Layout by TYLER
Fonts:dafont.com
Background:gyapo
Główna Regulamin Co to jest? Prozaicy - powrót Konkursy Facebook
Witaj na Prozaicy: Piórem! Jest to miejsce przeznaczone na publikację tekstów napisanych z myślą o konkursach lub akcjach literackich, organizowanych przez Prozaików. W celu poznania dokładniejszych informacji, zapraszam do zakładki "Regulamin" oraz "Co to jest?".
Kontakt: e-mail:prozaicy@vp.pl lub gg: 2171207 - halska.

Brak komentarzy:
W grudniu ludzie bywają zmęczeni. Dni są krótkie, zaś noce mroźne, wietrzne i zdające się nie mieć końca. Śnieg często jeszcze przyjmuje postać brązowej breji, a zmrożone krople deszczu potrafią złośliwie kłuć w oczy tych, którzy spieszą rankiem na autobus, ledwo wyczołgawszy się spod ciepłej kołdry.
 I wtedy właśnie zdarza się, że nie dajemy rady. Opieramy się nieraz o oparcie krzesła, dłonie wpijając w niewinne, drewniane listwy. Chcemy wyłączyć radio, w którym wciąż wybrzmiewają świąteczne piosenki, przyprawiające nas nieraz o mdłości; na dobrą sprawę zdarza się tak, że chcemy wyłączyć wszystko.
Nie dbamy o to, jak wygląda nasza twarz. Czasem rozcieramy makijaż, zamiast zmyć go profesjonalnym płynem, zakupionym na wyjątkowej promocji, która okazuje się być najgorszym oszustwem tego miesiąca. Czasem stoimy tylko, zaciskając nerwowo usta, strzelając palcami. Wyginamy się, schylamy głowę, wzruszamy ramionami. Jesteśmy w samotni, bestialsko samotni, o ile samotność można nazwać bestialską. A można. Bo jest potworem, który potrafi nas pożreć; cichym zabójcą, który skrycie nas pochłania i zniewala.
Boimy się tak często. I stojąc nad Bogu ducha winnym krzesłem, uśmiechamy się w sposób charakterystyczny dla obłąkańców dzisiejszego świata. Zagryzamy zęby, próbując pokonać łzy, zaciskamy usta, niemo poszukując wsparcia.
Ono przychodzi czasem od strony krzesła, czasem zdarza się jednak, że na naszych barkach niespodziewanie zjawiają się cudze dłonie. Odwracamy się niekiedy przez ramię, spoglądając w twarz równie zmęczoną co nasza; rozumiejąc, że teraz to my musimy wspierać. Odnajdujemy w sobie siłę, by nie tylko poradzić sobie ze samym sobą, ale również by wesprzeć innych swoim słowem, gestem, poczynaniem. Szaleńczy uśmiech zmienia się wówczas w ten czuły, ciepły. Idzie nawet zapomnieć, że to tylko dzieło skurczu mięśni, że gdyby nie neurony i inne rozmaite cuda organizmu, nie moglibyśmy nawet wstać.
Przychodzi czas świąteczny. Czas zmian, czas wewnętrznych przemyśleń, czas miłości i rodzinnej radości; ciepła, wzajemnej pomocy, prezentów od serca. A my wtedy, jak na ironię, odsuwamy się od naszego krzesła, odrzucamy dłonie ze swych barków, sięgamy po najlepsze ubrania i mówimy: „teraz czas dla mnie”. Któż może nam kazać dojrzeć ten inny obraz świąt?
Potem jest jeszcze zabawniej. Nigdy nie zrozumiemy, kto i kiedy wmówił ludziom, że muszą świętować kończący się rok – ale nieustannie, rok w rok, tuż przed końcem grudnia, biegamy po sklepach, kupując rozweselające trunki i kolorowe fajerwerki. Bawimy się, składamy sobie życzenia i niespełniające się obietnice.
Krzesło stoi samotne, zapomniane. Ale stoi dzielnie. Bo wie, że będzie potrzebne jeszcze mnóstwo razy, nim rok zatoczy koło.

Obok krzesła spoczywa ogromny słoik. To twój słoik na nowy rok. Słoik, który zapełnisz swoimi dobrymi wspomnieniami. I sam zobaczysz, że za kilkanaście miesięcy, wspierając się ze zmęczeniem na oparciu, słoik będzie pełen. Spojrzysz wtedy na niego z rozrzewnieniem, uśmiechając się. Szaleńczy uśmiech zmieni się wówczas w ten czuły, ciepły. Będziesz mógł nawet zapomnieć, że to tylko dzieło skurczu mięśni, że gdyby nie neurony i inne rozmaite cuda organizmu, nie moglibyśmy nawet wstać...
1 komentarz:

(czyt. Imloth bawi się w poezję.)

On kłamał więcej, niż mógłby przyznać
Bo bał się bardziej, niż by chciał
Pragnął miłości, pragnął szacunku
Ale był słaby. Bardzo sam.
I wciąż obnażał swoje słabości
I wciąż spoglądał tylko wstecz
Dziwił się sobie, dziwił w ciemności
Dokąd wspomnień ciągnie się cień.
Bolał w cichości, ukrywał serce
Tłumił i strach, i gorzkie łzy
A potem dłońmi zasłaniał twarz,
Ciesząc się wielce
Że deszcz ukrywa jego płacz.
Był środek jesieni
Ozłocone liście opadły już dawno
A pośród rozedrganych cieni,

Gdzieś w głębi, tkwiło światło.
Brak komentarzy:
Dłonie, wciskające perfekcyjnie białe klawisze lśniącego fortepianu, nawet nie ośmielają się zadrżeć. Pianistka jest wyprostowana, poważna, skupiona. Czekała na ten jesienny występ od lat. Długie palce bezbłędnie przemieszczają się po klawiaturze, przeskakując w odpowiednich momentach z gamy na gamę, od niewysłowienie wysokich tonów, po ciężkie, niskie brzmienia. Talent.
Publika siedzi w milczeniu, zanurzona w miękkich, bordowych fotelach gmachu opery. Przyciemniona sala mieni się pastelowymi barwami płaskorzeźb i pięknych fresków. Twarze inteligentów i koneserów sztuki wyrażają najwyższy stopień zasłuchania. Sporadycznie słyszy się westchnięcia, co hojniejsi skłaniają się ku szczerej aprobacie w postaci subtelnego potakiwania głową. Klasa.
Muchy i białe koszule ze spinkami u rękawów, długie fraki, do perfekcji uczesane pozostałości po siwiejących już włosach. Wieczorowe suknie, nieskazitelne, jedwabne rękawiczki. Ułożone loki, wysokie koki, czepce, woale. Karminowe usta, róż na policzkach. Szyk.
Pianistka spogląda przed siebie, bierze głęboki oddech, przymyka powieki. Na jej lekko rozchylone usta wstępuje ledwo dostrzegalny uśmiech. Unosi głowę, palce wciąż przemykają pośród czerni i bieli klawiszy. Zawsze pragnęła zagrać Chopina w tak znamienitym miejscu. Wzdycha drżąco, oddech unosi pierś. Gra.
Drzwi na salę uchylają się niezauważalnie. Czerwony dywan, wiodący między fotelami ku podwyższonej scenie, wita nowego gościa, którego cień odbija się ponad głową pianistki. Długi, czarny płaszcz okrywa postać, która postanawia przesunąć się o kilka kroków wprzód. Bezszelestnie.
Artystka dochodzi do punktu kulminacyjnego utworu, poruszając całym ciałem próbuje podążyć za narzuconą nutami melodią. Zamyka oczy, długie rzęsy rzucają cień na blade policzki. Publice zapiera dech. Sam kompozytor nie zagrałby tego z większymi emocjami. Czarny płaszcz przemierza kolejne rzędy miejsc, nikt jednak na niego nie spogląda. W końcu przekrzywia głowę, kręgi wydają ciche chrupnięcie. Zatrzymuje się.
Fortepian zdaje się drżeć pod naporem palców. Wszystkie damy unoszą brwi w akcie wzruszenia, mężczyźni przymykają oczy, by nie ujawniać emocji. Pianistka oddycha coraz prędzej, uśmiecha się coraz szerzej, palce mkną coraz szybciej, klawisze mieszają nawzajem swoje barwy, tony zlewają się w jedno. Szaleństwo!
Spod czarnego płaszcza wysuwa się szczupła dłoń, opatrzona w miękką, białą rękawiczkę. Dzierżony w niej mały, srebrny pistolet błyszczy w migotliwym, ciepłym świetle wiszących u żyrandola świec. Odgłos wystrzału zostaje poprzedzony cichym, chrapliwym westchnięciem. W następnej sekundzie pierś pianistki przebija kula. Chrzęst żeber, rozerwana koszula. Śnieżnobiały materiał plami się ciemną czerwienią, wygięte w łuk ciało opada na klawiaturę. Blade usta zabarwione strużką życia. Zdławiony krzyk.
Wąskie strumienie krwi spływają niespiesznie po instrumencie, barwiąc fortepian żywym karmazynem. Przepływają po klawiszach, skapują pomiędzy, skapują na ziemię. Pistolet zostaje otarty białą rękawiczką, wędruje pod czarny płaszcz. Publika, ochłonąwszy z pierwszego szok, w panice zrywa się, wybiega, popycha postać w czerni, która zdaje się być już niezauważana. Kobiety podwijają długie suknie, pędzą ku wyjściu na wysokich obcasach, prowadzone przez swoich mężczyzn, którym pot spływa po łysiejących czołach. Panika!
Zza kołnierza czarnego płaszcza wyłania się szeroki uśmiech. Inteligenci biegną, potykają się o własne stopy, popychają innych, tratują. Koki już nie są tak cudnie upięte, błyszczące spinki spadają na czerwony dywan. Muchy trzeba rozluźnić, by jeszcze one nie uwierały ściśniętego strachem gardła. Postać delektuje się strachem. Ludzkie instynkty...
Otwarte, niewidzące oczy pianistki wpatrzone są w nuty. Jej dłonie nerwowo wpijają się w klawisze, jak gdyby wciąż chciała kontynuować występ. Sala pustoszeje. Drzwi zatrzaskują się z hukiem, krzyki powoli nikną w oddali. Czarny płaszcz przemierza salę, z wolna wchodzi na scenę, stuka obcasami. W końcu zatrzymuje się tuż obok pianina, delikatnie dotyka ramienia młodej dziewczyny – wschodzącej gwiazdy fortepianu, pasjonatki polskiego kompozytora. Podnosi nuty, splamione odpryskiem krwi. Ściera je jednym ruchem czerwonej rękawiczki, rozmazując posokę na pożółkłym kawałku papieru.
Ogląda ją z żywym zainteresowaniem, zrzuca z siebie płaszcz. Dłoń, wciąż trzymana na ramieniu artystki, zaciska się nagle i bezczelnie zrzuca bezwładną sylwetkę z taboretu. Kruche, drobne, blade ciało uderza o scenę, wydając głuche dudnienie z jodłowych desek. Postać zasiada do fortepianu, podsuwa siedzisko bliżej, strzela palcami, rozgrzewając się. Jedna z nóg taboretu przytrzaskuje rozerwaną koszulę dziewczyny, która porusza spazmatycznie koniuszkami palców. Nikogo to nie obchodzi. Zapada niezmącona niczym cisza, spośród której wydobywa się tylko

Wkrótce w opustoszałej operze rozlegają się dźwięki Marsza Pogrzebowego w tonacji c-moll. Perfekcyjnego jak  nigdy dotąd.
Brak komentarzy:


Jego podróż wreszcie dobiegła końca.
Ciepło było wszędzie, ogarniające ze wszech stron, lecz jednocześnie cudownie świeże. Lekki wrześniowy wiatr, zieleń pól, złoto słońca. Spokój, lecz nie śmiertelna cisza. Szczęście. Tysiące liści pośród wzgórz. Nocami osłonięty chmurami okrągły księżyc w kolorze mleka. Ostatnie wyraźne gwiazdy. Dalej wiatr. Wrześniowy? Brak czasu.
Theo stał pośrodku tego wszystkiego. Jego umorusana twarz wreszcie mogła drgnąć w radosnym uśmiechu, a każdy delikatny promień, który ją otulał, był doskonałym lekiem na całe zło, jakiego ów doświadczył ostatnio. Wokół rozbrzmiewał śpiew ptaków, gdzieś w oddali słychać było radosny śmiech innych znajdujących się tu ludzi. Ludzi? Nigdzie ich nie było. Ale śmiech – pozostał.
Mężczyzna ruszył przed siebie. Z każdym drżącym krokiem lekkość stóp stawała się coraz przyjemniejsza. Zdjął brudne buty i zaczął biec boso po trawie, podskakując co pewien czas niczym małe dziecko. Nie myślał, po prostu biegł. Brak zmartwień. Każda część jego umysłu była przepełniona euforią, stanem nieopisanej wesołości. Ciało miało tyle siły, co jeszcze nigdy, a od środka rozpierał je cudowny, ciepły entuzjazm. Brak strachu.
Rozejrzał się, energicznie nabierając powietrza do płuc. Śmiech, dotąd tłumiony, wyrwał się na powierzchnię ze zdwojoną siłą. Theo legł na trawę, gładząc palcami wilgotne od rosy kwiaty. Palce reagowały na tę miękkość z radością, zaciskały się na większych łodyżkach, mknęły płynnie po źdźbłach trawy, wysuszona trudami podróży skóra z ochotą przyjmowała drobinki wody.
- Czuję się, jakbym odrodził się na nowo – szepnął z błogością, wpatrzony w błękitne niebo.
- Błąd! – Usłyszał nagle i odwrócił głowę, ocierając policzkiem o glebę.
Na pobliskim kamieniu siedziała wysoka, odziana w jeździecki strój postać o trudnej do określenia płci. Piłowała sobie długie, białawe paznokcie nieco zabawnym pilniczkiem w kształcie kosy.
– Po prostu umarłeś, ślicznotku – zakończyła z szerokim uśmiechem postać i odwróciła w stronę mężczyzny kościstą twarz pokrytą cieniutką warstwą woskowatej skóry. – Brak rozumu. Brak zasad. Nic. Tylko my, ślicznotku. Ty i ja. Śmierć.

Podróż naprawdę dobiegła końca.
Brak komentarzy:
- A co, jeśli morze tak naprawdę chce podbić świat?
- Chyba nie rozumiem.
- No popatrz chociażby fale.
- Fale jak fale, sympatyczne. Kołyszą się.
- Spójrz na to w inny sposób. One cały czas nacierają na brzeg, na plażę. W stronę lądu. Zgadza się? No zgadza, widzisz przecież. A co, jeśli to tak naprawdę hordy malutkich wojowniczych kropel wody, które próbują zdobyć ląd? I co, jeśli plażowicze, których my mamy za leniwe parchy małe, grzejące brzuchy na ręcznikach, tak naprawdę są ostatnią linią obrony?
- Obrony? Przed czym niby?
- Przed tymi tam hordami przecież. Mogę się założyć, że tsunami powstaje wówczas, gdy morze znajduje swoich wielkich generałów i zbiera gigantyczne siły, po czym uderza na plażę. A ludzie muszą uciekać! I wtedy woda zdobywa większą część lądu. Niby nic, ale oceany cierpliwymi są...
- Ambitnie. Czyli co, statki to jacyś szpiedzy lądu?
- Śmiej się! Jak myślisz, dlaczego Titanic utonął? Góra lodowa to ściema!
- Z pewnością przewoził ważne informacje, mhm.
- A żeby tam informacje, mogę się założyć, że Jack był jednym z najsłynniejszych szpiegów. Ale nie jedynym na tym statku. O, o! A wiesz, czemu Rose przeżyła?
- Z pewnością spodobała się jakiemuś morskiemu wojownikowi.
- I do tego zdradziła Jacka! Cóż za bestia.
- Brutalna. Zła. I niedobra. W końcu kobieta.
- A wiesz, co się dzieje, jak kobiety płaczą?
- Chyba nie chcę wiedzieć.
- Ale musisz.
- No, dawaj.
- Słone łzy wcale nie ściekają po policzkach. To tylko halucynacje. Łzy tak naprawdę wcielane są do armii morskich wojów! Dlatego pamiętaj: za każdym razem, gdy zmuszasz kobietę do płaczu, wspomagasz armię wody.

- Wzruszyłem się. Ale nie będę płakać. W imię lądu.
Brak komentarzy:


Myślała kiedyś, że pożegnania są łatwe i że nie złamie jej nic. Myślała, że właściwie wystarczy pomachać komuś ręką, powiedzieć prosto – trzymaj się, do zobaczenia! Będziemy się widywać, przecież to nie koniec. Myślała tak, naprawdę. Ale to było kiedyś.
Dziś, gdy czerwcowego popołudnia wlokła się ulicą, mogła z całą pewnością stwierdzić, że sprawa ma się zupełnie inaczej. Że pożegnania to sprawa okropna, nawet jeśli przytulasz się z człowiekiem, który był dla ciebie wrogiem przez długie lata. I że dużo trudniej pożegnać się z nim właśnie, z tym złym przecież i niedobrym, niż z przeciętnym znajomym, który w życiu niczym ci nie zawinił.  Bo emocje jednak łączą – nieważne, czy pozytywne, czy negatywne. To wciąż przecież emocje. Cienka linia dzieli miłość od nienawiści, a ona dobrze o tym wiedziała.
Ale ulica była mokra. Bo padało. A może to tylko jej policzki nawilgły z nieznanych przyczyn?
Przesuwała się z wolna pomiędzy budynkami, wbijając wzrok w swoje nowe, turkusowe słuchawki, które trzymała w wiecznie zimnych dłoniach. Poprzednie, ulubione, białe i stare jak świat, zniszczył jej przyjaciel – ot, przez przypadek. Kiedy tylko o tym pomyślała, wydobywając to wspomnienie gdzieś z głębin pamięci, roześmiała się lekko, ironicznie, zacisnęła wargi. Głupie słuchawki, to na pewno ich wina, że on też odszedł.
Słońce świeciło. Co z chmurami, gdzie znikły? Przecież dalej pada. Zresztą, niechby tylko padało! Przecież leje, leje jak z cebra.
Szła wyprostowana, trzymając się dzielnie. Powstrzymywała eleganckie obcasy od wciskania się w szpary pomiędzy krzywą kostką brukową, czyniąc to nawet z nienaganną gracją. Omijanie przechodniów, któremu też podołała, graniczyło z cudem. Bo właściwie to miała przed oczami tylko białą koszulę. Taką wyprasowaną, mięciutką. Koszule rzadko bywają takie miłe w dotyku, a tamta była nader sympatyczna. Gdyby tylko nie była koszulą, z pewnością mogłyby obie zostać przyjaciółkami. Ale, na dobrą sprawę, czemu ktokolwiek miałby mieć coś przeciwko przyjaźni damsko-koszulowej? Koszule cię nie zdradzą, a do tego ładnie pachną – przynajmniej tamta. A jak koszula owinie ci się wokół ramion i tak mocno zaciśnie, to masz ochotę jej wcale nie puszczać, tylko trzymać, może tak do końca spotkania, dnia, świata, wszystko jedno. Po prostu trzymać.
Założyła okulary. Było zbyt jasno. To słońce czy koszula? Gandalf był biały, jak ta koszula, pomyślała nagle, i też się świecił. Przynajmniej nie musiał moknąć na takim deszczu, choć – kto go tam wie?
Zaraz wróci do domu, wszyscy każą jej się uśmiechać – bo przecież są wakacje. Pochwalą się zdolną dziewczynką, a ona zaciśnie zęby i uniesie kąciki ust daleko, ku górze, ujawniając sympatyczny dołek w prawym policzku. Gdyby tamta koszula była człowiekiem, też by taki miała.
Nie, nie. Zaraz.
Wsunęła dłoń pod szkiełka okularów, ocierając krople gęsto wypływające spomiędzy rzęs. Rozmazany tusz zbrylił się na jej palcach. To nie był deszcz. Przecież wiedziała o tym od początku.
A koszula, o której myślała, wcale nie była zwykłym ubraniem. W ogóle nim nie była.. Ale kto by się chciał przyznawać, że nie może normalnie żyć z tęsknoty za człowiekiem? Koszula to dobra wymówka, do tego ładnie pachnie. Można się nią zasłonić.
Akurat miała otwierąć drzwi, by wejść na klatkę schodową, gdy dobiegły ją głośne śmiechy z pobliskiego boiska. Przestarzałego, miejskiego, asfaltowego jeszcze i pełnego nierówności od roztopionego w letnim czasie podłoża. Zdjąwszy okulary, rzuciła biegającym tam za piłką młodzikom spojrzenie, wolną ręką poszukując kluczy w torbie.
- Ej, wiesz, co robił Kochanowski na siłowni? – usłyszała. Pociągnęła nosem, zdenerwowanymi ruchami przegrzebując bogatą na miarę wszechświata zawartość torebki.
- Trenował...
Parsknęła niepohamowanym śmiechem, jak zawsze to czyniła na dźwięk beznadziejnie głupich żartów, a gula w jej gardle zmalała. Pokręciła jeszcze głową, szczęśliwie natrafiając na paczkę miętowych chusteczek. One też ładnie pachniały.




*A autorka cholernie nie miała weny.
Brak komentarzy:

Życie ma to do siebie, że zaskakuje nas na każdym kroku. W pewnym sensie nawet dosłownie. Gdyby Maria miała wyobrazić sobie całe swoje życie, dojrzałaby obraz tyleż niezwykły, co typowy, jakimkolwiek dysonansem nie są te słowa.
Gdyby któregoś majowego popołudnia jechała wyboistą drogą, podpierając głowę o okiennicę powozu, przyglądałaby się pewnie uważnie oświetlonemu przez zachodzące słońce ogrodzeniu przy gościńcu. I niespodziewanie wyobraziłaby sobie tam samą siebie, pędzącą na równi z dorożką, z włosami powiewającymi na wietrze i ciemną cerą, którą miała od dziecka.
Najpierw była malutka. Naprawdę, naprawdę malutka – nawet nie pamiętała, że kiedykolwiek mogła być takiego wzrostu. Pędziła drogą, a obok niej matka: uśmiechnięta, jasnowłosa postać w podkasanej sukni. Trzymając małą Marię za rękę, uczyła, jak oddychać, by nie zasapać się przy bieganiu; jak stąpać, by się nie potknąć. Spoglądała swoimi szarymi oczami, w których niepewnie czaił się cień smutku, na rosnącą z kroku na krok córkę, na przeskakującą coraz sprytniej przeszkody istotkę o radosnym wejrzeniu.
Potem matka potknęła się, wywróciła i została już tam, gdzie była, by nigdy więcej się nie podnieść. A powóz i mała Maria pędzili dalej. Samotna dziewuszka zwolniła, ocierając łzy smutku, lecz nie mogła już wrócić. Musiała gonić dorożkę, musiała biec za nią czym prędzej, nie odwracając się. W mig urosła. Teraz miała może piętnaście, szesnaście lat. Obok niej zjawił się ciemnowłosy młodzik, odrobinę piegowaty, ale już od pierwszego spojrzenia budzący zaufanie. Maria otarła więc łzy i chwyciła go za ramię, by ją prowadził dalej.
Biegli więc razem, coraz żwawiej, przegonili nawet powóz – byli pełni życia i radości. Ale potem chłopak zatrzymał się nagle, a dłoń dziewczyny zsunęła prędko z jego ramienia. Nim Maria zdążyła się obejrzeć, rozczochrany dryblas oddalał się z marnym tobołkiem w dal, machając jej przez ramię, pozwalając, by jego łzy oświetlały subtelnie pomarańczowe promienie słońca.
Tym razem Maria nie chciała już zwalniać. Chociaż była sama, podwinęła rękawy, schwyciła poły poszarpanej przez losy sukni i biegła dalej. Schylała się, podnosiła, zadzierała głowę, odwracała ją i zbaczała o kilka kroków w bok, szukając odpowiedniej drogi wiodącej w dorosłość. W końcu ją znalazła. Wbiegła na nią jak burza, pędząc tuż przy ścianie powozu, niebezpiecznie blisko jego krawędzi. Nie uśmiechała się już prawie wcale, ale nie patrzyła też pod nogi, nie spoglądała za siebie. Mięśnie miała ze stali, umysł czysty, jedynie serce czasem bolało, więc chwytała się za nie i wstrząsała głową, błagając, by mogła biec dalej.
Długi czas przebyła sama, doświadczając życia, nim wreszcie zrozumiała, czym naprawdę jest dorosłość. Oddaliła się nieco od granicy powozu i biegła równym tempem, powróciwszy na gościniec, a ludzie niespodziewanie zaczęli zjawiać się na jej drodze. Najpierw wpadł na nią dużo starszy mężczyzna, przez moment zatrzymał ją samą siłą zderzenia, ale potem zrównał swoje tempo z jej – i chyba chciał tak zostać, pomagając przeskakiwać głębokie rowy i przepływać rzeki. Stał się wzorem do naśladowania, mentorem, przewodnikiem. Niedługo potem blondwłose dziewczę, niewiele ponad dwudziestoletnie, zjawiło się łagodniej i postanowiło dotrzymać towarzystwa, oferując swoje drobne ramię do wypłakania się i całe serce gotowe do pocieszenie.
Biegli razem – ich troje i kilkoro innych wędrowców, którzy wnieśli do życia Marii urozmaicenie. Powóz wjechał na kamienną drogę, przechodząc przez bramę miasta, zwalniając nieco. Grupa rozdzieliła się więc , zachowując odpowiedni kontakt i przyjacielskie stosunki. Maria, nie zważając na główną drogę, oddaliła się nieco od powozu i wbiegła w ciemne zaułki, gdzie musiała szarpać się z nieprzyjaciółmi i nieprzyjemnymi typami. Wyciągnął ją stamtąd jeden z nich, wysoki jak latarnia, koło której właśnie przebiegali, znów zbliżając się do dorożki. Końskie kopyta  stukały niebezpiecznie blisko koło ich własnych stóp, gdy wracali do głównej drogi, ciągnąc się nawzajem.
Dziwny to był duet, niepodobny do żadnego z poprzednich. Duet co chwila zwalniający tempo i odbiegający od wozu, ale szczęśliwy; zdobywający co pewien czas na szaleńcze zrywy, pędzący dziko pośród tłumów, niezważający na ciemności, rozumiejący się doskonale. Maria jednak obawiała się cały czas, że wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. Gdy dostrzegła drugą z bram miasta, wyjazdową, chciała się zatrzymać, by zostać ze swoim towarzyszem – z nimi wszystkimi, z całą grupą przyjaciół, którzy pędzili z nią, dopasowując swoje tempa do jej własnego, nietypowego może, ale pewnego. Do tych, którzy, choć nie tak blisko jak niegdyś, byli naprawdę z nią.
Ale zatrzymać się nie mogła. Biegła, prędzej niż by chciała, prędzej niż naprawdę potrafiła. Ale wiedziała, że im prędzej zerwie więzi, tym prędzej odżyje. Pamiętała, że ma mięśnie ze stali, rozum czysty, tylko serce... Jakieś puste.
Uderzyła pięścią w drzwi powozu, spoglądając przez uchyloną okiennicę do środka. I dojrzała tam siebie. Pewną, poważną, wiedząca, że nie ma odwrotu. Zdeterminowaną, oschłą, przedziwną. Nie chciała taka się stać. Nie chciała być tą sztywną kobietą w powozie, ale nie mogła nawet oderwać od niej wzroku. Biegła. Nie miała już sił. Błagała, by dorożka zwolniła, szarpała spoconymi dłońmi okiennice, ale kobieta – ona sama! – tylko wydała rozkaz smagnięcia koni batem. Pognały więc przed siebie. A biegnąca Maria potknęła się. I choć wszyscy przybiegli jej na ratunek, nie mogła podnieść swojego ciała, złamana. Tak od środka, tak niebezpiecznie... całkowicie.
Oni musieli biec dalej, bo powóz jechał. Ona też musiała. Ale nie mogła. Bo leżała, pokonana.


Dlatego bardzo dobrze się złożyło, że któregoś majowego popołudnia jechała wyboistą drogą, podpierając głowę o okiennicę powozu i usnęła, przyglądając się krzywemu ogrodzeniu, które oświetlane było przez łagodne promyki zachodzącego słońca. Obudziła się dopiero na wertepach, jakie od lat tworzą nierówne gliniaste kulki ziemi na gościńcu, tuż za wyjazdową bramą miasta.
- Panie... Stój! – wyszeptała nagle do dorożkarza, odrywając się od siedzenia. – Niech pan stoi!
Gdy jego głowa odwróciła się przez oklapłe nieco ramię, twarz wyrażała szczerze zdziwienie.
- Niech pan stoi. Muszę wracać.
Owo szczere zdziwienie uroczo pogłębiło się poprzez uniesienie jednej z siwiutkich brwi.
- Bo wie pan... Wyjeżdżając z tego miasta, uśmierciłabym samą siebie. Rozumie pan? – zapytała z łzawym uśmiechem, ocierając policzek, po którym niespodziewanie pociekła srebrząca się lekko kropla. Czuła, że dorożkarz nie ma pojęcia, dlaczego zaspane dziewczę nagle zrywa się i każe zawracać.
Siwa brew opadła, a na czoło wstąpiła cienka zmarszczka, jednak usta stangreta wygięły się w uśmiechu pełnym zrozumienia.
- Miłość, co, panienko? Zaraza naszych czasów! – roześmiał się gardłowo.
- Co pan, zaraza... Po prostu serce nie może być puste. Bo człowiekowi źle – rzekła prosto Maria, biorąc skórzaną, połataną walizkę. Uśmiechnęła się ciepło do dorożkarza, który tylko machnął ręką na poryw młodości, którego nie mógł nie pojąć. Sam przecież miał dwadzieścia lat.

Maria, wysiadłszy, obróciła się, by pobiec jak najdalej od słońca i powozu, by zrobić wszystko na opak i znów powrócić w ciemne uliczki, by ktoś ją stamtąd wyciągnął.  Ktoś wielki jak latarnia.
Brak komentarzy:

Noc jest ciemna, głęboka i pusta w całej swojej nienagannej ciszy. Przynajmniej tak zdaje się mówić wszystko, co do niej należy. Błądzące po niebie łagodne światło księżyca wyziera niepewnie zza chmur, omiatając spojrzeniem miękko zeskakujące z dachów czarne kocury, zachęcone do wędrówek cieplejszym, kwietniowym powietrzem.

Pomiędzy domami wije się długa, wąska i zupełnie zaniedbana droga. Spośród krzywych kocich łbów wychylają się dzielnie kępki trawy, informując niedowiarków, że a i owszem, wiosna nadeszła – naprawdę i na stałe. Pomiędzy krzywymi ogrodzeniami równie krzywych domów rosną powyginane drzewa, wszystkimi swoimi gałęziami potwierdzając to, w jak żałosnym stanie znajduje się cała wieś.

Jednak do pełni nocnego obrazu brakuje jednego, drobnego szczegółu. Gdy idziesz wprzód, stawiając niepewnie swoje stopy na nierównych i śliskich kamieniach, zupełnie nie oczekujesz tego, co spotka cię za zakrętem. Nie uśmiechasz się, nie masz nawet pojęcia, jak tu trafiłeś. Za rękę chwyta cię niewidzialna dla innych dłoń, dla ciebie zaś dłoń smukła i piękna, kobieca, aksamitna. Przyspieszasz nieco, wiedziony dziwnym uczuciem. Boisz się, ale nie okazujesz tego. Napięcie w twoich oczach jest niemalże niewidoczne, choć serce wali w piersi jak oszalałe. Dlaczego podążasz za niewidoczną marą? Dlaczego jasne promienie przed tobą układają się w kształt wiotkiej sylwetki, biegnącej lekkim truchtem tuż ponad ziemią?

Wszystko tu jest owiane tajemnicą. Nie musisz się długo zastanawiać nad tym, że jest niebezpiecznie. Cisza nie pomaga, nie łagodzi twoich lęków; brak najlichszej nawet latarni zmusza cię do wytężenia wzroku. Widzenie w ciemnościach nie jest łatwe, wiesz to – równie dobrze pamięta to twoja piszczel, która co noc zderzała się niegdyś z kantem łóżka. Ale to było dawno, w innym świecie, w innym śnie. Jak dawno...?

Zza zakrętu wyłania się nareszcie szara śmierć, chcesz zanucić.

Ale ona jest biała. Lśni. Uśmiecha się, trzymając cię za rękę. Spoglądasz w jej srebrzyste oczy, które pomimo pozornego blasku są matowe. Marszczysz brwi, chcąc odejść, ale nie możesz. Jej cichy szept rozpływa się w powietrzu, jest krystalicznie czysty, powolny i zdaje ci się być w zupełnie niewytłumaczalny sposób gęsty. Wręcz czujesz, jak oblepia cię całego, jak ciepłe słowa zastygają na twoich policzkach, a ty mimo to drżysz, marzniesz.

Chodź, mówi, chodź ze mną. Pokażę ci miejsce, gdzie będziesz szczęśliwy!

Nie wierzysz jej, ale nie masz wyjścia. Idziesz więc, z oczami przepełnionymi roztargnieniem, oddychając głęboko i chrapliwie. Droga wreszcie się kończy, obserwujesz więc uważnie jej zakończenie. Zakręt, który zdawał się nie mieć zwieńczenia, jednak je posiada, do tego całkiem intrygujące. Czujesz, jak opuszcza cię strach, a twoje zmysły niespodziewanie wyostrzają się pod wpływem adrenaliny. Ona nie musi już ciągnąć cię za sobą, sam biegniesz po krzywej drodze, próbując skupić się na majaczącej w oddali drewnianej bramie. Budzi ona w tobie niewytłumaczalne zaufanie, po chwili masz już pod swoimi palcami najeżone drzazgami drewno. Coś żywego, wreszcie jakiś przytulniejszy element pośród zadziwiająco pustej trasy przepełnionej kamieniem! Cieszysz się, napawasz tą chwilą, gdy nagle Ona wpycha cię do środka, uchylając drzwi. Tracisz na moment równowagę, a gdy już ją odzyskujesz, musisz dłuższą chwilę rozglądać się wokół, by zrozumieć sytuację.

Karczma wrze. Istne piekło dobrej zabawy, chciałbyś rzec. Gorące powietrze uderza cię w twarz, zapach pieczonego mięsa i zimnego piwa otrzeźwia i dusi cię jednocześnie. Mrużysz oczy, a nieprzyjemne, ciemne światło wydłuża cienie zgromadzonych na ścianach. Gwar, ogromny huk, gdzieś w tle muzyka, harmider, tłok, ścisk, przepychanie.

A twój przewodnik płynie ponad tym wszystkim.

Wytężasz słuch i próbujesz przebić się przez tłum, rozpychając łokciami. Nie masz skrupułów, zostały gdzieś daleko w tyle, za tobą, może jeszcze na samym początku tej drogi. Rozpędzasz się. Choć najpierw idziesz niepewnie, po chwili stabilizujesz swój krok, by w mig zacząć biec, tratować innych, deptać upadających. Nie mają siły? Czy to twój problem? Śmiejesz się w duchu, w twoich oczach błyszczy radość. Jaki jesteś szczęśliwy, pewny siebie! Ich krzywda dodaje ci sił. Pędzisz, dając upust swoim emocjom, a twój długi, niski okrzyk satysfakcji przebija się ponad ogólny gwar. Nie masz celu. Jesteś dziki.

Ktoś podkłada ci nogę.

Szum w twoich uszach gwałtownie się urywa, tracisz równowagę, uderzasz głową o lepką, chropowatą posadzkę. Twoje czoło piecze ostrym, przeszywającym bólem, mrużysz więc oczy i jęczysz cicho, błagając o pomoc. A potem ktoś staje ciężkim butem na twojej dłoni, kto inny przebiega po twoich plecach. Poprzez ledwo rozchylone powieki dostrzegasz czerwoną strugę krwi, która sączy się z rany na głowie, widzisz przytłumione światło gospody i czerń lśniącą w oczach zgromadzonych. Drewniane ściany zdają się chwiać w posadach, nic nie jest pewne, nie wiesz, czy komukolwiek możesz zaufać, wyciągasz jednak dłoń. Półprzytomny, rozglądasz się za srebrzystą sylwetką, która była twoim przewodnikiem, ale nie znajdujesz nawet śladu jej obecności. Słyszysz śmiech, brzmiący dokładnie tak samo jak twój przed kilkoma minutami.

Zaczyna targać tobą płacz. Najpierw lament tkwi gdzieś głęboko w piersi, nie może znaleźć ujścia. A potem zaczynasz szlochać tak rozpaczliwie, że twój ryk zdaje się zagłuszać wszystko. Ale nikt na ciebie nie patrzy, nikt cię nie widzi. Bo czy to ich problem? Upada na ciebie pusty kufel po piwie, ktoś przypadkowo zadaje ci cios obcasem. Próbujesz się podnieść, ale nie masz sił. Chwytasz nogę pobliskiego krzesła, ale siedzący na nim biesiadnik celowo cię odrzuca, odpychając znów na ziemię. Tracisz nadzieję, choć chciałbyś jeszcze spróbować. Może znów cię przyjmą? Może znów będziesz mógł zaszaleć? Dotykasz dłonią czoła, czujesz gorącą krew, uciskasz pulsującą ranę. Wstajesz. W twoim sercu odradza się nadzieja. Idziesz z wolna, kroczysz nieustępliwie, zmierzasz ku drzwiom. Chcesz wyjść z tego piekła.

Jeszcze raz, przecież sposób znasz, słyszysz w głowie.

I upadasz znowu. Tracisz władzę nad swoim ciałem.

Nie ma już nic po tamtej stronie, mamrocze nagle do twojego ucha znany ci już głos, nie ma już nic za ścianą powiek.

... powiek – powtarzasz za nim i otwierasz szeroko oczy.

Ponad tobą jest tylko upstrzone gwiazdami niebo. Pod tobą lodowate kocie łby. Wreszcie ktoś wyciąga do ciebie rękę.

Brak komentarzy:

Wiosna miała przyjść z początkiem miesiąca – ciepła, przyjemna, łagodna i radosna. Wpadła na chwilę, przywiodła słońce, dała szczęśliwemu ludowi nadzieję, a potem odeszła nagle i niespodziewanie – nikt do tej pory Wiosny o tak bestialskie i nieodpowiedzialne zachowanie nie podejrzewał, ale po marcowych szaleństwach wielu zmieniło na jej temat opinie. Śnieg spadł po kolana, a potem stopniał do połowy, tworząc malowniczą, błotnistą chlapę z domieszką soli, piasku oraz ludzkiego nieszczęścia.
I właśnie w taką pogodę, poprzez miękką, grząską pluchę i wbrew mroźnemu wiatrowi, wąską ścieżynką kroczyła wysoka postać. Choć, bądźmy szczerzy, słowo „kroczyła” jest zupełnie nie na miejscu. Człowiek ów, dobrze zbudowany i szczelnie okryty przeciwdeszczową peleryną, raczej zataczał się i grzązł co chwila, raz po raz wzywając bogów na świadków, że jeszcze kilka dni podobnej aury i on, osobiście, rzecz jasna!, rozprawi się z panią Zimą i powie jej, gdzie – o, ironio – raki zimują.
- Noż to przeca niespotykane – mamrotał, pocierając czerwony, nieproporcjonalnie duży nos. – Niespotykane. Wiatr w oczy kole! Ludziom prawym! Spóźnionym matkę odwiedzić!
Parsknął z nienawiścią, skierowaną prawdopodobnie do całego współczesnego świata i pobliskich galaktyk, po czym przysiadł na pniu i rozejrzał się posępnie spod gęstych, szpakowatych brwi, które niegdyś musiały być jaśniutkie.
Sądząc po zmarszczkach pomiędzy nimi, nieraz krzywił je w zamyśleniu i pod ciężarem smutków, więc jego życie nie mogło być jedną, wielką sielanką. Okrągła, sina twarz o smętnym, umęczonym wyrazie, mogłaby stać się idealnym uosobieniem obecnej pogody, gdyby nie niespotykanie śniada skóra, która nijak miała się do wszechobecnej bladości krajobrazu.
Las rozciągał się wokół nieprzejednanym pasmem, którego nie zdołała przeciąć ani żadna linia elektryczna, ani nawet najstarsza latarnia, choćby i na naftę. Ręka ludzka zdawała się trzymać z daleka od tych terenów, choć nie były one objęte żadnymi nowoczesnymi projektami ochrony środowiska, które to miały siać postrach wśród niszczycieli natury.
Mężczyzna wykrzywił usta i warknął coś pod nosem, wsparłszy dłonie o uda. Spróbował wstać, ale z marnym skutkiem, opadł więc bezsilnie z powrotem na pniaczek, wznosząc oczy ku niebu. Nie miał już siły złościć się na wszystko wokół, więc po głębszym przemyśleniu zerwał się, przecząc wszelkim prawom lenistwa, po czym podreptał zmęczonym truchtem przed siebie. Rzucił szybkie spojrzenie na zegarek, którego skórzany pasek był już tak wysłużony i przetarty, że samego właściciela niezmiernie dziwił fakt, iż wskazówki wciąż jeszcze się przesuwały.
- Cholera! – zaklął. – Jestem już spóźniony. Ale nie moja wina, że nikt drogi nie odśnieżył... nie moja wina, że ta cała lafirynda osiadła sobie tak daleko od wszelakiej cywilizacji i udaje, że niby to jej nie ma! Nie moja!
Ta cała lafirynda zwana była również jego matką, ale nie zawdzięczał jej zbyt wiele, wobec czego używał tych słów wymiennie. Bez większych wyrzutów sumienia. Ciężki bieg, w który mężczyzna wkładał całą swoją energię, był niewiele szybszy od chodu, ale dla zakapturzonego człowieka liczyła się każda sekunda. Ta plucha musiała się skończyć, on musiał ją zakończyć, choć matka nie raczyła mu nawet wysłać listu z przypomnieniem, że marzec już nadchodzi i powinien powoli się zbierać do drogi. Nie raczyła! A co, on sam, Franciszek z imienia, lekkoduch z powołania, ma sobie to notować? Niedoczekanie.
Gorący pot oblał jego czerwoną twarz już po kilkuset metrach, ale mężczyzna twardo biegł, nie poddawał się. Czuł ból w nierozruszanych mięśniach i twardy lód pod stopami. Błysk w jego oczach świadczył jednak o tym, że owa spękana powierzchnia drogi powiedziała mu o czymś, o czym ktoś inny nie mógł mieć pojęcia.
- No, no, mamuśka – wyburczał, ocierając słone krople znad ust. – Nieźleś się urządziła tego roku!
Ogromny, biały pałac, zbudowany najpewniej na planie koła, znalazł się w lesie znikąd. Jego marmurowe wieżyczki – z surowca najwyższej klasy, rzecz jasna, prawdopodobnie prosto z Carrary – po prostu wychynęły niespodziewanie zza drzew, pojawiły się jak w bajce. Błękitne zasłony w oknach i obsypane śniegiem korony drzew, bujnie rosnących w ogrodzie, sprawiły, że Franciszek już wiedział. Już był pewien.
- Matko! – ryknął na cały głos, zatrzymując się przed srebrną bramą i nerwowo grzebiąc w drobnych kamyczkach, którymi wysypana była ścieżka.
Odpowiedziała mu dojmująca cisza. Całe otoczenie zameczku zdawało się spać. Mężczyzna spojrzał ponownie na zegarek. Takiego spóźnienia to w życiu nie miał, jak żyje! Urywany oddech nie przeszkodził mu w zrzuceniu z pleców szarego plecaka. Szpakowate brwi uniosły się nieco, twarz złagodniała i nabrała sympatyczniejszego wyrazu, choć jej czerwień wciąż przywodziła na myśl ochlaptusa spod wiejskiego sklepu. Oczy niespodziewanie zalśniły zielenią – początkowo łagodną i mętną, jak woda w jeziorze, stopniowo jednak przeradzającą się w soczystą, świeżą, intensywną zieleń brzozowych liści. Franciszek nie czekał dłużej. Energicznym ruchem ściągnął z pleców szary płaszcz i cisnął go na żwirową ścieżkę, z satysfakcją przyglądając się, jak jego kolor rozpływa się i stapia z kamyczkami, powoli zanikając.
- Nie będziesz już potrzebny! – rzucił radośnie mężczyzna. – Dopóki ja tu jestem, nie będziesz! Matka, no! Wyłaź już z tej swojej fortecy! – dodał najgłośniej jak potrafił.
Zmrużył oczy, oczekując reakcji ze strony właścicielki pałacu, ale, nie doczekawszy się jej, przesadził jednym susem wysoką furtkę i pędem ruszył przed siebie. Lód znikał pod jego stopami. Franciszek poczuł siłę, której brakowało mu od dawna. Poczuł władzę. Musnął pień drzewa i w jednej chwili stopił śnieg z koron; spojrzał tylko na skulone w karmniku ptaki, a one wystrzeliły w powietrze, przerywając grobową ciszę, rozrywając ją uroczym, radosnym śpiewem.
- Matkooo! – zaciągnął Franciszek. – Nie wysłałaś mi listu, ale to nic! Przyszedłem! Nic z tego, że rozpuściłaś plotkę po ludziach, jakobyś na świecie pozostała tylko ty i Grzesiu! Ja tu jestem i, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba, zdobędę tę twoją fortecyjkę siłą!
Nie czekając na odpowiedź, zwolnił kroku i z uśmiechem odrzucił ozłocone nagle włosy z czoła. Jego czerwona twarz powoli utraciła nieprzyjemny kolor, blednąc coraz mocniej z każdą sekundą. Kolejne dotknięcie mężczyzny i trawa zazieleniła się, odrzucając puchową pierzynę. Cichy gwizd – pojedyncze przebiśniegi wystrzelają spod ziemi. Łagodny, lekki ruch nadgarstka sprawił, że ciepły wiatr wzmógł się, świeżym powiewem omiatając otoczenie i wypędzając chmury. Silniejsze pchnięcie dłonią i wiatr pomknął w stronę okien, rozwierając je i zrywając nieruchome do tej pory zasłony w kolorze zimnego błękitu. Z wnętrza pałacyku wydobył się złowrogi wrzask i po serii ociężałego tupania na balkonie zjawiła się sędziwa, siwiutka kobieta o posturze zbliżonej do hipopotama. Jej twarz była tak groźna, a brwi tak idealnie wyprofilowane, że rzucane przez stalowoszare oczy błyskawice tylko dopełniały przerażającego widoku. Franciszek skrzywił się lekko, przeczuwając, że zaraz wszystkie ptaki odlecą, przestraszone hałasem tyrady, której początek już nadszedł.
- WIOOOOSNAAAA! – wywrzeszczała nierówno kobieta, ledwo mieszcząc swój rozedrgany krzyk w jednej gamie dźwięków.
- No cześć, mamuś. – Franciszek pomachał rodzicielce, uśmiechając się niewinnie zza dużego nosa, który zdecydowanie odziedziczył po matce. – Coś się nam zima przeciągnęła.
- Władzę mi chcesz odebrać, małolata jeden! Co ty sobie myślisz!? Może byś chociaż w ślady ojca poszedł, ludzi odwiedził!?
- Mamuś – westchnął mężczyzna, pocierając o wiele lat młodszą niż uprzednio twarz. – Grześ już się wystarczająco namieszał w sprawy ludzi. Do Polski go wywiało, a teraz ludzie wrzeszczą, że Lato ma odejść, że Lato to, Lato tamto – wzruszył ramionami. – Aktualnie mówią, że to on odpowiada za to, że ledwo wygrali z San Marino, że to jego wina, to wszystko to. Ciebie też mają dość, na mnie czekają! – wypiął dumnie pierś. – Więc odejdź z godnością, albo załatwimy to inaczej.
- Franiu... Franiu... NIE SPODZIEWAŁAM SIĘ TEGO PO TOBIE! – zaryczała Zima, sprawiając, że cenna zastawa kieliszków gdzieś we wnętrzu pałacu pękła. Wiosna zaklął, wyczuwając sprzątanie, które od milionów lat było jego największą zmorą. – Franciszek! Matkę własną z domu wyganiasz! Wstydu nie masz!
- Ależ mamuś – kontynuował niestrudzenie Franek. – Wiesz przecież, że co roku się ze mną zmieniasz, tak? Trzy miesiące dla każdego, tak ma być sprawiedliwie. – Mówiąc to, wsparł się o pień wysokiego jesionu i z uśmiechem wpatrzył w oczy matki. – Jeśli nie oddasz mi domu po dobroci...
- To co? – wyzywająco parsknęła kobieta.
Wiosna tylko uśmiechnął się, uderzając leciutko łokciem w pień drzewa. Po kilku sekundach jego ramiona opadły pod ciężarem rosłych wiewiórek, skowronków i wszelakiego wiosennego ptactwa, które długo już czekało na powrót do kraju. Z tyłu powoli zbliżały się dwa wysokie bociany, groźnie klekocząc.
Staruszka zadrżała, ale nie zdążyła zrobić nic. Franciszek wybuchnął śmiechem. Zza chmur wyjrzało słońce.
A Zima rozpłynęła się w niepamięci.

Brak komentarzy:


- Mamusiu, czemu mówi się „na zdrowie”?
Niziutka dziewczynka o mądrym wejrzeniu błękitnych oczu wtulała się od dłuższego czasu w nogę swojej matki, zasypując ją masą filozoficznych pytań, które w dość niezgłębiony sposób zjawiały się w jej głowie.
Tarmosiła swoje związane w dwa cienkie warkoczyki jasne włosy, które, z niewielką pomocą drobnych rączek, zdołały w wielu miejscach wyśliznąć się ze splotu i sterczały teraz na wszystkie strony. Uśmiech różowych ust, złożonych w pocieszną podkówkę, miał w sobie coś tak ujmującego, że zmęczona matka zaśmiała się tylko ciepło. Odłożyła na moment drewnianą łyżkę, którą mieszała w miedzianym garnku, po czym wytarła spracowane ręce o zielony fartuch i wzięła córkę na ręce. Pasiaste rajstopki dziewczynki dobrze komponowały się z błękitną sukienką, skromną i śliczną jednocześnie, przez co idealnie wręcz oddającą charakter noszącej ją ruchliwej istotki. Szczupłe paluszki splotły się na ciepłej szyi matki, a odchylona do tyłu postać wyraziła szczere zainteresowanie.
- Mówisz komuś „na zdrowie”, żeby nie był chory, prawda? – zaczęła cierpliwie kobieta. – Kiedy ktoś kichnie, chcesz, żeby wyszło mu to na dobre, a nie żeby musiał leżeć w łóżku pod kołdrą, kiedy inni mogą biegać po podwórku i bawić się w najlepsze, Isiu.
- Czyli... jak powiem tak komuś, to on będzie zdrowy? – zapytała blondyneczka z iście dziecięcą wiarą. Matka odpowiedziała jej skinieniem głowy, odstawiając córkę na drewnianą podłogę. Nie miała zamiaru tracić jej czasu na burzenie pięknych, choć po prawdzie naiwnych światopoglądów.
- Właśnie tak – odparła z leciutkim uśmiechem. – A teraz zmykaj się pobawić! Zawołam cię na obiad.
- Dziękuję! – pisnęła dziewczynka, dygnęła z wdziękiem i już jej nie było. Jak zawsze.

*

Tego roku na zewnątrz było zimno i śnieżnie, a luty nie miał zamiaru otworzyć progów wiośnie. Pomimo tego, że blondyneczka urosła o całe dwa lata – i przy okazji niemal dwadzieścia centymetrów – ledwo było ją widać spod wszystkich warstw swetrów, dwóch szalików i pary kolorowych rękawiczek z grubej wełny, mimo to zaparła się i dzielnie brnęła przez zaspy. Mrużyła oczy, ocierała powieki z roztapiających się płatków śniegu i starała się nie nasypać śniegu do skórzanych kozaczków, bo pamiętała pierwszy raz, gdy przemroziła sobie stopy i mama musiała jechać po lekarza, o co na wsi nie było wówczas tak łatwo.
Minąwszy skrzypiącą i na wpół zamarzniętą furtkę, Isia skierowała swoje kroki w stronę domu. W rękach dzierżyła dzielnie ogromny termos z gorącą zupą, którą zrobiła u babci, bo tylko tam mogła podgrzać taką ilość wody. U nich w domu nie miał kto narąbać drewna, dziewczynka nie miała na tyle siły, a matka – zdrowia.
W progu blondyneczka zrzuciła ze stóp buty i w locie jeszcze zsunęła ze swojej szyi zaplątany szalik, zostawiając go na przybrudzonej podłodze. Cichutko wśliznęła się do sypialni matki i, przestąpiwszy kilka kroków, przysiadła na taborecie koło jej łóżka. Pociągnęła noskiem, zawilgłym od mrozu, i z trudem zabrała się za odkręcanie termosu.
- Wiesz, mamusiu... Babcia dała mi ten termos. Mówiła, że prosto ze wschodu, że radziecki. Że ciężko było go zdobyć. Ale że dla ciebie wszystko – wyszeptała. – I wiesz... – zaczęła znów cichutko i cienko łamiącym się głosem. – Mówiła też, że rosół pomoże na wszystko. Ja myślę, że ona ma rację. Ale...
Łza wyrzeźbiła błyszczącą strużkę na rumianym policzku dziewczynki, gdy ta gwałtownym ruchem odłożyła termos i przypadła do piersi matki, obejmując ją czule. Zmarznięte dłonie dotknęły rozpalonego gorączką czoła, nos dotknął podbródka. Ciemna aura pokoju nie śmiała nawet zakłócić tej chwili, lutowe słońce mignęło gdzieś za zasłoną.
- Ja chciałam powiedzieć ci tylko „na zdrowie”. I to na pewno pomoże bardziej niż... Mówiłaś to, tak samo jak to, żebym nie siedziała na zimnych schodkach. Pamiętam. Ty zawsze masz rację. Więc na zdrowie, mamusiu.
Blada twarz kobiety na moment pojaśniała, okraszona uśmiechem. Obolałe i wiotkie dłonie przylgnęły do pleców córki, przyciągając ją w uścisku. W oczach matki tlił się blask, może zbyt słaby, by przetrwać, ale ta ostatnia iskra jeszcze nie zgasła. Wciąż trwała, bo matka, jak każda zresztą, wiedziała, że nikt inny nie utuli rozedrganego w płaczu ciałka tak czule. Nikt nie zaopiekuje się drobną, kochającą istotką tak dobrze.
Nikt.
Tylko ona.

3 komentarze:

Tej nocy koc otulał ramiona kobiety, spływając jedną, łagodną falą wraz z jej płomiennorudymi włosami. Ogrzewała ona swoje drobne, choć spracowane dłonie przy ogniu, wpatrując się w krajobraz za oknami. Jej broda wspierała się na barku, a smukła główka, wdzięcznie przekrzywiona, opadła sennie na bok. Rozmarzony wyraz pięknie zielonych oczu był spowodowany jednym, acz niezmiernie ważnym wydarzeniem.
Jej mężczyzna wreszcie wrócił. Kochany, wspaniały mąż wrócił z wojska!
Kobietę rozpierała radość. Odkąd tylko on przekroczył próg domu, brudny i zmęczony, odkąd rozpostarł ramiona i pozwolił jej nacieszyć się ciepłem swojego ciała, w sercu obojga nie gasło uczucie szczęścia. Ona nie pamiętała już, kiedy ostatni raz spędzali zimę razem, nie pamiętała, kiedy mogła dać upust swoim uczuciom.
Ludzie we wsi mówili o niej, że szalała z samotności. Że coraz rzadziej się uśmiechała, wychodząc z domu, a i tego nie czyniła bez potrzeby. Błąkając się po pustych pokojach dworku, przypominała często smutną lalkę o porcelanowej cerze, zupełnie niepodobną do silnej, rześkiej – nieraz wręcz rubasznej – kobiety, jaką była niegdyś. Jedynym elementem wspólnym dla obu jej wcieleń pozostały niezwykłe, gęste i puszyste włosy, których to zazdrościli jej wszyscy. Ich rudość nigdy, o dziwo, nie była powodem do żartów, wręcz przeciwnie. Gdy kobieta zjawiła się we wsi, wprowadzając do męża, mawiano o królewskich przodkach, których musiała mieć. A ona jedynie uśmiechała się pod nosem, nie kwitując tego ni słowem – była przecież zupełnie prostą służącą, którą ukochany uratował, jak w romantycznej powieści, jak w najwspanialszej bajce, z obozu wroga, gdzie była zakładniczką. Kiedyś cieszyła się dużą sympatią tutejszej ludności, była dla wielu wyrocznią, najlepszą doradczynią, najbezpieczniejszym powiernikiem.
Ale to było kiedyś. Dziś spacery ograniczała do błąkania się po sadzie, przylegającym do tylniej ściany bielonego dworku. Sadzie, wiosną pełnym kwiatów i zapachów, latem – brzęczenia owadów i gier kolorów, jesienią – owoców i złotych liści, zimą zaś – śniegowego puchu i nieprzeniknionej ciszy. Gdy ospała rudowłosa zjawiała się na wiejskim targu, z rzadka rzucała ukradkowe „dzień dobry”, nawet sołtysowej nie zaszczycała rozmowami, co odbiło się zdecydowanie negatywnie na jej  reputacji, która stawała się z dnia na dzień lichsza. Kupując świeże warzywa, ledwo dawała radę je dźwigać, więc podczas powrotu do domu zawała się być jeszcze żałośniejsza. Kobieta, do tej pory dobrze odżywiona i zdrowa, zaczęła zamykać się w sobie, schudła, piękne suknie w barwne, kwiatowe wzory zszarzały i zaczęły na niej wisieć, policzki zapadły się niebezpiecznie.
Gospodyni z sąsiedztwa, niejaka Jagna, wysoka, krępa kobietka, już miała posłać któregoś ze swoich chłopców do stacjonującego na granicy wojska, by odnaleźć tam męża rudowłosej i poprosić go chociaż o napisanie listu, czego ów nie uczynił od ponad połowy roku. Już miała przyjść do kobiety wraz ze swoimi córkami, by nauczyć ją robić na drutach, już miała ją wesprzeć, podratować... Wtedy jednak wszystko się zmieniło.
On powrócił. Żona mogła wreszcie czuć zapach jego ubrań, wpatrywać się w jego sylwetkę, cieszyć jego ukochanym głosem. Co z tego, że tak długo milczał, nie dawał znaku życia? Nie miała mu tego za złe, rozumiała. I uśmiechała szczęśliwie za każdym razem, gdy tylko spoglądała w jego spokojną twarz. Już nie odejdziesz, będziemy razem, myślała.
Tak, tak właśnie myślała, gładząc lodowatą dłoń człowieka, który był dla niej wszystkim. Zamykająca właśnie za sobą drzwi Jagna struchlała na ten widok, odrzuciwszy z twarzy czarny woal. Spojrzała na otulone ciemnym aksamitem ciało, nieruchome i blade, na długi miecz ułożony w jednej z rąk mężczyzny, domyśliła się rany na piersi. Potem przeniosła spojrzenie na biedną kobietę, na spływające po jej zamyślonej twarzy strużki łez, na błąkający się po twarzy uśmiech przygryzionych warg. Wtedy zrozumiała, że ona oszalała. I już nigdy nie powróci.
Pogrzeb miał rozpocząć się niebawem.
»