Layout by TYLER
Fonts:dafont.com
Background:gyapo
Główna Regulamin Co to jest? Prozaicy - powrót Konkursy Facebook
Witaj na Prozaicy: Piórem! Jest to miejsce przeznaczone na publikację tekstów napisanych z myślą o konkursach lub akcjach literackich, organizowanych przez Prozaików. W celu poznania dokładniejszych informacji, zapraszam do zakładki "Regulamin" oraz "Co to jest?".
Kontakt: e-mail:prozaicy@vp.pl lub gg: 2171207 - halska.

Brak komentarzy:

        Kolejna zmięta kartka papieru, zapisana jedynie kilkoma zdaniami, wylądowała w kącie pokoju. Za oknem robiło się szaro, a wełniany koc na plecach wydawał się z każdą minutą coraz zimniejszy. Teraz nie chodziło już o to, żeby być kimś, a nawet nie żeby być sobą. Obecnie istotą wszystkich podejmowanych bardziej lub mniej świadomie działań było to, aby istnieć w ogóle. Bo w tej głuchej samotności jedynym dowodem na jej istnienie było robienie czegoś – czegokolwiek.
        Ostatnie dni były nawałem przeplatających się ze sobą telefonów i rwanych kartek. Nic nie szło po jej myśli, mimo że tak bardzo się starała, tak ciężko pracowała. Na co jej lata doświadczenia w tym przeklętym zawodzie, skoro teraz nie była w stanie sklecić sensownego akapitu? Słowa nie pasowały do siebie, przesłanie, jakiegokolwiek nie wymyśliła, wydawało się banalne i wręcz naiwne, a osoba w jej wieku nie mogła przecież pisać na tematy godne dziecka z gimnazjum.
        Filigranowa postać od wielu godzin pochylała się nad klawiaturą komputera w niewielkim pokoiku. Pomieszczenie rozświetlała jedna blada żarówka biurowej lampki. Oświetlała delikatnie twarz kobiety i rzucała cień na klawisze, przez co trzeba było bardziej wytężyć wzrok, aby nie pomylić liter. Dwadzieścia siedem stron rozpoczętej opowieści nie mogło znaleźć zakończenia w umyśle zmęczonej czterdziestolatki. Myśli krążyły chaotycznie, nie układając się w żadną sensowną całość.
        Kobieta była ładna, miała twarz o delikatnych rysach, oprawioną w ramkę kręconych, rudych włosów. Zza zasłony długich, ciemnych rzęs spoglądały na świat żywe, zielone oczy. Zwykle były ciekawe wszystkiego, co działo się w około, pełne energii, z tą małą iskierką fascynacji, która wszystkich intrygowała. Tym razem zgarbiona postać pozbawiona była swojego naturalnego uroku. Oczy raz po raz chowały się za opadającymi ze zmęczenia powiekami. Mierzwione co chwilę w nerwach włosy sprawiały wrażenie nieudanej peruki. Padające wprost na twarz promienie światła zmieniały barwę cery na bardziej szarą i uwydatniały sińce pod oczami.
– Zamierzasz dziś dołączyć do mnie w sypialni, czy po raz kolejny wybierzesz towarzystwo pracy? – męski głos dotarł do kobiety ze strony drzwi do jej domowego biura.
Mąż nigdy nie rozumiał jej poświęcenia dla pisania, szczególnie w momentach kryzysów twórczych. Ten był gorszy niż wszystkie poprzednie razem wzięte. Powieść miała wysłać do wydawcy już dwa tygodnie temu, a nadal była dopiero na początku. Ciągłe telefony w sprawach korekty, liczby egzemplarzy, okładki, reklamy i tysięcy innych spraw nie pozwalały jej skupić się na tworzeniu. Czy żaden z tych ludzi nie rozumiał, że sztuka wymaga trochę ciszy i spokoju, żeby wydostać się z ludzkiego umysłu?
W odpowiedzi na zadane pytanie odburknęła, że będzie za godzinę, chociaż była pewna, że tak się nie stanie. Drobne kłamstewka były ostatnimi czasy na porządku dziennym. Nie zrobiła zakupów, nie ugotowała obiadu, nie wyprowadziła psa na spacer. Takie drobnostki nie powinny nikomu zaszkodzić.
Obudziły ją promienie słońca wdzierające się do pokoju przez żaluzje. Wzrok padł na stertę brudnych naczyń na krawędzi blatu, które przez ostatnie dni znosił tu jej mąż, zmuszając do jedzenia. W przeciwnym razie pewnie zapomniała by o tej podstawowej czynności. Zastanawianie się nad kolejnym rozdziałem powieści pochłaniało całą jej uwagę, ale czuła, że tego dnia musi wyjść ze swojej dziupli.
Powoli wstała z fotela, rozprostowując zastałe kości. Kilka stawów strzeliło nieprzyjaźnie, wyrażając w ten sposób swoją dezaprobatę dla poczynań kobiety. Artystka złożyła razem talerze, podnosząc je w jednej ręce. Drugą jakimś cudem udało jej się chwycić pięć kubków po mocnej kawie, chociaż musiała pomóc sobie brodą i barkiem, aby zawartość jej dłoni nie wylądowała na podłodze, tłukąc się na tysiące drobnych kawałeczków. W takiej trochę sztywnej, trochę koślawej pozycji, która wyglądała doprawdy artystycznie, starała się dotrzeć do kuchni znajdującej się na drugim końcu mieszkania. Po cichu liczyła na to, że po drodze spotka swojego małżonka, albo chociaż nastoletnią córkę, której, tak nawiasem mówiąc, nie widziała od tygodnia, i uzyska pomoc. Niestety nic takiego nie nastąpiło.
Dopiero kiedy naczynia wylądowały w zlewie, a kobieta mogła skupić się na czymś innym niż ich podtrzymywaniem, zdała sobie sprawę, że dom pogrążony jest w całkowitej ciszy. Nawet pies nie biegał w koło z zabawką w zębach, jak to miał w zwyczaju. Zaniepokojona obeszła wszystkie pomieszczenia, przy okazji sprawdzając godzinę na zegarze wiszącym w salonie. Nie znalazła nikogo, co bardzo ją zmartwiło. Piętnasta była godziną, o której zwykle w tej rodzinie jadało się obiad, co oznaczało, że reszta jej rodziny postanowiła nie uczestniczyć tego dnia w tej małej tradycji. Gdzie mogli się podziać?
W chwili, kiedy wycieńczona i zmartwiona kobieta usiadła przy kuchennym stole, ukrywając twarz w dłoniach, zdała sobie sprawę, że tak naprawdę nie ma pojęcia, co jej mąż i córka robili przez ostatnie tygodnie. Była tak zaaferowana niedokończoną pracą i niedotrzymaną umową, że zupełnie nie zwracała uwagi, co dzieje się pod jej nosem. Czuła, że coś musi się zmienić.
Wieczorem siwiejącego mężczyznę i piętnastolatkę o blond włosach przywitał nakryty stół pełen jedzenia i zapach świeżo parzonej herbaty. Mile zaskoczeni skorzystali z oferowanej możliwości bycia pełną rodziną pierwszy raz od dłuższego czasu. Chociaż należy przyznać, że oboje w głębi duszy zastanawiali się, co jest przyczyną nagłej zmiany i czy nie skończy się to czymś niemiłym.
Następne dni wydawały się być familijnym rajem. Kobieta, niczym przykładna żona i matka, prała, sprzątała, gotowała, robiła zakupy i spełniała wszystkie zachcianki najbliższych. Wspólnie oglądali filmy, chodzili na spacery, a nawet odwiedzili wesołe miasteczko. Przez cały ten czas telefon kobiety leżał w stercie papierów w jej biurze, a liczba nieodebranych połączeń i wiadomości na ekranie rosła z minuty na minutę. W końcu kto by się spodziewał, że dorosła, inteligentna i szanowana w środowisku artystka zignoruje wszystkie obowiązki wynikające z zawartej jakiś czas temu umowy i całkowicie poświęci się rodzinie.
Po dwóch tygodniach rodzinnego życia i całkowitej izolacji od tego zawodowego, kobieta nieśmiało zajrzała do zagraconego pomieszczenia, w którym pozostawiła pracę. Usiadła w wygodnym fotelu przed ekranem komputera, niepewnie sięgając po telefon. Cyfry, jakie ujrzała na małym, kolorowym ekranie, sprawiły, że przeszły ją ciarki. Po kolei zaczęła odczytywać wiadomości. Wszystkie pełne złości, nerwów i zobowiązań, jakie na siebie przyjęła. Z tego wszystkiego jej policzki pokryły się łzami. Nie potrafiła powstrzymać emocji, zwłaszcza myśląc o niedokończonej historii, na której tak bardzo pisarce zależało. Gdzie podziała się inspiracja? Czy jeszcze kiedyś dane jej będzie napisać coś do końca?
W przemyśleniach przeszkodziło ledwo słyszalne pukanie do drzwi. Po chwili ukazała się w nich postać młodej dziewczyny, którą zaniepokoił szloch matki.
– Mamo, dobrze się czujesz? – zapytała niepewnie.
– Tak, wszystko w porządku. Nie musisz niczym się martwić. – Jakby na potwierdzenie swojej wypowiedzi otarła twarz rękawem starego, powyciąganego swetra, jaki właśnie miała na sobie.
        To jednak nie sprawiło, że nastolatka opuściła pokój. Wręcz przeciwnie, weszła do środka, zamykając za sobą drzwi, i przysiadła na poręczy fotela, przyciskają łkającą rodzicielkę do serca. To trochę uspokoiło starszą kobietę. Kiedy szloch ustał, młodsza zaczęła pytać o pracę. Najpierw o telefony, terminy, wszystkie problemy związane z opóźnieniami. Potem o książkę i powody, dla których matka nie może jej dokończyć. Kazała sobie opowiadać o głównym bohaterze, świecie, w jakim on funkcjonuje, o jego myślach, przygodach. Chwaliła pomysły, zachwycała się opowieścią. Dziewczynka od małego była zafascynowana pracą matki, możliwością tworzenia innej, bardziej fascynującej rzeczywistości, dlatego ta rozmowa była dla niej przyjemnością.
– Nie rozumiem, dlaczego masz problem z dokończeniem tej powieści – stwierdziła dziewczyna. – Właśnie opowiedziałaś mi całą historię od początku do końca. Równie dobrze możesz to zapisać. Zapomnij o tych wszystkich ludziach. Napisz to dla własnej przyjemności, satysfakcji. W ogóle nie rozumiem, dlaczego się katujesz. Siedzisz tu godzinami i nie możesz napisać zdania, kiedy to powinno przyjść samo. Po prostu siądź i napisz, nie myśląc o limitach, terminach i całej tej otoczce, przecież uwielbiasz to robić. I nie staraj się nigdy więcej być wzorową kura domową. Bądź sobą, przecież za to cię kochamy – dodała.
        Wtedy do kobiety dotarło, że przez cały ten czas zapominała, co jest najważniejsze. Kochała pisać i kochała swoją rodzinę. Przez zamykanie się w samotności izolowała się od najbliższych i zabijała własny talent. Przecież to z nich czerpała największą inspirację.
– Dziękuję – odpowiedziała na słowa córki, przytulając ją mocniej do siebie. – Czuję, że to odpowiednia chwila, na napisanie kolejnego rozdziału. A jak skończę, możemy pójść z psem na spacer, co ty na to?

        Nastolatka nic nie odpowiedziała. Uśmiechnęła się jedynie promiennie i, całując matkę w czoło, opuściła pomieszczenie, zostawiając rodzicielkę sam na sam ze sztuką.
Brak komentarzy:
Śnieg zacinał, wiatr kołysał łodzią, a słońce nie wschodziło już od trzydziestu godzin i miało nie pojawić się jeszcze przez kilkanaście. Domowoj Butler klął w myślach, że nie przyszło mu do głowy wziąć takiego modelu lornetki, który można było obsługiwać w rękawiczkach. Palce przymarzały mu do metalu. Stał już od dłuższego czasu, wpatrując się w czarne wody i nadal nie widział niczego.
Jego pracodawca, Artemis Fowl Drugi, aktualnie siedzący obok niego w łodzi, nie był zachwycony.
- Patrz uważnie. Instrukcja w Księdze Wróżek wyraźnie mówi...
- Tu nic nie ma, Artemisie.
Chłopiec otulił się szczelniej futrem i przegryzł wargę. Nie mógł się pomylić. Księga wyraźnie mówiła o kole podbiegunowym, dacie dwudziestego piątego grudnia... po przeanalizowaniu punktów orientacyjnych udało mu się ustalić nawet dokładne współrzędne! Niemożliwe, aby się pomylił...
- Wypatruj dalej - mruknął tylko, mnąc w rękach kawałek specjalnej,wzmacnianej siatki na ryby.

*

Thelxiepia nachyliła się nad tym śmiesznym, błotnym dzieciakiem. Ich nosy niemalże się zetknęły, ale Błotniak tego nie zauważył. Śpiew syren działał bez zarzutu.
- Ma coś na oczach - zauważyła. - Śmieszne.
- W jednym programie kryminalnym było o takim, co używał specjalnych soczewek, aby nie można go było zamesmeryzować. - Ligea podpłynęła bliżej, aby również się przyjrzeć. - Myślisz, że to może być ten sam?
Druga syrena prychnęła.
- Nie ważne. Jeśli nawet, to jest strasznie głupi. Wsadził sobie zatyczki zupełnie nie tam, gdzie powinien.
Thelxiepia zachichotała, odsłaniając bladoniebieskie dziąsła.
- Biedactwa. Tak się starają, a im nie wychodzi... Wiesz co? Rozczulają mnie, chyba zostawię im coś specjalnego.

*

Dopiero po tym, jak zrezygnowali, zawracając do portu, Artemis znalazł w łodzi łuskę, długą, zieloną i błyszczącą w świetle latarki.
Fascynujące, pomyślał z nagłym nawrotem optymizmu.
- Butler, wygląda na to, że wracamy w następnym roku. A przez ten czas mam kolejną zagadkę do rozwiązania...
Kamerdyner jęknął w duchu. Kochał Artemisa, ale jeszcze jedne takie święta, a udusi go gołymi rękami. 
Brak komentarzy:


Jego podróż wreszcie dobiegła końca.
Ciepło było wszędzie, ogarniające ze wszech stron, lecz jednocześnie cudownie świeże. Lekki wrześniowy wiatr, zieleń pól, złoto słońca. Spokój, lecz nie śmiertelna cisza. Szczęście. Tysiące liści pośród wzgórz. Nocami osłonięty chmurami okrągły księżyc w kolorze mleka. Ostatnie wyraźne gwiazdy. Dalej wiatr. Wrześniowy? Brak czasu.
Theo stał pośrodku tego wszystkiego. Jego umorusana twarz wreszcie mogła drgnąć w radosnym uśmiechu, a każdy delikatny promień, który ją otulał, był doskonałym lekiem na całe zło, jakiego ów doświadczył ostatnio. Wokół rozbrzmiewał śpiew ptaków, gdzieś w oddali słychać było radosny śmiech innych znajdujących się tu ludzi. Ludzi? Nigdzie ich nie było. Ale śmiech – pozostał.
Mężczyzna ruszył przed siebie. Z każdym drżącym krokiem lekkość stóp stawała się coraz przyjemniejsza. Zdjął brudne buty i zaczął biec boso po trawie, podskakując co pewien czas niczym małe dziecko. Nie myślał, po prostu biegł. Brak zmartwień. Każda część jego umysłu była przepełniona euforią, stanem nieopisanej wesołości. Ciało miało tyle siły, co jeszcze nigdy, a od środka rozpierał je cudowny, ciepły entuzjazm. Brak strachu.
Rozejrzał się, energicznie nabierając powietrza do płuc. Śmiech, dotąd tłumiony, wyrwał się na powierzchnię ze zdwojoną siłą. Theo legł na trawę, gładząc palcami wilgotne od rosy kwiaty. Palce reagowały na tę miękkość z radością, zaciskały się na większych łodyżkach, mknęły płynnie po źdźbłach trawy, wysuszona trudami podróży skóra z ochotą przyjmowała drobinki wody.
- Czuję się, jakbym odrodził się na nowo – szepnął z błogością, wpatrzony w błękitne niebo.
- Błąd! – Usłyszał nagle i odwrócił głowę, ocierając policzkiem o glebę.
Na pobliskim kamieniu siedziała wysoka, odziana w jeździecki strój postać o trudnej do określenia płci. Piłowała sobie długie, białawe paznokcie nieco zabawnym pilniczkiem w kształcie kosy.
– Po prostu umarłeś, ślicznotku – zakończyła z szerokim uśmiechem postać i odwróciła w stronę mężczyzny kościstą twarz pokrytą cieniutką warstwą woskowatej skóry. – Brak rozumu. Brak zasad. Nic. Tylko my, ślicznotku. Ty i ja. Śmierć.

Podróż naprawdę dobiegła końca.
Brak komentarzy:

— Jak myślisz, dlaczego liście jesienią spadają z drzew?
— Jak to: dlaczego? Robi się chłodniej, drzewa chcą oszczędzać energię, pozbywają się zbędnego balastu…
— A może to coś głębszego?
— Głębszego? Co w tym może być głębokiego, to czysta nauka.
— Nie byłabym tego taka pewna. One nie spadają tylko skaczą. Najpierw marnieją i marnieją, bo bardzo tęsknią, a potem już nie mogą wytrzymać.
— Chwila, moment. Tęsknią? Niby za czym?
— Za czymś, co zniknęło z ich życia. A jeśli zniknęło, to najpierw musiało się pojawić. Myślę, że chodzi o lato.
— Mówisz tak jakby one się zakochały. Zakochały w lecie.
— I pewnie tak było. Biedne, oszalałe z nieszczęśliwej miłości maleństwa skończyły ze sobą skacząc z gałęzi.

— Spędzamy całą jesień w otoczeniu samobójców i nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. My, ludzie, jednak nie zwracamy uwagi na nic bardziej odległego, niż czubki własnych nosów.
Brak komentarzy:
[Uwaga! Poniższe fanfiction zawiera spoilery do filmu „Looper”]

Co było pierwsze – jajko czy kura? Chyba nikt nie potrafi jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Żadna z odpowiedzi nie jest poprawna, bo każdy wybór można podważyć.
Moja historia nie kręci się jednak wkoło początku, bliżej jej do końca, choć i to nie jest do końca prawdziwym stwierdzeniem.
Początek mojego losu wyznaczyła matka, co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości. Gdyby jednak w którymkolwiek momencie postąpiła inaczej, być może wcale bym się nie urodził, bądź nie porzuciłaby mnie, co w wyniku nieplanowanego splotu wydarzeń sprawiło, że w dłonie została włożona mi broń. Z biegiem czasu jej użycie stało się dla mnie tak naturalną czynnością, że pracą, jaką było likwidowanie niewygodnych ludzi z przyszłości, przejmowałem się nie bardziej niż pierwszy lepszy pan Jones pracujący w firmie ubezpieczeniowej.
Wszystko przebiegało jak z płatka do momentu, gdy na płachcie pojawił się człowiek z przyszłości, zupełnie inny niż wszyscy, których do tej pory zabiłem. Nie był związany, ani nie posiadał worka na głowie i właśnie to drugie, okazało się moją zgubą, bo gdy podniósł wzrok, ujrzałem przed sobą parę oczu, dokładnie taką samą, jaką widziałem codziennie w swoim lustrzanym odbiciu. Ten moment zawahania kosztował mnie wszystko.
Nie tylko nie zdołałem go zabić. Niemalże wywołałem katastrofę. Katastrofę, która na zawsze miała zmienić świat Looperów.
Historia kołem się toczy. Podobnie jak koło, nie ma początku, ani końca. Jedno wydażenie wynika bezpośrednio z drugiego i jest z nim nierozerwalnie połączone. Gdyby moja starsza wersja zabiła matkę dziecka, dorósł by w samotności, z biegiem lat pracując nad swoją telekinezą, osiągnąłby wszystko; stałby się Rainmenem, który za wszelką cenę chce się odpłacić pięknym za nadobne mężczyźnie, który zabił najbliższą mu osobę. Mężczyźnie, przez którego przeżył całe to piekło i przez którego stał się akurat tym, co Joe z przyszłości chciał zniszczyć za wszelką cenę. Gdy spróbujemy rozplatać ten kłębek, rozwiązać tą zagadkę, niczym pytanie o jajko i kurę, ponownie – nie ma dobrej odpowiedzi.  Historia napędza się sama i tylko jakiś bodziec z zewnątrz może rozwiązać to równanie. Niczym nieznana zmienna, wytrącić bieg wydarzeń z torów biegnących ku jedynemu słusznemu rozwiązaniu.
Zapadki zaskakują, niemalże słyszę trzask swoich myśli, gdy rozwiązanie ukazuje się przede mną jasno i wyraźnie. To właśnie ja jestem tą nieznaną zmienną. Tylko ja mogę zmienić bieg wydarzeń, bo to właśnie przeze mnie wszystko się zaczęło.
Jaka szkoda, że nie dostrzegłem tego trzydzieści lat później. Trzydzieści lat później, które nigdy miały się nie wydarzyć.
Pociągam ze spust, pocisk gładko przechodzi przez mięsień sercowy i wychodzi między żebrami, tylko nieznacznie tracąc przy tym na prędkości. Gdy leże, umierając, czując jak krew przecieka mi przez palce, w ciągu tych ostatnich kilku chwil, kiedy jeszcze zachowuje świadomość, widzę jak moja starsza wersja rozpływa się w powietrzu. Przez myśl przemyka mi jeszcze tyko, że w jednej sekundzie zniknęło zarówno jajko jak i kura. Teraz mogę już umrzeć spokojny o to, że nie zniszczyłem przyszłości.

2 komentarze:

„Tu wolność, tam stosik, czyli o (nie)tolerancji religijnej”
GAZETA z roku 1574

Najzabawniejszą dla mnie rzeczą już od wielu długich lat jest to, iż ludzie, z pozoru stojący w szeregach Boga, roszczą sobie prawa do wszelakich dóbr materialnych, zostawiając dla całej masy prostych „robaków” społeczeństwa długi do spłacenia Kościołowi i bardzo wątpliwą łaskę Pana. Zabawny jest również fakt, że wiara to jedynie przykrywka, pod którą roztacza się luksusowe życie duchownych, rzadko kiedy moralne, a pełne rozpusty i nepotyzmu. Jak zaś radzi sobie Kościół z innowiercami?
Odpowiedź na tyle prosta i jawna, że aż obrzydliwa i wzbudzająca żałość nad ciemnymi umysłami owych „bojowników bożych”. Mianowicie (święta z bożej łaski) Inkwizycja wzywa na sąd niewinnych ludzi, oskarżonych o takie rzeczy, jakie nie śniły się kiedykolwiek najmędrszym umysłom. Następnie rozkładane są stosy i biedacy żywcem pożerani są przez ogień. Krzyku – co nie miara. Używa się również wymyślnych tortur i niewielu szczęśliwców wychodzi z nich żyw.
Tu zwrócić musisz uwagę, czytelniku, na kwestię tego, że umęczone „mizeractwo i plebs” z ulgą przyjmują śmierć po, na przykład, wkłuwaniu pod paznokcie drzazg lub podtopieniach w balii. Szkoda atramentu na snucie domysłów o tych wszystkich okrutnych wydarzeniach, toczących się za zamkniętymi drzwiami, o katach, pastwiących się z pełnią kwintesencji nad nieborakami, posądzanymi o zdradę, czary-mary, hokus-pokus lub bliskie znajomości z „wiedźmami”.
Podoba mi się za to sytuacja w Polsce. O dziwo, dawniej jeszcze powiedziałbym, że to jedno z ostatnich miejsc, gdzie szansę na zaistnienie ma tolerancja religijna. Tymczasem na mocy ustawionej w 1573 roku Konfederacji Warszawskiej w kraju tym żyć może każdy i wierzyć, w co mu się tylko podoba. Czy nie uważasz, czytelniku, że człowiek powinien posiadać chociaż to jedno prawo, prawo do odpowiadającej jego przekonaniom religii? Przykładowo, wychowując się w katolickiej rodzinie, rodzice wymagają od ciebie, abyś był wierny temu samemu, czemu wierni są oni. Nie osądzam, jakoby był to błąd karygodny, jednakże w dorosłości posiadasz rozwiniętą świadomość, własny umysł, być może inne wartości. Powinieneś ufać najbliższym tobie przekonaniom, bez strachu i lęku, że któregoś dnia marnie skończyć przez to żywot.
Świat od zarania dziejów był okrutny, ludzie walczyli i przelewali krew; świat jest zbyt okrutnym zakątkiem, by sprzeczać się o coś tak osobistego, delikatnego i subtelnego, jak wiara w Boga, oraz o to, co nosisz w sercu, a co nie zostanie wyjęte nawet pod groźbą biczowania. Dzisiaj dominuje błądzenie. Religia stała się grą o złoto i wszelkiego rodzaju bogactwa materialne; w grze tej nie liczy się prosty człowiek, tylko to, aby się on nie sprzeciwił i nie wywołał burzy herezjami.
Tysiące drżą o swoje życie, ale tysiące innych oddycha bezpiecznie w ciepłych, wypełnionych miłością domach.  Jedyna rada na prześladowania? Wyjedź. Chociażby do Polski, tylko do Polski – nie na stałe, poczekaj na lepsze czasy. Bowiem wiadome jest, że prędzej czy później nastaną.
Ucieczka wszakże nie rozwiązuje problemu ogółu. Bo ileż jeszcze ludzi zostanie straconych przez obłudę Kościoła? Przewiduję wojny na tle religijnym i wiele nonsensownych ofiar, bo zaślepieni nietolerancją głupcy pójdą za jedynym słusznym głosem: walcz o to, by twoje było najgodniejsze.
Wobec Boga wszyscy jesteśmy równi. Czy jesteś księciem, czy chłopem. Jesteśmy także uwięzieni w mackach strachu i żądnego krwi Kościoła. Na drodze ciemnogród, zasłaniający się Bogiem. Nie ma mocy, aby nagle zmienić postać rzeczy.
Stosy się piętrzą i  czuję, że dym palonych ciał wkrótce przesłoni oczy i tobie, czytelniku, oraz innym nieszczęśnikom.


Myśliciel i humanista z Europy Środkowej
Brak komentarzy:

Krew! To powinno być wewnątrz. — Woody Allen

Trzy dni.
Siedemdziesiąt dwie godziny.
Cztery tysiące trzysta dwadzieścia minut.
Dwieście pięćdziesiąt dziewięć tysięcy…
─ Panie Sarene, może pan już dzisiaj wróci do pracy. Nic panu nie jest.
─ HURA! Ugk!
─ Panie Sarene! Nie tak gwałtownie, bo szwy panu pójdą! Siostro!
I następne dwa dni w plecy…


Suma summarum, Nero spędził w skrzydle szpitalnym cztery dni, które dłużyły mu się niemiłosiernie. Leżenie i obijanie się nie było ulubionym zajęciem Nicka. Tym bardziej, kiedy przecież mógł w tym czasie denerwować i wyprowadzać z równowagi Emmeta! W obecnej sytuacji to Moonlight pastwił się nad nim, a nie na odwrót. Do tego Nazia nie odwiedziła go ani razu w ostatnim czasie. Ba! Nikt z jego oddziału do niego nie przyszedł. Nero nie wierzył, że ta banda leni jest czymś aż tak strasznie zajęta, by nie móc wpaść na pięć minut i rzucić „Część. Jak się masz? U nas wszystko w porządku. Siema.”
Coś było nie tak.
─ Wyglądasz okropnie. ─ Emmet skrzywił się na widok bladego Hiszpana przepasanego tu i ówdzie świeżymi bandażami.
─ I tak wiem, że za mną szalejesz.
─ Chciałbyś, Sarene.
Poruszanie się sprawiało niemałe trudności, ale Nick wolał podpierać się o ścianę, niż o Emmeta, z dość oczywistych powodów. Gwiazdeczka też go jakoś do zmiany zdania nie zachęcał. Był milczący, jak zawsze.
Tylko, że cisza wokół Emmeta dla Nero najczęściej była zbyt ciężka, by ją znieść z odpowiednią dozą cierpliwości i szczyptą honoru.
─ Tooo… co się działo z moim oddziałem przez ten czas? ─ zapytał mimochodem, nie licząc za bardzo na to, że Moonlight podejmie temat.
─ Ćwiczyli razem z moim. ─ Emmet nawet na niego nie spojrzał.
─ Teraz pewnie też to robią, w końcu dla ciebie dzień bez treningu to dzień stracony ─ prychnął. Niekoniecznie rozumiał, dlaczego się złościł. Chyba za dużo czasu spędził w bezczynności.
─ Tak, zostawiłem ich z Namidą, bo twoja wice kapitan przegrała zakład o to, kto ma prowadzić trening.
Nero nie był zadowolony, nic a nic. Pobyt u lekarza nadszarpnął jego nerwy i pobudził wybuchowy charakter. Można powiedzieć, że Moonlight był narażony na apogeum złości Nicka, ale nie wydawał się tym zmartwiony. W ogóle nie zwracał uwagi na humor chłopaka.
Sarene wziął głębszy wdech i spojrzał na Emmeta. Trzeba było koniecznie zmienić temat.
─ Namida… to ten niski, białowłosy chłopak, tak?
Soczyście zielone tęczówki zderzyły się z błękitnymi oczami Nero.
─ Tak.
─ Hm… ten… Namida. ─ Wyraźnie zaakcentował imię chłopaka, Emmet zmrużył oczy. ─ To chłopiec z Ajan, czyż nie?
─ Sarene, do czego dążysz?
Nie ma to jak swój gniew przenieść na innych.
─ Och, do niczego takiego… ale jakby spojrzeć na to z innej strony… Ha! Emmeciu, jesteś prawie jak tatuś! ─ Nero uśmiechnął się radośnie ze swojego porównania, próbując zignorować ból żeber. Dla miny Moonlighta był wstanie wytrzymać chwilowy brak powietrza.
T-tatuś… ? ─ Lewa brew kapitana Czwartego Oddziału niebezpiecznie latała.
─ Tak, tatuś. Matko, masz ledwo osiemnaście lat i już masz piętnastoletniego syna! ─ Nick zaczął się śmiać, ale śmiech szybko zamienił się w kaszel.
Emmet może by mu zrobił wykład o głupich i wcale-nie-śmiesznych żartach, gdyby nie doszli do drzwi sali treningowej, które otworzyły się z hukiem i wybiegło z nich dwóch podwładnych Nero. W sukienkach i z makijażem.
Sarene zamrugał, zmrużył brwi i, gdy minęła chwila konsternacji, spojrzał pytająco na drugiego kapitana. Gwiazdeczka policzył bezgłośnie do dziesięciu i wszedł do sali. Nick wszedł za nim. By skontrolować sytuację, oczywiście.
Widok, który tam ujrzeli, był, delikatnie mówiąc (bardzo delikatnie!), dość niecodzienny. Członkowie obu oddziałów ubrani byli w stroje pokojówek. Takie pełne falbanek, koronek, z fartuszkiem, pończochami i puchatymi rękawami. Do tego wykonywali jakiś dziwny taniec w butach na platformach. No, i z pełnym makijażem, dwa centymetry „tapety”, co najmniej.
Nero miał wrażenie, że skądś go zna… No tak, kiedyś w Internecie, przez przypadek, wpadł na japońską reklamę gumy do żucia. Fis… nie, Fils?... hm… Fit’s? Tak, to była reklama gumy FIT’s.
Pośrodku tego wszystkiego stał Namida, który też z nimi tańczył, ale już w jasnych jeansach, białej bluzce i wysokich, sznurowanych glanach tego samego koloru.
Urocze. Ale na pewno nie w mniemaniu Emmeta, który próbował sobie wmówić, że jest cholernym kwiatem lotosu na pieprzonym jeziorze i wcale zaraz nie wybuchnie jak wulkan na Islandii.
Nick, tak na wszelki wypadek, odsunął się trochę od drugiego kapitana pod pretekstem wyłączenia magnetofonu. Kiedy muzyka przestała grać, Evans spojrzał na nich zdziwiony, a członkowie obu oddziałów, jak jeden mąż, zrobili się nagle czerwoni ze wstydu. Nero się uśmiechnął.
─ O, Nick wyszedł już ze szpitala. Cześć Emmet.
─ Evans… Co. To. Ma. Znaczyć? ─ Gwiazdeczka nie podzielał optymizmu Nero, jego głos był groźny i bardzo cichy.
─ No jak to co… ─ Białowłosy chyba nie wyczuł groźby w tonie swojego kapitana. Było to, co najmniej, niemożliwe, ale jak widać Namidzie się udało. ─ Prowadzę trening.
─ Nazywasz… to coś treningiem? ─ Oddychaj Emmet, lekarz kazał ci się nie denerwować, to podnosi ciśnienie. Wdech, wydech. I jeszcze raz. ─ Evans, masz natychmiast prze…
Niestety, a może stety dla Evansa, Serene wciął się Moonlightowi w zdanie.
─ … dalej prowadzić ten trening z uwzględnieniem wszystkich dziwacznych tańców jakie znasz. ─ Nero uśmiechnął się promiennie do swoich podwładnych. ─ To tak w odwecie za to, że kiedy ja umierałem z nudów, żadne z was nie pofatygowało się by przyjść ─ W tonie Nicka nie było słuchać oskarżenia, ale jego oddział wiedział, że ich kapitan jest oburzony faktem, że oni przez ten czas balowali. A nie, on nie wiedział, że balowali… ─ Oczywiście nie dotyczy to Oddziału Czwartego.
Emmet przez ten czas przyglądał się Neroenowi bardzo dokładnie.
─ Wręcz przeciwnie, dotyczy. Namida, rób co chcesz.
Na jasnym obliczu Evansa wykwitł przepiękny uśmiech, w błękitnych oczach pojawiły się gwiazdki. Wice kapitan wyglądał, jakby w tym roku święta i jego urodziny połączyły się w jakiś czarodziejski sposób, a śnieżnobiałe jednorożce srające tęczą hulały sobie po pokoju. Przerażający widok.
─ Tak jest, sir! ─ Zasalutował obu kapitanom. Za jego plecami rozniósł się zbiorowy jęk zaskoczenia pomieszanego z zawiedzeniem.
Nero spojrzał na Emmeta. Ta sytuacja sprawiła, że jego zły humor odszedł w siną dal. Z niewinnym uśmiechem na twarzy wziął Anglika pod ramię.
─ No, a my teraz pójdziemy do pokoju zająć się sobą. Bawcie się dobrze.
I odwrócił się na pięcie wraz z Moonlightem, zostawiając oba oddziały w stanie średniego szoku i zaawansowanego zaskoczenia.
Idealnie.


─ … ZanKeshyn, Nero, Zan-Keshyn.
 Mężczyzna potarł skronie zmęczony. Mały chłopiec zaciągnął wąskie brwi nad noskiem.
─ A cio to znaci Zańkesiń?
─ Nic ważnego, idź w końcu spać.
─ Paaapooo! Cio to znaci Zańkesiń!
Ojciec zmrużył oczy, nie mogąc położyć syna spać. Intensywnie błękitne, duże oczy wpatrywały się w niego wyczekująco. Skapitulował. Nawet jeżeliby mu się teraz udało jakoś uśpić malca, to jutro byłaby powtórka z rozrywki.
─ ZanKeshyn oznacza nieść śmierć.
Chłopiec ułożył usteczka w małe kółeczko i nadal ściągając brwi, wydawał z siebie przeciągłe „o”.
A dlaciego Zangi ma na imie „nieść śmierć”?
Mężczyzna uśmiechnął się kącikiem ust i poczochrał błękitne kosmyki
─ Dowiesz się jak będziesz starszy.
Nero wydął policzki i uderzył piąstkami w pościel.
─ Zawsie tak mówiś! A ja jeśtem juź duzi!
─ Tak. Jesteś tak duży, że seplenisz i śpisz przy lampce nocnej. Nie no, Nero, ja to się mogę przy tobie schować!
Buzia chłopczyka w jednej chwili zrobiła się purpurowa, a iskra zawziętości zniknęła z jego oczu. Na twarzy ojca pojawił się triumfalny uśmiech.
─ Widzisz. Więc idź teraz grzecznie spać, a jak nadejdzie czas, to ci powiem, dlaczego Zange nazywa się tak, a nie inaczej.
─ Obieciujeś?
─ Obiecuję.


─ Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę z tego, że nasze oddziały myślą sobie teraz coś całkiem innego na nasz temat niż jest w rzeczywistości. ─ Emmet wrzucił pieniądze do automatu i wybrał czarną kawę.
─ Przeszkadza ci to? ─ Nero stał oparty o maszynę i popijał kakao z papierowego kubka.
─ Niekoniecznie. ─ Moonlight upił łyk ciemnego płynu o intensywnym zapachu. ─ Może zamiast stania tutaj i siorpania kakao, byś się ruszył w końcu i wypełnił zaległe papiery?
─ Papiery? To Nazia ich nie wypełniła? ─ Błękitno-włosy wyglądał na załamanego.
─ Nie, nie wypełniła.
Nero westchnął, patrząc na swój napój smętnym wzrokiem. Nagle zamrugał, zdając sobie z czegoś sprawę i ściągną brwi. Spojrzał na Emmeta z wyrzutem.
─ Maczałeś w tym palce, prawda?
─ A prawda, prawda.
─ Emmet! Czy mógłbyś się z łaski swojej nie wpierdalać w moje strawy?
─ Mógłbym, gdybym nie dostał informacji, że mamy mieć razem odwiedziny ─ przerwał, by się napić. ─ Do tego byłeś nieobecny i to ja musiałem się zając twoim oddziałem. Ale wierzę, że przez najbliższe trzy godziny z tobą znów wrócą do swojego stanu miernot totalnych i cała moja ciężka praca pójdzie na marne.
─ No bardzo śmieszne. ─ Sarene wywrócił oczami i odepchnął się od ściany. ─ Idę wypełniać te cholerne dokumenty. Możesz być z siebie dumny. ─ Ruszył w kierunku swojego pokoju.
Usłyszał jeszcze lekko rozbawiony głos Emmeta zanim tamten ruszył w swoją stronę:
─ Oczywiście, że jestem.


Ten metaliczny zapach cię drażni. Pobudza wszystkie twoje zmysły. Sprawia, że twoje dziąsła swędzą, robi ci się gorąco, szybciej oddychasz. I nie panujesz nad sobą. Nie masz względu na żaden swój ruch.
Żaden.
Czujesz, że twoje ręce są mokre i lepkie. To one najbardziej pachną tą dziwną, metaliczną wonią. Jawią ci się jako dwie czerwone plamy. Chociaż cały jesteś brudny od czerwonej posoki, to twoje ręce odznaczają się najbardziej.
Oni leżą na podłodze. Na twardej posadzce wykładanej płytkami. Są powykręcani w dziwnych pozycjach. Dlaczego tam dalej leży jakiś kształt? To noga? Ręka? Co ona tam robi? Nie wiesz, co się dzieje, ale zdajesz sobie sprawę, że podchodzisz do kształtu, który się lekko porusza. Widzisz zmasakrowaną twarz żołnierza, na której widnieje przerażenie. Ledwo możesz rozróżnić gdzie są usta, ale na razie skupiasz się tylko na wystraszonych oczach. Czemu nie mogę odejść?
─ P-prose… nie… prose, nie róp tego…
Błaga. Ten parszywy śmieć i łajdak błaga. I to kogo? Ciebie. Oczywiście, że ciebie. Powinien cię błagać. Powinien to zrobić już dawno temu.
Czemu uważam go za łajdaka? Kto to… a, to on…
Jego próby odsunięcia kończą się fiaskiem. Kucasz obok pochylając się nad szkaradną twarzą na tle, której odznaczają się brązowe tęczówki z przekrwionymi białkami. Cieszy cię to. Bardzo cieszy, ale nie wiesz dlaczego.
─ Bawiło was, kiedy zostawiliście mnie tam na pastwę losu?
─ Nie, ocywiscie, ze nie…
─ Nie kłam!
Teraz się nie odezwał. Oddychasz głębiej by się trochę uspokoić. Marny efekt. Zaciskasz dłoń na jego gardle. Gniew i wściekłość cię pobudzają, krew krąży szybciej w żyłach, świat się wyostrza i nabiera rażących kolorów.
Słyszysz nieprzyjemny warkot żołnierza, który cichnie z czasem, kiedy coraz mocniej zaciskasz dłoń. W końcu ustaje, a ty puszczasz szyję tego śmiecia, który, wraz ze swoimi dwoma pozostałymi kompanami, chciał cię kiedyś zabić. Im się nie udało, ale tobie i owszem.
Obrzydliwą euforię czujesz jeszcze przez jakiś czas, dopóki nie dochodzi do ciebie co zrobiłeś. Zabiłeś ich i stoisz teraz pomiędzy trzema zmasakrowanymi ciałami. Twoje ramiona też są brudne od krwi, latają za tobą, jawiąc się jako krwawe plamy lewitujące w powietrzu. Robi ci się niedobrze i masz ochotę zwymiotować, ale jeszcze dzisiaj nic nie jadłeś, więc nie masz czym. Łapiesz się za głowę.
Niech mnie ktoś stąd zabierze. Ktokolwiek, proszę, niech mi ktoś pomoże!
─ Co tu się u licha stało…
Proszę, proszę, proszę! Zostań, pomóż mi, pomóż!
─ Uspokój się. ─ Ktoś mocno zaciska ręce na twoich ramionach. Stoisz jak kołek, drąc się w myślach, ale on tego nie słyszy. Rozgląda się tylko zszokowany dookoła. ─ Namida, posprzątaj tutaj. ─ Namida? Skądś znasz Namidę, ale wszystko nadal jest rozmyte przez jakąś białą mgłę.
─ Co takiego? Przecież powinniśmy to zgłosić, on tu nie może… !
─ Namida, kazałem ci tu posprzątać i oczekuję od ciebie, że to zrobisz.
Przez dłuższą chwilę nie słyszysz odpowiedzi Namidy i masz czas na zastanowienie się kim on jest. Patrzysz na osobę przed sobą i widzisz jasną cerę, czarne włosy związane w małą kitkę, niesforną grzywkę wpadającą w oczy i zielone oczy. Emmet… Boże, zesłałeś mi Emmeta…
─ Dobrze, zrobię to.
Emmet przekłada sobie twoją rękę przez ramię. Masz nogi jak z waty, ale próbujesz postawić choć jeden krok. Słyszysz jakiś plask i kakao, które dzisiaj piłeś, wraca drogą ekspresową na zewnątrz wraz ze śliną i gorzką żółcią.
Chciałbyś zemdleć, umrzeć, zapaść się pod ziemię, ale tkwisz tutaj z Moonlightem, który trzyma cię mocno, byś nie upadł i czeka aż dojdziesz do siebie.
Do pokoju odprowadza cię metaliczny zapach krwi, gorzki smak żółci i ciepło Emmeta. Dalej nie pamiętasz, co się dzieje, ale wiesz, że mówisz. Mówisz dużo, chaotycznie, z kurwa jako przecinkiem i dynamiczną gestykulacją. A Emmet słucha i nie wygląda na to by się gdzieś wybierał.
Skąd on się tam wziął? Ach, tak… Bóg go przysłał.


Emmet, misja, potwór w bazie, Emmet, kolejna misja, dziewczynka, szpital, trening, oni, Emmet.
Za dużo Emmeta, a za mało Nero. Nawet teraz, kiedy stoją w archiwum i odtwarzają nagranie ze wspólnej misji.
Nick zaciska mocniej ręce. Na filmie nie ma żadnej dziewczynki, ale on zachowuje się tak, jakby do kogoś mówił. Owszem, są potwory, które go zaatakowały, jest jaszczur, na grzbiecie którego siedzi Emmet, ale jej nie ma. Sarene nie czuje się z tym dobrze, a Gwiazdeczka patrzy w skupieniu na jego twarz. Nic nie mówią, stoją w ciszy. Jeden opanowany, a drugi bliski wybuchu.
Coś tu jest kurwa nie tak. Tylko żaden nie wie co.


Nero strasznie lubi ubierać się w rzeczy, które są na niego za duże. Spodnie z krokiem w kolanach, koszulki do połowy ud, ogromne buty. Czuje się wtedy nieograniczany przez nikogo i przez nic. A do tego ile tam można broni schować! Tak, Neroen Sarene uwielbia wielgachne ubrania i tylko bielizna musi być u niego dopasowana.
Emmet nie lubił czuć się jak w worku po kartoflach. Nie, on woli, kiedy jego ubrania są dopasowane. Świetnie wtedy wyczuwa gdzie kończy się jego ciało, a zaczyna linia obrażeń. Spodnie, T-shirty, bluzy – wszystko to musi być w odpowiednim rozmiarze. Wysuwane ostrza zawsze da się gdzieś zamontować, a on lubi się czuć pewnie.
Tylko, że żadna z ich rodzin nie toleruje ich gustu w sprawie ubioru.
Matka Nero nienawidzi, kiedy wysportowana sylwetka jej syna jest zakrywana przez nadprogramowe tony materiału, a on sam robi się znacznie mniejszy niż jest w rzeczywistości.
Za to ojciec Emmeta uważa, że jego syn wygląda jak zmanierowany facecik, a to przecież nie przystoi Moonlightowi, który swój nienaganny wygląd powinien pokazywać w sposób subtelny.
Oczywiście żaden z nich ze zdaniem rodziców się nie zgadza, więc na odwiedziny ubrali się po swojemu. Może tylko kolory moro i czerni zastąpili jakimiś innymi barwami.
─ Nie rozumiem jak można lubić wyglądanie jak jakiś wieszak, Nero!
Piękna, niebiesko-włosa kobieta prowadziła właśnie ożywioną konwersację z Nickiem na temat jego ubioru. Emmet przyglądał się rodzinnej kłótni rozbawiony.
Pani Sarene przyszła jako pierwsza, zostawiając resztę rodziny z bagażami w tyle, ale od razu na wejściu zaczęła się kłócić z własnym synem. Moonlight, widząc rozbawione uśmiechy Oddziału Szóstego, domyślił się, że takie sytuacje były na porządku dziennym.
─ Normalnie! Po prostu masz więcej miejsca, to wszystko!
Emmetowi pozostało teraz tylko czekać na własną rodzinkę, a później samemu odstawić przedstawienie.
Dwuskrzydłowe drzwi otworzyły się powoli. Wyłoniła się z nich najpierw twarz pana Moonlighta, później jego włosy związane w kucyk sięgający do pasa i na końcu reszta ciała ubrana w schludną marynarkę. Kapitan Czwartego Oddziału już miał wstać i przywitać się z ojcem, kiedy stało się coś dziwnego.
Wzrok mężczyzny spoczął na sylwetce kobiety.
─ Shasha?
Błękitne kosmyki zawirowały wokół ciała matki Nero, kiedy się odwróciła, zdziwiona.
─ Koi?

Emmet nie wiedział, co się dzieje, kiedy rozległ się pisk kobiety.
1 komentarz:
            Gwiazdy lśniły wysoko na niebie. Droga wiła się i zakosami prowadziła przez pola pełne łanów pszenicy i czerwonych maków, które teraz jednak zamknęły główki przed nocnym chłodem. W oddali majaczyła ciemna ściana rosnącego na skraju pola lasu. Powietrze drżało, przesycone zapachem świeżego zboża i żywicy. Woń ta zdawała się być wszędzie.
            Szumiące łany z wolna ustępowały pierwszym zabudowaniom. Rześki wiatr rozwiewał włosy; jego zawrotny taniec przyprawiał o gęsią skórkę. Nogi niosły sprężystym krokiem w ukochane i tak dobrze znane miejsca. Z oddali dobiegał szum piętrzącej się na kamieniach rzeki – spokojnej za dnia, groźnej w nocy.
            Wreszcie ukazał się dom z grubo ociosanych bali, którego strzegł tłusty, szary kocur, w dodatku ślepy na jedno oko.
            Walczyliśmy dniami, nocami wędrując…
            Otworzył za to drugie, brudnożółtego koloru oko i zamiauczał żałośnie, merdając ogonem i witając tym samym przybysza. Nie ruszył się jednak z ganku, lecz zasnął z powrotem. Miał już swoje lata, strażnikiem domostwa był jedynie z nazwy. Mężczyzna przekroczył go ostrożnie i stanął przed ciężkimi, dębowymi drzwiami. Zsunął kaptur podróżnika z głowy, ukazując młodą jeszcze twarz. Wzruszenie ścisnęło jego gardło. Uśmiechnął się; w modrym oku zalśniła łza.
            Teraz zaś powracamy, niosąc w dłoniach kwietne wieńce…
            Popchnął drzwi. Zaskrzypiały lekko, wpuszczając go do środka. Energicznym, lekkim krokiem przeszedł przez znajome korytarze i w końcu zatrzymał się przed kolejnymi drzwiami. Zawahał się przez chwilę, lecz w końcu nacisnął klamkę.
            Rześki zapach nocy pozbawia nas tchu…
            Orzy oknie stała szczupła postać. Zwrócona była tyłem do wchodzącego i obejmowała się ramionami. Wyczuła za sobą czyjąś obecność i odwróciła się wystraszona. Czarne włosy z domieszką szarości zafurkotały. Zawsze nosiła je rozpuszczone. Rozpoznała natychmiast przybysza, jej źrenice rozszerzyły się.
            – Wróciłeś – wyszeptała.
            Pragniemy, by chwila zatrzymała się już…
            – Zawsze wracam – odparł zachrypniętym głosem. – Zwłaszcza do tych, których kocham.
            Po jej policzkach płynęły łzy.
            – Tak za tobą tęskniłam… Głupi, wyjść bez pożegnania…! – Zanim zdołał odpowiedzieć, znalazła się przy nim i zarzuciła ręce na jego szyję, przytulając się mocno do jego torsu.
            I księżyc lśni, wzruszony w tę noc…
            Objął ją i pogłaskał po włosach.
            – Jednakże w końcu jestem. I już nie odejdę. Będę zawsze przy tobie. Do końca. Na wieki.
            Uśmiechnęła się przez łzy.

            Gdy pieśń melodią prowadzi nasz krok… 
1 komentarz:

Świat przedstawiony obrazem odbieranym za pomocą zmysłu wzroku spotykamy na każdy kroku – w filmach, literaturze pięknej, przewodnikach czy albumach. To forma prezentacji najszerzej praktykowana i najłatwiej przekazać ją milionom ludzi na całej kuli ziemskiej. Obraz można przesłać przy pomocy Internetu wszędzie. Każdy może ujrzeć, co ugotowaliśmy, ale tylko bezpośredni świadkowie mogą opowiedzieć, jak danie ze zdjęcia pachnie, smakuje, jakie jest w dotyku. I o ile w wyobraźni możemy odtworzyć stosunkowo dokładny obraz wszystkiego, trudno nam przypomnieć sobie zapach czy smak – dopiero, kiedy mamy okazję zetknąć się z czymś ponownie, wiemy, że to niezaprzeczalnie coś, co znamy.

Powyższy akapit dotyczy większości ludzi, tych poznających świat głównie oczami. Najlepiej opisujemy to, co widzimy, na podstawie obrazów i rozpoznawania wzrokowego otoczenia codziennie wracamy do domu, wychodzimy po bułki i robimy szereg innych banalnych rzeczy. W większości. Literatura zna przykłady ludzi, którzy zmysł wzroku i postrzegane nim piękno zignorowali na rzecz innych zmysłów, na przykład zmysłu powonienia. Mówię oczywiście o Janie Baptyście Grenouille, bohaterze książki pt. „Pachnidło. Historia pewnego mordercy” pióra Patricka Süskinda. Cały utwór nastawiony jest na podkreślenie rangi tego, co uważamy na ogół za dodatek do obrazu – zapachu. Jak Baptysta nie był chcianym dzieckiem. Matka urodziła go podczas sprzedawania na stoisku rybnym. Był to kolejny taki poród w jej przypadku, niespecjalnie więc się przejęła. Dziecko wydawało jej się zresztą martwe. Na szczęście zemdlała i to zwróciło na nią uwagę tłumu – wtedy też rozpłakał się nowo narodzony chłopiec. Od urodzenia był niezwykły – zdumiewająco dużo jadł i nie pachniał jak inne dzieci. Pierwsza dostrzegła to mamka, która obawiała się go i chciała jak najszybciej pozbyć się niezwykłego niemowlęcia spod swojej pieczy. Nie miał zapachu, ale posiadał najczulszy węch świata – potrafił też zapamiętywać i odtwarzać różne wonie. W podróżach po mieście kierował się swoim nosem – wiedział dokładnie, jak pachnie osiemnastowieczny Paryż, w którym mieszkał. Pierwsze morderstwo popełnił na dziewczynce, której zapach go oszołomił – nigdy wcześniej nie czuł niczego tak wspaniałego. Może już wtedy w jego głowie zakiełkowała myśl o stworzeniu zapachu nad zapachami?

Dzięki swoim zdolnościom trafił po latach udręk i znojów do pracowni perfumiarza, Baldiniego. Mężczyzna ten nie miał za grosz talentu – posiadał tylko techniczne umiejętności. Od razu zrozumiał, że Grenouille to dla niego szansa na zdobycie ogromnego majątku i prestiżu. Na początku sceptyczny, w niedługim czasie pojął, że ma przed sobą geniusza – i to geniusza, któremu nie zależy na pieniądzach. Baldini szybko został uznany za najlepszego perfumiarza Paryża. Nikt nie wiedział, kto tak naprawdę przygotowuje zapachy uznawane za najpiękniejsze, jakie kiedykolwiek powstały. Sam Grenouille wiedział, że to, co tworzy, to zaledwie igraszki – nosił w sobie pomysły na zapachy o wiele wspanialsze. Po pewnym czasie odszedł od Baldiniego i zupełnie odizolował się od ludzi. Doszedł do miejsca, w którym nie było zapachu istot żywych – zamieszkał w jaskini i przez kilka lat jadł tylko jaszczurki i inne żyjątka spotykane wysoko w górach, pił sączącą się kroplami wodę ze skały i spał. Po kilku latach postanowił poznać własny zapach – myślał, że nie czuje go, ponieważ się do niego nadto przyzwyczaił. Spróbował się na jakiś czas od niego odizolować – w końcu każdy jakoś pachnie. Okazało się, że każdy poza nim. Postanowił wrócić do ludzi i stworzyć zapach swojego ciała, taki, który doprowadzi do szaleństwa innych ludzi.

Zdaniem Grenouille'a, na to, jak postrzegamy innych, wpływ ma ich zapach. Wydaje nam się, że (na ogół) go nie czujemy, ale mimo wszystko jakąś rolę zawsze odgrywa. Silna woń brudnego ciała zmusza nas do odsunięcia się od bezdomnego w tramwaju, a piękne perfumy kobiety stojącej obok do przysunięcia się i rozszerzenia nozdrzy, by móc rozkoszować się jej zapachem. Grenouille tworzy zapachy mające wpływ na jego odbiór w społeczeństwie – raz jest to woń człowieka niewidzialnego, przeciętnego, innym razem zapach buntu czy uległości. I rzeczywiście – ludzie reagują na niego, wciąż przecież tego samego, różnie, w zależności od tego, czym skropił swoje ubranie. Dokonuje serii morderstw, których sprawcy nie wykryto – okrada zamordowane dziewice z zapachu. Nie interesują go ich ciała, mimo że wszystkie są wyjątkowo piękne, młode i atrakcyjne. Owija je w odpowiednio przygotowane płótno, aby mogło ono nasiąknąć ich zapachem, obcina także włosy swoich ofiar. Zachowuje się jak zwierzę – nie baczy na konsekwencje, nie postrzega czynów przez pryzmat moralności, po prostu robi to, co uważa za konieczne do uzyskania zapachu idealnego, takiego, który rzuci mu świat do stóp.

"Pachnidło" nie jest zwykłym kryminałem. Prowadzi nas przez osiemnastowieczny Paryż poznawany jedynie węchem. Ludzi ocenia się nie na postawie tego, kim są, ile mają pieniędzy i jak wyglądają, ale przez pryzmat tego, jak pachną. Mimo, że wątek kryminalny jest kluczowy, większą uwagę zwracamy na fakt, jak starannie autor stworzył postać Grenouille'a. To obrzydliwy karzeł o morderczych zapędach, psychopata traktujący ludzi przedmiotowo i zbiorowo, ale budzi mniej obrzydzenia niż współczucia. Ma talent, o którym wie niewielu ludzi, rozwija go, ale nie dba o dzielenie się efektami z innymi, nie szuka poklasku i podziwu własnej osoby – po prostu od zawsze czuł się lepszy od reszty, wyjątkowy. Działa na ich podświadomość – to dlatego nie zostaje ścięty za dokonanie mordów na dwudziestu pięciu niewinych kobietach. Przed wykonaniem wyroku spryskuje się wonią, którą uzyskał z ich ciał, a tłum ogarnia szał. Przestają wierzyć w winę Grenouille'a, rozpoczynają miłosną orgię. Tytułowy morderca zostaje poproszony o zostanie synem ojca ostatniej ze swych ofiar – tak bardzo zapach zawrócił w głowie obywatelom Paryża. Mimo wszystko nie zachowuje życia – zjadają go osoby przebywające na cmentarzu, na który udał się nocą, również owładnięte magią perfum stworzonych z zapachu dziewiczych ciał.


Książkę czyta się jednym tchem. Poznajemy życie Grenouille'a od chwili urodzenia do momentu zgonu, cała fabuła podporządkowana jest opowiedzeniu o świecie "widzianym" zapachem. Nie ma tu miejsca na opisy przyrody, architektury i osób – wszystko kręci się wokół tego, co wydaje nam się być w życiu codziennym niezauważalnym. Świeżo po lekturze trudno uniknąć refleksji na temat węchu – refleksji o tym, jak bardzo jest on niedoceniany, gdy dysponujemy postrzeganiem wzrokowym. Süskind ukazuje, jak zmiana metody zmienia oblicze świata i jak ogromną rolę odgrywają inne zmysły niż - wydawać by się mogło nadrzędny - wzrok.
Brak komentarzy:

Niska blondynka podeszła do drzwi i spojrzała przez wizjer. Na korytarzu stała wysoka brunetka. Zniecierpliwiona tupała prawą nogą i spoglądała na złoty zegarek. Gospodyni uśmiechnęła się pod nosem i otworzyła drzwi. Nie przestając się uśmiechać zrobiła krok do tyłu. Gość odwzajemnił uśmiech, po czym wszedł do środka i zatrzasnął drzwi.

– Cześć, kochanie – powiedziała blondynka i przytuliła się do przyjaciółki. Odsunęła się i zmarszczyła brwi, gdy brunetka zesztywniała. – Co się stało, Kasandra? Dobrze się czujesz?
– Wspaniale, Anno – odparła brunetka chłodno. Blondynka poczuła dreszcze na całym ciele.
Spojrzała w oczy przyjaciółki i z krótkim okrzykiem zrobiła krok do tyłu. Tęczówki brunetki mieniły się szkarłatem.
– O czym ty mówisz?
– Dobrze wiesz o czym… Zdradziłaś moją tajemnicę! – wrzasnęła Kasandra i zanim Anna zdążyła zareagować, przyjaciółka wyciągnęła składany nóź z tylnej kieszeni dżinsów i rozłożyła go.
Na jej ustach pojawił się niebezpieczny uśmiech. Blondynka pisnęła, gdy Kasandra przyszpiliła ją do ściany i przystawiła ostrze do jej gardła.
– Zdradziłaś mnie – wyszeptała oprawczyni, a blondynka zesztywniała. – Zdradziłaś mój sekret. Najskrzętniej ukrywaną tajemnicę. Tajemnicę, którą chroniłam przez 250 lat. I teraz już wiem, że ludziom nie można ufać. Przysięgałaś, że zabierzesz tę informację do grobu. I ja sprawię, że dotrzymasz słowa. Już nigdy nikomu nie zdradzisz mojego sekretu – wyszeptała, po czym poderżnęła przyjaciółce gardło.
Trysnęła krew. Sprawczyni spojrzała w oczy ofierze. Oczy blondynki były wielkie, w kształcie migdałów. Dwukolorowe. Kasandra widziała w tych zaszklonych oczach, jak śmierć powoli i nieubłaganie przybliża się. Kiedy dziewczyna wykrwawiła się, brunetka puściła ją, a ciało upadło jak szmaciana lalka.
Kobieta ruszyła w stronę drzwi i nie oglądając się za siebie wyszła z miejsca, gdzie jej sekret pozostanie sekretem na wieki.

„…bo dwoje może utrzymać sekret, tylko jeśli jedno z nich nie żyje.”*


14 lat wcześniej

Kasandra rozglądała się po klasie. To był jej pierwszy dzień w liceum. Nie była na rozpoczęciu roku, więc nie miała pojęcia z kim trafiła do klasy. Mogła być pewna jedynie tego, że to nie będzie nikt z jej gimnazjum. Specjalnie wybrała liceum w mieście oddalonym od jej rodzinnego miasteczka o 60 kilometrów. Musiała być pewna, że nikt jej nie rozpozna. Wiedziała, że musi pozostać na uboczu. Po tym co zobaczyła u swoich rodziców, wiedziała, że nikomu nie można ufać. Każdy prędzej czy później ją zdradzi. A w tym wypadku zdradzenie jej tajemnicy byłoby śmiertelne w skutkach.

– Przepraszam czy tutaj jest wolne? – usłyszała nagle nad sobą czyjś głos.
Podniosła wzrok i zmierzyła przybysza wzrokiem. Była to niska blondynka z dużymi piersiami i długimi nogami. Ubrana była w łososiową sukienkę do połowy uda i czarne trampki. „Cóż za zbrodnia na modzie” pomyślała Kasandra. Po chwili zorientowała się, że nie odpowiedziałam na pytanie blondynki, która przygryzała wargę i patrzyła na nią z wyczekująco.
Kasandra pokiwała głową tym samym wprawiając w ruch swoje długie czarne włosy. Położyła swoją markową torebkę na podłodze i przesunęła się razem z krzesłem na skraj ławki. Blondynka zajęła miejsce obok niej i uśmiechnęła się z wdzięcznością.

– Jestem Anna – powiedziała nowoprzybyła, by przerwać krępującą ciszę, która zapanowała pomiędzy dziewczynami. Brunetka spojrzała na nią zaskoczona. Po chwili wahania odpowiedziała.
– Kasandra
– Cześć, na pewno się dogadamy – powiedziała Anna i uśmiechnęła, a w jej policzkach ukazały się dołeczki.
– Na pewno – odparła Kasandra, a na jej usta wystąpił szelmowski uśmieszek.

11 lat wcześniej

– Gaz do dechy, siostro! – darła się Kasandra, próbując przekrzyczeć warczący silnik. Autem rzucało na zakrętach, więc z trudem udało jej się odpalić dwa papierosy. Chciała podać jednego Annie, ale pociągała ostro z butelki i nie miała wolnej ręki. Wcisnęła jej papierosa w usta i wyrwała flaszkę. Przechyliła ją demonstracyjnie. Była pusta. – No wiesz? Samolub! – cisnęła butelką przez okno. – Ile mamy na liczniku? – zawołała.
– Sto dwadzieścia
– Cienińsko, możesz wycisnąć więcej
– Spadaj! Czemu sama nie poprowadzisz?
– Nie mam prawa jazdy.
– A ja mam?!
Dziewczyna zabawiały się tak od dłuższego czasu.
– GAZU! GAZU!  – ryknęła brunetka, gdy usłyszała syrenę radiowozu i obejrzała się za siebie. – Szybciej, Anno! Musimy im uciec! Matka mnie zabije jeśli znów będzie musiała odebrać mnie z komisariatu! – krzyknęła rzucając się w stronę kierowcy, depcząc Annie po butach i dociskając pedał gazu.
Samochód skoczył do przodu. Rzęził, wył i trząsł się, jak byk na rodeo.
– Trzeba było wybrać lepszy model… – marudziła  Kasandra.
Chwyciła mocniej siedzenie, gdy przyjaciółka skręciła gwałtownie w uliczkę. Anna straciła panowanie nad kierownicą. Samochód wywijał piruety na śliskiej po deszczu nawierzchni. Wtem wpadł w długi, boczny ślig, zanim wreszcie wjechał na chodnik i uderzył w słup. Eksplodowały poduszki powietrzne, a spod maski buchnęła para. Kasandra śmiała się nieprzytomnie, kiedy próbowała wyciągnąć przyjaciółkę. Podrapana szkłem z czarnymi włosami i iskrzącymi się oczami przypominała demona. Przewaliła się na plecy, na zimny mokry beton. Anna wydostała się z rozbitego samochodu i legła obok niej. Strasznie kręciło jej się w głowie, ale po za tym nic się jej nie stało. Jak zwykle…większość numerów, które przyjaciółki odprawiały praktycznie codziennie, powinny je już dawno wysłać na tamten świat, a jednak za każdym razem wychodziły bez szwanku z najgorszych opałów. Po chwili obok wraku samochodu zatrzymał się radiowóz. Jego migoczące światła sprawiały, że dziewczyny wyglądały na straszne blade.
– Sorry, Anka. Chyba znów zostaniemy zatrzymane na 48 godzin – powiedziała z cwanym uśmieszkiem Kasandra, gdy policjanci wkładali je do radiowozu.
Anna zachichotała. Kiedy obie znalazły się w środku samochodu, brunetka splotła swoje palce z palcami przyjaciółki. Uśmiechnęła się do niej łobuzersko. Blondynka odwzajemniła uśmiech, po czym zwróciła wzrok w stronę okna. Do końca jazdy na komisariat żadna z nich się nie odezwała. Obie rozumiały się bez słów i wiedziały, że dopóki będą razem nic im się nie stanie.

6 lat wcześniej

Obie dziewczyny zaśmiewały się do łez. Były naćpane. Siedziały na kanapie w klubie ze striptizem. Właśnie dzisiaj Anna obchodziła urodziny. I właśnie dziś obie dziewczyny skończyły pedagogiczne studia. Brunetka chciała by jej przyjaciółka miała niesamowite wspomnienia. By miała co wspominać, gdy jej ciało i umysł się ze starzeje. A Kasandra będzie młoda już zawsze. Aż do skończenia świata.
Kasandra patrzyła na przyjaciółkę szeroko otwartymi oczami.  Nigdy wcześniej nie zauważyłam, ze Anna ma takie piękne oczy. To znaczy patrzyłam w nie wiele razy, ale nigdy dotąd tego nie zauważyłam, pomyślała. Blondynka przygryzła wargę, jak w dniu w którym się poznały.

– Coś nie tak? – zapytała zaniepokojona milczeniem przyjaciółki. Przecież ona nigdy nie milczy, pomyślała.
Kasandra w odpowiedzi przysunęła się bliżej i wpiła się w usta koleżanki. Dziewczyny oderwały się od siebie dopiero, gdy usłyszały nad sobą śmiechy i gwizdy. Równocześnie podniosły wzrok i przybrały identyczne miny. Nad nimi stało dwóch chłopaków.
Mają nie więcej niż 20 lat, pomyślała Kasandra.
– Możemy się dosiąść? – zapytał jeden z nich i nie czekając na odpowiedź usiadł koło Anny, a jego przyjaciel obok Kasandry. Ten który zadał pytanie położył dłoń na udzie blondynki i ścisnął je. Przybliżył usta do jej ucha i wyszeptał „Pójdziesz ze mną do pokoju, mała?” Anna z przestrachem spojrzała na przyjaciółkę. Brunetka machnęła ręką dając przyjaciółce do zrozumienia, że może iść.
Blondyna wstała i pozwoliła chłopakowi się poprowadzić. Obejrzała się jeszcze, by zobaczyć czy brunetka odprowadza ją wzrokiem, ale przyjaciółka była zbyt zajęta całowaniem i obmacywaniem nieznajomego. Chłopak pociągnął za sobą blondynkę. Dziewczyna bez sprzeciwu ruszyła za nim.

3 lata wcześniej

– Wszystkiego dobrego na nowej drodze życia – powiedziała Kasandra i szczerze uścisnęła przyjaciółkę, która dzisiaj, trzy lata od nocy w klubie ze striptizem, brała ślub z chłopakiem z którym wtedy poszła do pokoju.
– Dziękuję – powiedziała Anna i uśmiechnęła się, po czym odwróciła się i wsiadła do samochodu, który miał zawieść ją na lotnisko.
Brunetka pomachała za znikającym, za zakrętem, samochodem. Kocham cię. I zawsze będę Cię kochać siostro, pomyślała Kasandra i uśmiechnęła się smutno sama do siebie.


Ciekawe czy doleciała?, pomyślała Kasandra. Jednak chyba nie skoro jeszcze nie zadzwoniła. Mam nadzieję, że dobrze będziesz się bawić, siostrzyczko, pomyślała nostalgicznie.
– Idziemy w tę niedzielę do muzeum? – zapytał chłopak brunetki, wyrywając ją tym samym z zamyślenia. Dziewczyna zamrugała szybko powiekami.
– Ok… I tak nie miałam innych planów – odparła Kasandra i obróciła twarz w stronę okna.

3 godziny wcześniej

Kasandra przetarła zmęczone oczy. Lampa na biurku była jedynym źródłem oświetlenia, oprócz niebieskiego ekranu laptopa. Po całym pokoju były rozrzucone cienie. A jedynym źródłem dźwięku była mucha latająca po pokoju.

– Dlaczego mi nie powiedziałaś!? – Brunetka podskoczyła słysząc ostry ton męża. Obróciła powoli obrotowe krzesło i spojrzała w niebieskie oczy mężczyzny.
– Nie wiem o co ci chodzi – odparła.
Jej mąż zapowietrzył się słysząc tę bezczelną odpowiedź. Podszedł do żony, po czym złapał ją za ramiona i potrząsnął mocno. Głowa kobiety latała w tył i przód.
– Nie wiesz? NIE WIESZ? Jesteś wampirem! Dlaczego mi nie powiedziałaś! Co to ma znaczyć! Kasandra wyjaśnij mi to do cholery! – Brunetka otworzyła szeroko oczy ze zdumienia, a po chwili wyrwała się mężowi i wstała gwałtownie z fotela.
– Kto ci powiedział? – wyszeptała.
– Jak to kto? Anna. Widziałem się z nią dwie godziny temu! – Kasandra poczuła się, jakby dostała obuchem w głowę.
– Anna? To niemożliwe. Nie zrobiłaby mi tego… Nie mogłaby… Przysięgała! – wrzasnęła brunetka i biegiem rzuciła się w stronę drzwi wejściowych. Chwyciła w biegu składany nóż z przedpokoju i włożyła go do tylnej kieszeni dżinsów. Wtem poczuła, jak mąż łapie ją za ramiona.
– Co ty chcesz zrobić? – zapytał już spokojniej. – Co chcesz zrobić?! – podniósł głos i znów potrząsnął żoną, gdy nie doczekał się odpowiedzi. Cofnął się przerażony, gdy dostrzegł kolor oczu kobiety. Mieniły się szkarłatem.
–To – odparła i rzuciła się w stronę mężczyzny. Za nim zdążył zareagować, zabiła go wypijając całą krew. Kobieta otarła usta i spojrzała a ciało męża. – Wybacz – wyszeptała. – Nikt nie może wyjawić mojej tajemnicy, bo to byłoby  śmiertelne w skutkach – powiedziała Kasandra do siebie, po czym obróciła się na pięcie i wyszła z domu. Trzasnęły drzwi.

10 godzin później

Kasandra po zabiciu swojego męża i najlepszej przyjaciółki, wróciła do domu i spakowała się, po czym wsiadła w samochód i ruszyła przed siebie, zostawiając za sobą przeszłość. Włączyła radio i popłynęła muzyka.

Wytrzymaj, to zaboli bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
Co to było, co to było, co to było.
Sprowadziłem to na nas bardziej niż ktokolwiek mógł to zignorować.
Co ja zrobiłem, co ja zrobiłem, co ja zrobiłem.

Pracowałam tak długo, tylko po to by zobaczyć jak bałaganisz
Co zrobiłeś, co zrobiłeś, co zrobiłeś
Chcę odzyskać lata, które mi odebrałeś, kiedy byłam młoda.
Byłam młoda, byłam młoda, ale już po wszystkim

Zabierz to.
Już dłużej tego nie czuje.
Zabierz to.
Zabierz to.
Już dłużej tego nie czuje.
Zabierz to.

Spadniemy zupełnie jak gwiazdy, zawieszeni tylko na sznurku.
Wszystko, wszystko, stąd zniknęło.
Żadna mapa nie wskaże jak zmienić to w dom
Jesteśmy sami, jesteśmy sami, jesteśmy sami.

Zabierz to.
Już dłużej tego nie czuje.
Zabierz to. **

Zacznę od początku i już nigdy nikomu nie zaufam. Miłość niszczy, pomyślała kobieta, po czym zaczęła ścigać się ze słońcem.




* „Secret”  The Pierces

** William Fitzsimmons - I Don't Feel It Anymore


»