsze go wołała. Wrzeszczała jego imię. Zawsze jednak powracało tylko echo, słowa odbijały się od pustych ścian zimnego domu. Chciała, żeby wrócił, żeby był przy niej. Jednak jego to nie obchodziło. Jak zwykle nieczuły. Obojętny na wszystko. Miała przeżyć, nic więcej, nieważny był stan psychiczny. Więc płakała, ale musiała się trzymać, próbując zahartować organizm i uodpornić się na wszelkie emocje i ból. Nigdy się jej to nie udało. Nieodmiennie uginała się jak gałązka pod naporem uczuć. Istna tortura. Łatwo ją było złamać, lecz mimo to poznała wiele tajemnic mężczyzny, który skradł jej serce po to, by zaraz rzucić na ziemię i zdeptać. Musiał więc ją w pewien sposób chronić, ale nic więcej.
            Elijah.
            Zacisnęła usta w wąską kreskę, starając się wyrzucić z głowy wszelkie wspomnienia z nim związane. Niech piorun go trzaśnie! Tak byłoby najlepiej dla nich wszystkich. Zamknęła oczy, obejmując się ramionami. Nawet puchowa kurtka nie chroniła wystarczająco przed zimnem. Wzdrygnęła się po raz kolejny, kiedy w jej plecy uderzył lodowaty wicher. Wolałaby już siedzieć przed kominkiem i próbować się ogrzać. Nie mogła jednak tak po prostu się wymknąć z przyjęcia Caroline. Nie wypadało. Miała już serdecznie dosyć stania na zimnie i czekania, aż zgasną ostatnie fajerwerki. Odnosiła wrażenie, że zgrabiałe od mrozu palce zaraz jej odpadną. Wcisnęła je głębiej w kieszenie kurtki, po raz kolejny żałując, że nie zabrała rękawiczek. Już więcej ich nie zapomni. Akurat miała zamiar się poddać i wrócić do domu organizatorki imprezy, kiedy nagle poczuła ciepło płynące od obejmujących ją ramion. Otworzyła gwałtownie oczy, instynktownie rozpoznając tę osobę. Drań.
            Elijah.
            Chyba nie było na świecie osoby, którą by nienawidziła bardziej niż jego. Darmo starała się wyrzucić go z pamięci, ze wspomnień – ale zawsze powracał. Jak bumerang. Powracał, dręcząc ją po nocach i wypełniając uszy swoim brzmieniem głosu. Mimo wszystko dotychczas był to tylko cień, myśl, nie zaś prawdziwy on. Dzięki temu mogła jakoś przetrwać wszystkie godziny udręki. Teraz jednak jej koszmar wrócił w swojej cielesnej postaci. Po co tu przyszedł? Po to, żeby zadać jeszcze większy ból i znowu odejść, nie zostawiając po sobie zupełnie nic? Potrzebował jej, to pewne. Ze wszystkich ludzi świata potrzebował właśnie jej. Co za ironia. Właśnie ona mogła błyskawicznie wydać wszystkie jego tajemnice, nie mając w dodatku po tym żadnych wyrzutów sumienia; była słaba, nieodporna psychicznie – mimo to jej potrzebował. Może nie mimo, ale dlatego. Ufał jej.
            Elijah.
            Nawet teraz, po tylu latach, trudno jej było nie reagować na dotyk jego ciała. Własny organizm ją zdradzał. Choćby nawet chciała, nie umiałaby powstrzymać jego reakcji i chęci wtulenia się w niecnego zdrajcę. Nie powinien był tu przychodzić. Nie powinien jej znowu męczyć. Zamknęła oczy, czując spływające po twarzy łzy. Znowu będzie musiała uciekać. Przed pościgiem. Przed nim. Przed samą sobą. W czasie jego nieobecności udało jej się jako tako odzyskać poczucie bezpieczeństwa – chwiejnego, ale zawsze – teraz jednak cały ten budowany wokół siebie mur runął jak domek z kart. Co brzmiało jak paradoks, bo w jego ramionach odnajdywała bezpieczeństwo. Pozostawała więc tylko samotność.
            Elijah.
            Dlaczego tak do niego ciągnęła? Dlaczego miał nad nią taką władzę? Miłość. Czy była prawdziwa? Czy po prostu kochała go, bo cierpiała na nadmiar uczucia i nie za bardzo wiedziała, co z nim zrobić, więc ulokowała je w niewłaściwej osobie. Myślała, że zrobiła dobrze. Bo też i na początku było różowo. Czas pokazał, że zrobiła źle. I bardzo tego żałowała. Gdyby tylko mogła cofnąć czas i jeszcze raz dokonać wyboru, bez namysłu by to uczyniła. Albo gdyby dali jej możliwość wymazania gumką tych kilku lat. Przyjemnie byłoby zwyczajnie zapomnieć.
            Elijah.
            Wciąż miała przed oczami jego paskudny uśmiech. Paskudny i zniewalający jednocześnie. Sprawiający, że bez wahania skoczyłaby za nim w ogień. Jednak miała już dość. Chciała się urwać z krótkiej smyczy, na której dotychczas ją trzymał. Nie była domowym zwierzątkiem. Była wolna i mogła robić, co tylko zechce. Czas wziąć się w garść. Czas pozbierać swoje życie do kupy i nie zważać na palanta, który je rozbił w drobny mak. Wyszarpnęła się trzymającemu ją mężczyźnie.
            Elijah.
            Stała teraz naprzeciwko niego, drżąca i powstrzymująca się od płaczu. On sam się w ogóle nie zmienił. Wyglądał dokładnie tak samo, jak przed laty. Przystojny, szczupły. Ubrany w najlepsze ciuchy. Nigdy nie zakładał byle czego. Chciała teraz wykrzyczeć mu w twarz najgorsze przekleństwa, jakie znała. Chciała na niego nawrzeszczeć za lata bólu... i tęsknoty za nim. Ale nie potrafiła.
            Elijah.
            Jej oczy napotkały jego. W mroku nie za dobrze widziała ich barwę, lecz świetnie wiedziała, że jest to morska zieleń. Przepiękny kolor. Uśmiechał się do niej, jednak w tym uśmiechu była mieszanka goryczy i rozbawienia. Znowu była jego marionetką. Mimo to nadludzkim wysiłkiem zerwała sznurki.
            Elijah.
            Uciekła. Biegła najszybciej, jak tylko mogła. Jednak daleko nie dała rady. Miała za słabą kondycję. Szybko ją dogonił, przytrzymał za ramiona, nie pozwalając opaść na ziemię. Miał ją.
            Elijah.
            Prawdziwy dupek.

            Elijah. 
2 komentarze:
– Piękny motyl, prawda?
    – Pan Alvarez? Proszę mnie tak nie straszyć! Coś się stało?
    – Nie, w porządku. Spójrz, tam. Uważam, że motyl jest księciem łąk. Zobacz, jak oburzony składa skrzydła... Bawi się z nami. Ucieka. Przylatuje znowu. Wraca. Królewski fiolet skrzydeł, troszeczkę błękitu – szaty godne pana i władcy! Patrz, jest wolny. Potrafi więcej niż my, ludzie – potrafi latać. My nie umiemy.
    – Są przecież samoloty, balony...
    – Tak, Klaro, ale to nie to samo. Potrafisz latać bez tego?
    – Nie.
    – Ja też nie. Nie ma osoby, która by potrafiła, prawda?
    – Prawda.
    – Spójrz więc jeszcze raz na motyla. Przypatrz mu się dobrze. Widzisz słońce na jego skrzydełkach? Podróżuje wraz z nim.
    – Brzmi jak bajka...
    – To nie jest bajka. To jest życie.
    – Ale... Przecież motyl może zginąć! Umrze po kilku dniach...
    – Widzisz, maleńka... Z nami jest tak samo. Również umieramy, chociaż żyjemy dłużej niż motyl. On jednak jest wolny, a my uwięzieni w klatce życia. Rozumiesz?
    – Nie. Nie chcę rozumieć!
    – Masz dopiero dziesięć lat, moje słońce. Popatrz. Tam. Kolejny motyl. Jakie kolory widzisz?
    – Czerwony. Pomarańczowy. Niebieski...
    – Który motyl jest piękniejszy?
    – Nie wiem. Nie umiem zdecydować...
    – Ludzie też nie są jednakowi. I nie można oceniać ich po szacie. Chodź, czas na nas. Motyl też chce być sam.
Brak komentarzy:



Krew. Czerwień. Kolor maku. Tak różny od czerni. Przeciwieństwo. Krew… Wszędzie. Na podłodze. Na rękach, splamionych tym znakiem hańby. Upadek. Czerwień to kolor diabła. Kolor zdrajców, miernot, szubrawców. Czerwienią płonie ogień. Płoną domy zbudowane z drewna. Jakie to wszystko jest kruche. Łatwo je zniszczyć. Człowieka też. Jego serce tętni krwią, a jak ono przestanie pracować, umiera cały organizm. Krew. Smocze dni. Karmazynowe plamy latają przed oczami, przysłaniając wszystko inne. Trzeba klęknąć. Nogi już nie mogą utrzymać ciężaru ciała. Na skórze pojawiają się szkarłatne tatuaże, dziwacznie poskręcane w tajemnicze symbole, których znaczenie znają jedynie wybrańcy. Wybrańcy i bogowie. Tak właśnie naznaczani są wszyscy wyjęci spod ciemnej gwiazdy. Zimne ostrze noża chłodzi rozpaloną dłoń. Nie widać już nic. Tylko przewijające się przed oczami obrazy, dziwaczną mieszankę wspomnień, marzeń i lęków. Pozostała dziwna pustka i drżenie całego ciała. Nie jest zimno, choć wydaje się, że pada śnieg. Jego płatki nie są jednak białe, lecz również splamione karmazynem. Brudne. Jak wszystko dokoła. Słychać krzyk orła. Przenikliwy. Świdrujący. Wbijający się w uszy. Potem zapada cisza. Bolesna. Boleśniejsza niż wcześniejszy zew ptaka. Nie, nie zew. Jego płacz. Wołanie o sprawiedliwość. W tym świecie jednak już jej nie ma. Nie ma i nigdy nie będzie. Czarna era. Karty historii są zapisane tysiącem podobnych opowieści. Opowieści pisanych ręką losu, równie krwawą i pokrytą strupami. Śmierć się śmieje. Śmieje się w kułak ze wszystkich żywych. Każdy prędzej czy później umrze, rzucony na pożarcie krukom i wronom. Czerwień. Gwiazdy lśnią wysoko na niebie. Tylko one pozostały niezmienne. Ludzie odchodzą i przychodzą. Taka kolej świata. Na wszystkich czeka szubienica. Niektórym jednak umieranie przychodzi lżej. Czasami śmierć kieruje ręką człowieka. Ludzkie serce jest splamione przez grzechy. Nikt nie jest nieskazitelnie czysty.  We wnętrzu każdego są ciemne zakątki, skryte przed światem i przed innymi. Nawet taka miłość może bardzo szybko i bardzo łatwo przerodzić się w nienawiść. Dziwne, jak łatwo ludzkie uczucia i namiętności ulegają zmianom i manipulacjom. Popiół. Popiół pachnie śmiercią. Jest go dużo. Na podłodze jest go dużo. Można się przewrócić. Drzewa. Szumią. Rzeka życia płynie. Prawda i kłamstwo mieszają się i nie można poznać, co jest fałszywe, a co nie. Rozstaje dróg prowadzą w różne strony. Często na manowce. Trochę jak diabelskie ogniki czekające na bagnach na zagubionych wędrowców. Martwa cisza. Albo i nie. Kościelne dzwony biją głośno. Ktoś umarł. Każdego dnia ktoś umiera. Przecież tak już jest. Śmierć zbiera krwawe żniwa. Tak mówią. Ale to nieprawda. Ona zbiera żniwa bezkrwawe. Ogień rozpala w sercu furię. Wzbiera gorejącą nienawiścią. Teraz świat płonie, unurzany we krwi niewinnych. Stąd nie ma ucieczki. Serce bije jak szalone. Przychodzi strach, coraz mocniej oplatając swoją pajęczą siecią umysł. Nastaje czas bezsilności, czas miotania się między wyborami i w końcu bezczynnego czekania na śmierć. To ona jest ostateczną karą za wszystkie zbrodnie, występki i drobniejsze grzechy. Nie ma człowieka idealnego. Nikt nie jest bez zmazy. Każdy grzeszy. Nawet nieświadomie. Nieświadomość – oto największy wróg człowieka. Obok niego stoi zawsze samotność. Samotność również jest straszna. Straszniejsza od gorejącego piekła duszy, które człowiek potrafi zgotować sam sobie. Ziemia również jest piekłem. Maki kołyszą się na wietrze. Śpiew ptaków umilkł. Została cisza. Kamienna cisza. Cisza oraz ostrze noża lśniące w blasku księżyca.

2 komentarze:


Ulicą płynie cicha melodia będąca odą wiatru, cichą pieśnią śpiewaną ku ukojeniu serc. Dociera do Domu, wlewa się do środka szparami i oknami. Obejmuje Go w posiadanie. Cichy przeciąg hula po korytarzach, a pieśń ulicy tańcuje razem z nim.

Tancerka wykonuje wdzięczny półpiruet. Unosi do góry nogę, by zaraz pozwolić jej opaść w dół. Wyciąga przed siebie ręce, jakby chciała kogoś chwycić. Nikogo jednak nie ma w polu widzenia i, zawiedziona, tancerka cofa dłonie. Jej krokami kieruje pieśń ulicy, otulająca ją jak mgła. Jest głosem ludzi handlujących na bazarze. Jest stukotem końskich kopyt o kamienny bruk chodnika. Jest brzękiem stali w pochwach rycerzy. Jest szelestem ciężkich sukien dam.
Ogień liże twarz tancerki, pomarańczowe błyski zatrzymują się na załamaniach sukienki, na porcelanowych ramionach dziewczyny. Ona jednak nie myśli o niczym, pogrążona całą sobą w tańcu. Czas spowalnia i przyspiesza na jej żądanie, na skinienie drobnej, kruchej dłoni.
Z zegara wyskakuje drewniana, malowana kukułka. Wyśpiewuje godzinę i chroni się z powrotem w cisowym wnętrzu. Tancerka jednak nie słyszy jej nawoływań, monotonne kukanie nie dochodzi do delikatnych uszu. Lekko pochyla głowę, zatrzymawszy się wreszcie. Ręce opadają wzdłuż boków. Nieruchomieje. Zawsze otwarte niebieskie oczy wpatrują się tępo w jeden punkt na ścianie wyłożonej brązową boazerią. Widoczna podczas tańca iskierka radości gaśnie. Tancerka jest tylko lalką, marionetką w teatrze cieni.
Przez stół przebiega gwałtowny wstrząs. Tancerka zawisa na krawędzi. Jeszcze jedno szarpnięcie – i leci w dół, ku ziemi, gdzie rozpryskuje się w drobny mak. 
4 komentarze:

Ziemia się trzęsie. Nie, nie trzęsie. Drga. Wibruje. Jakby ogromna mityczna istota stąpała po twardej powierzchni, nie panując jeszcze nad swoimi ruchami. To nie jest silny wiatr ani nawet tajemnicze błyski światła rozjaśniające poczerniałe niebo. To nie jest nawet trzęsienie ziemi, jak by powiedzieli dzisiaj naukowcy. Nic z tych rzeczy. Nikt jednak nie wie, co się dzieje. Mieszkańcy wioski kulą się wystraszeni w swoich drewnianych chałupkach, które za mocniejszym uderzeniem wiatru mogą się rozsypać jak domki z kart, grzebiąc żywcem ludzi w nich siedzących. Wszyscy się boją. Nastał gniew bogów. To jedyne wytłumaczenie chaosu żywiołów, jaki się rozpętał ostatnimi dniami. Tylko w ten sposób można uzasadnić te drgania ziemi. Nawet szamani, zazwyczaj tak spokojni i pewni siebie, stracili dzisiaj całą swoją powagę. Oni też się boją. Mówią, że mieszkańcom wioski przyszło wreszcie zapłacić za ich grzechy. Za całą przelaną krew, niewinne zwierzęta, zabite na polowaniach, zdradę żon i rabunki. Więc wszyscy dygotali. Zamknięci w domach, przytulali się do siebie w ciemnych kątach, mając za jedyne towarzystwo siebie, pająki i szczury. Nikt nic nie mówił; z rzadka rozlegał się płacz wystraszonego dziecka. Martwa, kamienna cisza unosiła się nad zamarłą wioską, tańcując z wiatrem na cichych drogach. Powietrze było tak gęste od strachu i oczekiwania, że można by je pociąć mieczem na kawałki.
Słońce przysłoniły burzowe chmury. Wiał wiatr, uderzając wściekle o ściany domostw. Dachy niebezpiecznie trzeszczały, grożąc zerwaniem przy silniejszym zrywie.
A potem przez zamarłą wioskę przetoczył się grom. Nie była to jednak błyskawica. Nie, to brzmiało jak głuche stąpnięcie potężnej stopy. Smocze dziecię. Smocze dziecię nadchodzi.
Cień się z wolna rozpada. Zaczyna zanikać również strach. Umęczone dusze ogarnia dziwny spokój. Niebezpieczeństwo jeszcze nie minęło, ale zjawił się potężny wybawca.
Smocze dziecię, nasz bohaterze...
Przez chmury koloru popiołu przebił się pierwszy nieśmiały promyk. Pani Nadzieja wstępowała w serca, dodając otuchy i wiary w lepsze jutro.
Zbaw nas, obroń...
Smocze dziecię, wojownicze serce wciąż bije.
6 komentarzy:

Noc była głęboka. Gwiazdy lśniły wysoko na nieboskłonie, mrugając pomiędzy rozłożystymi koronami drzew. Ciszę przerywało pohukiwanie sowy i trzepot jej skrzydeł, gdy wyruszyła na łowy. W leśnej gęstwinie słychać było szelest liści poruszanych przez drobne stopy igielnych istot. W głębi puszczy, pomiędzy grubymi, szorstkimi pniami, uważne oko mogło dostrzec zwodnicze błękitne ogniki rozpraszające nieco ciemności nocy. Jednakże te drobne istotki miały zdradziecką cechę. Prowadziły zbłąkanego wędrowca prosto na bagna rozciągające się na obrzeżach puszczy, która w tych miejscach przeradzała się w las łęgowy. Wydostać się ze zdradzieckich toni nie było łatwo i tylko z pomocą przyjacielskiej ręki.
Drzewa kołysały się w rytm tajemniczej melodii, wypełniającej teraz całą puszczę. Serce lasu ożywało. Driady zaczęły hipnotyzujący, magiczny taniec pomiędzy pniami drzew. Ich długie, srebrzyste włosy powiewały na wietrze, między kosmykami lśniły uplecione w wianki księżycowe lilie. Smukłe ciała poruszały się w kręgu, wyginając się i okręcając wokół własnej osi. Było w tym coś zachwycającego, urzekająco pięknego.
Do pieśni drzew cichymi głosami włączyły się ptaki. Upojna melodia przeniknęła całą ziemię, wszystkie żywe istoty i korę drzew. Zza chmur wychylił się księżyc; w oddali rozległo się przesiąknięte rozpaczą i dziwnym zewem wołanie wilka.
W samym sercu puszczy rosły potężne, stare jak świat dęby. Po tysiąckroć liście ich już opadły i wzrosły na nowo, po tysiąckroć deszcze i słońce, śniegi i wiatr uderzały w ich rosłe konary, lecz one się nie ugięły. Wciąż trwały i tylko ich kora stawała się coraz bardziej sucha, pomarszczona, lecz wciąż płynęły w niej życiodajne soki. Dęby tworzyły okrąg, pośrodku którego nie było nic, jeno warstwa wysuszonych, dębowych liści. Choć korzenie drzew rozrastały się w głąb lasu, a ich nasiona obejmowały we władanie coraz większe tereny w samej puszczy, pośrodku tego kręgu nie wyrosło nic, jakby miejsce to było chronione jakimś potężnym czarem. Możliwe, że tak w istocie było.
Tej nocy jednak miało się to odmienić. Tęskna pieśń lasu nasyciła powietrze. Drżało ono, drżała ziemia, drżało wszystko, dając sygnał, przyzywając, chcąc, by prawowity pan powrócił i objął tę ziemię z powrotem we władanie. Żeby wszystko było jak dawniej, kiedy jeszcze puszcza nie musiała się skrywać ze swoim życiem przed ludźmi i tętniła życiem nie tylko nocą, ale i także dniem.
W miarę, jak pieśń stawała się coraz potężniejsza, warstwa dębowych liści poruszała się coraz bardziej – z początku niedostrzegalnie, aż w końcu całej puszczy ukazała się powstała z nich istota. Wszystko, co żywe, wstrzymało oddech na tę jedną chwilę.
Bo oto powstał, by objąć pieczę nad swoją ukochaną ziemią, nie mogąc patrzeć na jej cierpienie i bolesne wezwanie.
Król Dębu.
Król Puszczy. 
»