Layout by TYLER
Fonts:dafont.com
Background:gyapo
Główna Regulamin Co to jest? Prozaicy - powrót Konkursy Facebook
Witaj na Prozaicy: Piórem! Jest to miejsce przeznaczone na publikację tekstów napisanych z myślą o konkursach lub akcjach literackich, organizowanych przez Prozaików. W celu poznania dokładniejszych informacji, zapraszam do zakładki "Regulamin" oraz "Co to jest?".
Kontakt: e-mail:prozaicy@vp.pl lub gg: 2171207 - halska.

Brak komentarzy:
– Czym jest dla ciebie szczęście? – zapytał patrząc jej w oczy.
– Co masz na myśli? – odpowiedziała pytaniem nieco zmieszana. – Co to za dziwne pytanie? Przecież każdy wie, czym jest szczęście.
– Jesteś pewna? Jeżeli to by było takie oczywiste, to czy nie każdy byłby szczęśliwy? Myślę, że każdy dążyłby do tego szczęścia i w końcu je osiągał. A rozejrzyj się dookoła. – Przyciągną przyjaciółkę bliżej siebie, obejmując. Dziewczyna zamyślona oparła głowę na jego ramieniu.
– Nie jestem pewna. Jak o tym mówisz to wydaje mi się, że każdy ma własną definicję i wizję szczęścia. Może w tym leży problem.
– Nalać ci jeszcze wina? – zapytał, zbaczając z tematu.
– Tak poproszę – odpowiedziała, podstawiając mu swój kieliszek. – Dzięki.
– Więc, co z tym szczęściem? – zapytał ponownie, rozsiadając się wygodniej na kanapie, tuż obok dziewczyny, z pełnym kieliszkiem w ręku.
– Bo wiesz, dla jednego to będzie rodzina, dla innego praca, dla jeszcze innego szczęście daje kasa. Nie ma jednej recepty dla wszystkich, więc ciężko wszystkich zadowolić.
– Więc uważasz, że jeżeli wszyscy byli szczęśliwi z jednego powodu, było by lepiej? – zapytał zdziwiony.
– Tak. Przynajmniej nie byłoby tyle konfliktów. Tak mi się wydaje.
– Ale gdyby wszyscy byli szczęśliwi mając pieniądze, ciężko by było wszystkim dać po tyle samo i na tyle dużo, żeby się z tego cieszyli. Rodziny też każdemu nie zagwarantujesz, ani wymarzonej pracy.
– Więc jakie jest twoje rozwiązanie? Kiedy, według ciebie wszyscy byliby szczęśliwi?
– Myślę, że gdyby każdy bardziej skupiał się na swoim szczęściu, niż na rywalizacji ze szczęściem innych – odparł.
– Chyba nie rozumiem. Może to przez wino – roześmiała się delikatnie odchylając głowę do tyłu. Pokój wydawał się wirować wokół niej.
– Ale to bardzo proste. Ludzie za bardzo starają się przeszkodzić innym w osiągnięciu szczęścia, a za mało na spełnianiu własnych potrzeb. Tak jest w polityce, w pracy, a nawet w związkach. Ciągła rywalizacja zabiera nam czas. Niepotrzebnie tracimy energię i przejmujemy się czymś, co nas nie dotyczy.
– Czyli sami zabieramy sobie możliwość szczęścia? – zapytała zdziwiona jego teorią.
– Trochę tak. Powinniśmy się cieszyć tym, co mamy, a nie oglądać się na innych. Jeżeli nam na czymś zależy, powinniśmy do tego dążyć, ale tak, żeby nie krzywdzić innych, bo wtedy i szczęście będzie tylko pozorne. Zawsze z tyłu głowy będą nam się tłukły wyrzuty sumienia.
– Jak tak o tym mówisz, to wydaje mi się, że masz trochę racji – oznajmiła. – A ty jesteś szczęśliwy? – zapytała, spoglądając mu w oczy, chociaż ciężko było jej skupić wzrok.
– Tak. Mam ciebie, robię to, co sprawia mi przyjemność i wierzę, że jestem dobrym człowiekiem. No a przynajmniej się staram. To trzy powody, dla których jestem szczęśliwy.
– Jesteś kochany, wiesz? – Pocałowała go w policzek.
– No pewnie – odpowiedział z uśmiechem, odwzajemniając gest dziewczyny. – To co, jeszcze jeden kieliszek i wychodzimy?
– Tak. W tym roku chcę zobaczyć te fajerwerki.
            Chłopak nalał szkarłatny napój do kieliszków i wzniósł toast.
– Za nasze szczęście!
– Za nas! – zawtórowała mu i oboje zanurzyli usta w alkoholu.

            Gdy dokończyli butelkę, narzucili na siebie kurtki i wyszli na podwórko. Wkrótce na niebie rozbłysły tysiące kolorowych świateł, które oznajmiały koniec roku i początek czegoś nowego. Początek nowej, pustej księgi, którą każdy może zapisać własnym szczęściem. Jeżeli tylko zechce.
Brak komentarzy:
W grudniu ludzie bywają zmęczeni. Dni są krótkie, zaś noce mroźne, wietrzne i zdające się nie mieć końca. Śnieg często jeszcze przyjmuje postać brązowej breji, a zmrożone krople deszczu potrafią złośliwie kłuć w oczy tych, którzy spieszą rankiem na autobus, ledwo wyczołgawszy się spod ciepłej kołdry.
 I wtedy właśnie zdarza się, że nie dajemy rady. Opieramy się nieraz o oparcie krzesła, dłonie wpijając w niewinne, drewniane listwy. Chcemy wyłączyć radio, w którym wciąż wybrzmiewają świąteczne piosenki, przyprawiające nas nieraz o mdłości; na dobrą sprawę zdarza się tak, że chcemy wyłączyć wszystko.
Nie dbamy o to, jak wygląda nasza twarz. Czasem rozcieramy makijaż, zamiast zmyć go profesjonalnym płynem, zakupionym na wyjątkowej promocji, która okazuje się być najgorszym oszustwem tego miesiąca. Czasem stoimy tylko, zaciskając nerwowo usta, strzelając palcami. Wyginamy się, schylamy głowę, wzruszamy ramionami. Jesteśmy w samotni, bestialsko samotni, o ile samotność można nazwać bestialską. A można. Bo jest potworem, który potrafi nas pożreć; cichym zabójcą, który skrycie nas pochłania i zniewala.
Boimy się tak często. I stojąc nad Bogu ducha winnym krzesłem, uśmiechamy się w sposób charakterystyczny dla obłąkańców dzisiejszego świata. Zagryzamy zęby, próbując pokonać łzy, zaciskamy usta, niemo poszukując wsparcia.
Ono przychodzi czasem od strony krzesła, czasem zdarza się jednak, że na naszych barkach niespodziewanie zjawiają się cudze dłonie. Odwracamy się niekiedy przez ramię, spoglądając w twarz równie zmęczoną co nasza; rozumiejąc, że teraz to my musimy wspierać. Odnajdujemy w sobie siłę, by nie tylko poradzić sobie ze samym sobą, ale również by wesprzeć innych swoim słowem, gestem, poczynaniem. Szaleńczy uśmiech zmienia się wówczas w ten czuły, ciepły. Idzie nawet zapomnieć, że to tylko dzieło skurczu mięśni, że gdyby nie neurony i inne rozmaite cuda organizmu, nie moglibyśmy nawet wstać.
Przychodzi czas świąteczny. Czas zmian, czas wewnętrznych przemyśleń, czas miłości i rodzinnej radości; ciepła, wzajemnej pomocy, prezentów od serca. A my wtedy, jak na ironię, odsuwamy się od naszego krzesła, odrzucamy dłonie ze swych barków, sięgamy po najlepsze ubrania i mówimy: „teraz czas dla mnie”. Któż może nam kazać dojrzeć ten inny obraz świąt?
Potem jest jeszcze zabawniej. Nigdy nie zrozumiemy, kto i kiedy wmówił ludziom, że muszą świętować kończący się rok – ale nieustannie, rok w rok, tuż przed końcem grudnia, biegamy po sklepach, kupując rozweselające trunki i kolorowe fajerwerki. Bawimy się, składamy sobie życzenia i niespełniające się obietnice.
Krzesło stoi samotne, zapomniane. Ale stoi dzielnie. Bo wie, że będzie potrzebne jeszcze mnóstwo razy, nim rok zatoczy koło.

Obok krzesła spoczywa ogromny słoik. To twój słoik na nowy rok. Słoik, który zapełnisz swoimi dobrymi wspomnieniami. I sam zobaczysz, że za kilkanaście miesięcy, wspierając się ze zmęczeniem na oparciu, słoik będzie pełen. Spojrzysz wtedy na niego z rozrzewnieniem, uśmiechając się. Szaleńczy uśmiech zmieni się wówczas w ten czuły, ciepły. Będziesz mógł nawet zapomnieć, że to tylko dzieło skurczu mięśni, że gdyby nie neurony i inne rozmaite cuda organizmu, nie moglibyśmy nawet wstać...
Brak komentarzy:
Ghostie uwielbiała supermarket. Było to bardzo przyjemne miejsce: można było sobie siedzieć w wózku na zakupy i przemycać do niego wszystko, co tylko znalazło się w zasięgu małych rączek, a potem obserwować reakcje rodziciela, gdy przy kasie okazywało się, że wszedł w posiadanie taśmy przylepnej obustronnej, szamponu dla psów, dziesięciu opakowań tamponów i połowy półki ze słodyczami. A i bardziej ambitnych rozrywek nie brakowało. W tej chwili Ghostie przyglądała się nadzwyczajnemu zjawisku. Nadzwyczajne zjawisko miało czułki, czerwony pancerz, trzy pary odnóży i było homarem. - Kle-ffetka! – obwieściła dziewczynka głośno i radośnie, stukając piąstką w szybkę akwarium. Nadzwyczajnej wielkości homar, zdegradowany do rangi krewetki, leniwie patrzył się przed siebie. Ghostie zastanawiała się właśnie dlaczego tak wielka „kle-ffetka” ma głowę – w końcu te, które zwykle widywała, przejawiały znaczny deficyt głów i pancerzyków. Zagadka była zdecydowanie zajmująca i godna wyjaśnienia, więc dziewczynka jeszcze trochę postukała w szybkę, w nadziei, że głowa odpadnie, a reszta zacznie cudownie nadawać się do konsumpcji.
- Bzitka kle-ffetka, bleee! – zawołała Ghostie, widząc, że arogancka „kle-ffetka” nie przejawia chęci do współpracy.
- Homar – poprawił ją cierpliwie tata.
Dziewczynka oburzyła się. Co za głupoty opowiada!
- Duzia kle-ffetka! Kulciaciek!
Jej ojciec zdziwił się. W końcu, o ile można pomylić homara z krewetką – przynajmniej, jeśli ma się dwa lata i małe doświadczenie w zakresie gabarytów owoców morza – to na kurczaka homar nigdy nie wyglądał i wyglądać nie będzie.
- Smakuje jak kulciaciek – tłumaczyła cierpliwie Ghostie, dziwiąc się, jak można nie wiedzieć tak ważnego i oczywistego faktu. Szybką metodą skojarzeń wpadła jej do głowy inna myśl. – Kle-ffetka lata?
Pomysł latających krewetek był bardzo atrakcyjny i prostą drogą prowadził do innego pytania.
- Tata, kupis?
- Ale przecież…
- Kup kle-ffetkę! Ja ce kle-ffetkę!
Kilka starszych pań spojrzało groźnym wzrokiem na tatę Ghostie. Co za zwyrodnialec znęca się nad córeczką!
- Ale przecież chciałaś węża!
Ghostie na chwilę straciła zainteresowanie homarem. Węże widziała w sklepie zoologicznym i w telewizji, gdzie miły, uśmiechnięty pan oplatał je sobie wokół ramion. Węże były długie i syczały, a większość zwierząt, które znała dziewczynka były krótsze i nie syczały, co w jej mniemaniu czyniło węże interesujące.
Ale tu nie było węży, a homar właśnie się poruszył.
- Ślicna kle-ffetka, hadwao.
Tajemnicze „hadwao” zdziwiło ojca Ghostie bardziej niż śmigające po niebie krewetki.
- Hadwao. – Ghostie znowu pacnęła w szybkę akwarium. – Pan w telefizji mófił…
Ach, tak. Jego córka może nie umieć odróżnić krewetki od homara, ale wzór chemiczny wody – czemu nie! A tak bardzo chciał, aby została weterynarzem…
- Kupis kle-ffetkę?
- Homara.
Po chwili zastanowienia Ghostie uznała, że może poświęcić swoją ideologię dla Wyższego Dobra.
- Homala.
Zadowolony z postępów wychowawczych tata postanowił wyciągnąć z zapasów na czarną godzinę jakieś pieniążki. Miał kupić psa, no ale… który z sąsiadów może się pochwalić, że ma krewet… tfu! homara obronnego? Przez całą drogę do kasy Ghostie namiętnie miętosiła wielką, napełnioną wodą torbę z homarem. Prawie zapomniała nawet o obowiązku – tak, obowiązku! – przemycania różnych bezużytecznych przedmiotów do koszyka.
- Fajny homal – powiadomiła półkę. O niewątpliwych zaletach homara została powiadomiona także pani w fioletowym berecie, ekspedientka i pan ochroniarz, który uprzejmie pozachwycał się zakupem. Ojca Ghostie przepełniała duma – jego córeczka nauczyła się nowego słowa! Niedługo będzie mowa nie o homarze, ale Homerze, Szekspirze, Nabokowie, Szymborskiej! Duma jednak szybko ostygła, gdy zaraz po zapłaceniu za zakupy dziewczynka krzyknęła głośno, radośnie i z niewątpliwą złośliwością:
- MOJA KLE-FFETKA!!!

I tyle o metodach wychowawczych.
Brak komentarzy:

[double – ff Igrzysk Śmierci]
Po moim powrocie do Dwunastego Dystryktu już nigdy nie rozmawialiśmy o Gale’u. Doskonale wiedziałem, że czasami o nim myśli i cóż mogłem na to poradzić… Byłem jedynie zakochanym w niej synem piekarza, podczas gdy on otrzymał od losu wiele okazji do pielęgnowania tego co się między nimi znajdowało. Czasami miałem wręcz wrażenie, że ona dostrzega go w promieniach światła przebijających się przez warstwę liści, zapachu deszczu, czy myśliwskiej kurtce swojego ojca. Chociaż broniłem się przed tym jak mogłem, nie potrafiłem odrzucić od siebie tego nieodpartego wrażenia. W takich momentach zawsze jednak starałem się przywołać do siebie wspomnienia dotyczące nas, tak aby wyparły te związane z nimi.
 Można by powiedzieć, że wybrała mnie tylko dlatego, że nie miała innej opcji. Jednak w głębi serca czuje, że nawet gdyby los postąpił inaczej, ona i tak skończyłaby u mojego boku. Bo gdyby tak się nie stało, aż strach myśleć jak wyglądałby nasz świat. Nie tylko nas jako rodziny, nie tylko mieszkańców dwunastki, ale całego Panem. Dziewczyna, która igrała z ogniem wznieciła pożar, który po wygraniu rebelii powinien zgasnąć; on natomiast jedynie wzmagałby się, przenoszony z miejsca na miejsce przez towarzyszący jej wicher. Świat na pewno nie wyglądałby tak jak dzisiaj. Tego jestem pewien.


                                                                                         
Brak komentarzy:
Miha zaskoczył z dachu zieleniaka pana Burry’ego w największą (i jedyną) kałużę na chodniku.
— Cholera!
Dlaczego Miha skakał z dachu? Ojciec jego byłej dziewczyny – byłej od całych czterech minut, od kiedy wyszedł oknem – nie wyglądał na zadowolonego, gdy zastał Mihę w łóżku ze swoją córką na tworzeniu wyżu demograficznego.
Rudy był pewien podziwu dla siebie, że potrafił ubrać się w tak niesprzyjających warunkach (wkładanie spodni pomiędzy jednym a drugim podskokiem nie zostanie jego ulubioną dziedziną sportu) i uciec z miejsca zbrodni, zanim wściekły ojciec zdołał go dopaść. W duchu dziękował temu, kto zdecydował się na stworzenie schodów pożarowych akurat w tym budynku.
Niestety, o drodze pomiędzy drugim piętrem a ziemią już nie pomyślał i Miha musiał najpierw dostać się na dach sklepu, a później z niego zeskoczyć. A to, że trafił akurat w kałużę, było tylko nieszczęśliwym zrządzeniem losu, które Miha teraz okropnie przeklinał, wytrząsając wodę ze starych, niebieskich Conversów.
— Gówniarzu! — Ojczulek jeszcze nie dał za wygraną i szykował się do pogoni za chłopakiem. Na szczęście, jego zaawansowana ciąża spożywcza nie chciała zmieścić się w ramie okna.
Rudy nie miał najmniejszej ochoty oglądania porażki wroga dłużej niż to było konieczne. Wolał, by jego twarz nie została zbyt dobrze zapamiętana, a jego była nie zdążyła przypomnieć sobie jego nazwiska.
*
Bieganie w mokrych i chlupoczących trampkach nie było niczym przyjemnym, szczególnie kiedy trzeba było przebiec kilka ulic i wejść na ostatnie piętro kamienicy, ponieważ „winda się zepsuła”.
Drzwi nie ustąpiły po naciśnięciu klamki. Klucz też na niewiele się zdał. Podnoszenie drzwi i uderzanie biodrem także. Dopiero porządny kopniak z półobrotu, podpatrzony na zajęciach z karate, pozwolił Miszy wejść do środka.
Wnętrze przedpokoju było ciemne, zawalone butami nieznanego pochodzenia i wypełnione dymem papierosowym, który powoli nie mieścił się już w salonie.
Miha zdjął Conversy na stojąco i otworzył sobie biodrem drzwi po swojej prawej stronie, wchodząc do równie zawalonej, co przedpokój, łazienki. O mało nie poślizgnął się na czyjejś koszulce przy stawianiu butów na kaloryferze. Ściągnął palcami u stóp białe skarpetki, które z bielą nie miały teraz wiele wspólnego, i bosą stopą odgarnął ubrania brata, by dostać się do prysznica.
— Miha! Wróciłeś? — Jakiś głos, dochodzący z salonu, zatrzymał go przed wejściem do kabiny, ale widać było to pytanie retoryczne, bo zanim Miha zdążył odpowiedzieć, dodał: — Mam nadzieję, że przyniosłeś coś do żarcia, bo mam zajebiste gastro!
Rudy zamknął się w łazience na klucz i wszedł pod prysznic, całkowicie ignorując Lukę, jego gastro i wokalistę System of a Down, który właśnie wykrzykiwał refren „Chop Suey”.
*
— Jesteś okropny. To ja czekam na ciebie, przygotowuję wódkę, skręcam jointy, zbieram towarzystwo, staram się jak mogę, a ty co? Przychodzisz spóźniony, w dodatku bez jedzenia i wypraszasz wszystkich. I to z jakiego powodu? Bo przeleciałeś nie tę laskę, co powinieneś. No wielka mi tragedia, naprawdę. — Luka miał to do siebie, że uwielbiał narzekać i zwalać winę na innych, zapominając przy tym, że, na dziewięćdziesiąt procent przypadków, on też jest winny.
Nie żeby tym razem było inaczej. Miha nauczył się już ignorować wyrzuty brata w sposób bezwarunkowy, potakując średnio co siedem sekund. Sprawdzało się to już tak wiele razy, że nawet gdyby kiedyś się nie udało, i tak puściłby to w niepamięć.
Luka dobrze wiedział, że Miha niekoniecznie go słucha, ale znał kilka sposobów na skupienie uwagi brata na sobie.
— Samina dzwoniła — powiedział, podpierając policzek ręką, której łokieć oparł na podłokietniku fotela. — Pytała, czy mamy czas.
— I co jej powiedziałeś? — Rudy poczuł nagłą potrzebę zrobienia czegoś z rękami. Postanowił przeczesać czerwone włosy ręką i spojrzeć w lustro po swojej prawej. I znowu odrosty…
— A co mogłem jej powiedzieć? — Luka wywrócił teatralnie oczami i uśmiechnął się tak, jak uśmiechają się ci, którzy knują coś niedobrego. — „Oczywiście, że mamy, Sammy. Dla ciebie, zawsze”.
— Musiała się wkurzyć. — Miha uśmiechnął się nie bez złośliwości, wyobrażając sobie minę Saminy, którą ktoś nazwał per „Sammy”.
— Proszę cię, Miha. Samina się na mnie nie wkurza, tak? — Specjalnie uniósł przedramię ku górze i pozwolił dłoni spokojnie zawisnąć w „syndromie zwichniętego nadgarstka”. — Ona, co najmniej, szaleje ze wściekłości, by nie powiedzieć, że się wkurwia.
Obaj się zaśmiali. Miha głośno i szczerze, odchylając głowę do tyłu, a Luka zginając się w pół.
*
Luka urodził się czternastego listopada za piętnaście trzecia, gdy na dworze czerwone i złote liście wirowały jak szalone, tworząc małe „tornada” na chodnikach.
Miha, natomiast, urodził się czternastego listopada za osiem trzecia, gdy wiatr przestał wiać, a kolorowe liście opadały powoli ku ziemi, oświetlane przez promienie słoneczne.
Jak to z bliźniakami bywa, znacząca większość ich znajomych, znajomych ich matki, sąsiadów i przypadkowych ludzi nie potrafiła ich rozpoznać i uważała, że chłopcy są identyczni.
Te same brązowe włosy, błękitne oczy, małe, zadarte nosy, okrągłe policzki, krzywe nogi i po dwa piegi na każdym policzku. Tak było do dwunastego roku życia, dopóki w życiu chłopców nie pojawiła się Samina.
— Oni nie są identyczni — mówiła, patrząc nieprzychylnie na każdego, kto chciał podważyć jej słowa. — Mogą być, co najwyżej, podobni. — Wzruszała jednym ramieniem i odrzucała włosy do tyłu. — Luka ma piegi na prawym policzku bliżej oka, a Miha ma jaśniejsze o niecały ton włosy. Do tego Miha ma pełniejsze usta, a Luce robi się dołeczek, jak się uśmiecha. — Gdy to mówiła, pokazywała na twarzach chłopców różnice, łaskocząc Lukę po policzku i czochrając Miszy włosy.
Oczywiście, nigdy nie powiedziała, że Luka ma bardziej krzywe nogi, od stania na zewnętrznej stronie podeszwy, gdy się tłumaczy, a Miha wygląda, jakby cały czas kulił głowę w ramionach.
*
Teraz, gdy mieli już po siedemnaście lat, różnice były widoczne z daleka.
Brązowe włosy Luki były ciemne jak drewno hebanu i asymetrycznie ścięte. Wyglądały zazwyczaj tak, jakby chłopak dopiero co wstał z łóżka i nie mógł znaleźć szczotki. Często tak właśnie było. Cztery piegi wyblakły z biegiem lat, a nos zrobił się prosty i smukły. Dołeczek zmienił się w dwa dołeczki po obydwu stronach ust. Dołączyły do nich jeszcze zmarszczki mimiczne od uśmiechania się. Okrągłe policzki zrobiły się smukłe i zapadły do środka, uwydatniając kości policzkowe. Nogi już nie były krzywe, a długie i przeważnie obute w skórzane buty. Jego sylwetka się wyciągnęła do prawie metra dziewięćdziesięciu, a grono zakochanych w nim dziewczyn, z własnej klasy, rozrosło się do większości szkoły.
Miha był rudy, a raczej szkarłatny, bo jego włosy były wściekle czerwone i krótko ścięte. Miał nawyk zaczesywania ich do tyłu, a że rosły bardziej w stronę czoła niż tyłu głowy, unosił je automatycznie w górę za każdym odgarnięciem. Jego piegi nie wyblakły, jak te brata. Zostały takie jak były – małe i jasno brązowe. Usta były bardziej różowe i wydatne, idealne do całowania. Chodził wyprostowany i nabrał pewności siebie, która dodała mu całe dwa centymetry przewagi nad bratem. Jego garderoba nabrała kolorów, a prym wiodły szarawary w kolorowe plamy, które zrobiła dla niego Samina na piętnaste urodziny.
Jeżeli była jakaś cecha wspólna, która nie zmieniła się u nich od samego początku, była nią miłość do słodyczy. Można by powiedzieć, że obustronna.
*
Samina nie prowadziła legalnych interesów, bo ktoś taki jak ona, pracując na kasie, nie wyżywiłby małego dziecka, które zdominowało jej świat. Tak właściwie, nawet posady kasjerki by nie dostała, ale to całkiem inna historia.
Sammy poznała Mihę i Lukę, gdy błąkali się wieczorem po szemranych ulicach. Para dwunastolatków rzucała się bardziej w oczy niż Lady Gaga w sukience z mięsa, a zdana na łaskę własnych hormonów Sam nie była w stanie przejść obojętnie obok dwóch smutnych i pozostawionych samym sobie chłopców.
Oczywiście, gdy już się dowiedziała, że pokłócili się z ojcem i postanowili w ramach buntu uciec z domu, ostro złoiła im skórę i odprowadziła pod samiutkie drzwi, ale gdy zapukali do jej mieszkania następnego ranka i zapytali, czy mogą zostać, nie umiała im odmówić.
*
Nawet teraz, gdy mały, niespełna pięcioletni Liam, otworzył im drzwi i zaprosił ich do środka, widziała dwie okrągłe buzie z niebieskimi oczami i brązowymi grzywkami.
— Moja najukochańsza Samino... — Luka usiadł obok niej, obejmując ramieniem i robiąc jedną ze swoich seksownych min. Był pewien, że kiedyś się uda i Sam dostrzeże w nim mężczyznę swojego życia.
— Chłopaki, Brief mi mówił, że na drugiej ulicy założono nowy sklep jubilerski. — Kobieta od razy przeszła do rzeczy, odgarniając blond loki z twarzy i przybierając poważna minę, którą miała zawsze, gdy chodziło o interesy. — Nie ma jeszcze kompletnego monitoringu. Waszym zadaniem będzie wybranie się tam i zrobienie rozeznania, jasne? Luka, będziesz udawał młodego, zakochanego chłopaka, który wybiera pierścionek zaręczynowy, a Miha jako twój brat, będzie ci doradzał.
Miha rzucił szybkie spojrzenie Luce, który zacisnął usta w wąską linię, nie dając po sobie poznać, że wolałby, by Samina w końcu zwróciła na niego uwagę niż myślała tylko o pieniądzach. Jednak gdzieś tam za nimi mały Liam bawił się papierowymi samolotami i bliźniacy wiedzieli, że na szczycie piramidy wartości Saminy zawsze będzie ten mały, czarnowłosy dzieciak.
— Nie ma sprawy, Sam. — Luka wzruszył ramionami, uśmiechając się szeroko. Podszedł do Liama i wziął go na ręce, okręcając się z nim, by ukryć smutek.
*
— Ten jest fantastyczny! Ale zaraz... Miha, widzisz ten delikatny grawerunek na tym? Nie, jest zdecydowanie lepszy od tego. Ale mogłaby mi pani pokazać jeszcze tamten złoty?
Luka był mistrzem, jeżeli chodziło o robienie przedstawienia. Przeważnie zajmował się odgrywaniem jakiś dramatycznych poz, przez co został okrzyknięty Królem Dram, ale świetnie odnajdywał się w każdej sytuacji. Tym bardziej, gdy musiał przekonać kobietę.
Ekspedientka była tak zauroczona przystojnym i zakochanym młodzieńcem, że przestałą zwracać uwagę na Mihę, który ukradkiem rozglądał się po sklepie i wyobrażał sobie w głowie zakres pola widzenia kamer. Był śmiesznie mały, bo lewej gabloty, wypełnionej biżuterią religijną, całkiem nie obejmował. Można było wietrzyć podstęp, ale komu było to teraz w głowie, gdy Luka wypowiadał się na temat urody swojej ukochanej: jej blond włosów złocących się w słońcu, głębi jej zielonych oczu, w których można było się zagłębiać godzinami, różanych ustach przeznaczonych do całowania, czy delikatnych dłoniach, które mógłby trzymać w swoich aż do końca świata i jeden dzień dłużej.
Miha zacisnął ręce w pięści, gdy jego bliźniak wypowiadał się na temat urody Saminy, jakby naprawdę chciał kupić jej pierścionek zaręczynowy. Luka nadal nie mógł zrozumieć tego, że kobieta, która raz sparzyła się na związku i była samotną matką, nie była skłonna do szybkiego wchodzenia w nowy.
Dzwoneczek nad drzwiami zabrzęczał wesoło, gdy kolejna osoba weszła do sklepu. Miszy dech zaparło w piersiach, gdy w odpiciu gabloty z Roleksami zauważył twarz swojego ojca. Szczupłą, pociągłą twarz Gary'ego z tak samo niebieskimi oczami jak Mihy i brązowymi włosami, jak jego odrosty.
Luka miał jeszcze kilka sekund udawanej radości, nim poczuł na sobie to zimne i nieprzychylne spojrzenie i nie odwrócił się w jego stronę.
— Luka, Miha. — Gary zwrócił się do synów, chociaż w stronę rudego nawet nie spojrzał, wwiercając swój wzrok w pierworodnego. — Cóż za nieoczekiwane spotkanie. — Podszedł do Luki, przyglądając się pierścionkowi, który chłopak trzymał w rękach. — Piękny. Masz zamiar oświadczyć się sam sobie?
Czarnowłosy odetchnął głęboko, a jego twarz z zaskoczonej powoli zaczęła się zamieniać w maskę bez emocji, którą Gary nakładał każdego ranka przed nałożeniem kremu pod oczy.
— Zamierzam oświadczyć się Saminie, tato. — Zaakcentował ostatnie słowo, odkładając pierścionek na ladę. — Przyjdę kiedy indziej. Chodź, Miha, wychodzimy. Zrobiło się tłoczno. — Minął ojca, trącając go ramieniem i otwierając drzwi tak zamaszyście, że mały dzwoneczek o mało co nie wypadł z zawiasów.
Miha zatrzymał się przy Garym, patrząc mu prosto w oczy przez chwilę. Właściwie, to nigdy nie chciał się znaleźć w takiej sytuacji, gdzie nie mógłby stanąć za Luką, ponieważ robił on coś totalnie głupiego i nieodpowiedzialnego. Oni zrobili razem coś całkiem nieodpowiedniego, wyprowadzając się z domu. Mogli przecież porozmawiać z tym oschłym i nieprzystępnym człowiekiem, który czytał im bajki do snu i uczył jeździć na rowerze. Mogli mu przecież powiedzieć, że źle się czują z tą presją bycie najlepszymi w dziedzinach, których nie cierpią. Że wcale go nie nienawidzą tak, jak powiedzieli, tylko są troszeczkę zawiedzeni jego postawą.
— Pieprz się.
Mogliby, gdyby nie byli tak dumni i pewni siebie. Gdyby nie byli tacy, jak Gary.
*
— Złapią nas. Jak amen w pacierzu, Samina, złapią nas. Czy ty tego, do kurwy nędzy, nie widzisz?! — W panice Luki było coś takiego, że zarażał on nią innych.
Miha już siedział za gablotą i mamrotał pod nosem, trzęsąc się ze strachu. Nie chciał, by tak to się skończyło. Jasne, mógł się bawić w niewinne palenie jointów z bratem, imprezy do rana, ucieczki z domu i wagary, ale tak naprawdę nigdy nie chciał być zatrzymany za napad. Chciał być siatkarzem. Chciał reprezentować swój kraj, wygrywać meczy i wypowiadać się w telewizji. Chciał być gwiazdą, a teraz, z wpisem w papierach, mógł co najwyżej podawać ręczniki.
— Luka, zamknij się. Zamknij się, do jasnej cholery! Wiem o tym, rozumiesz? Wiem-o-tym. Spójrz na Mihę. Spójrz! Jest przestraszony, nie pogarszaj tego. — Sam złapała Lukę mocno za ramię, starając się sprowadzić go na ziemię.
— Jest przestraszony przez ciebie. To twoja wina, dlaczego ja muszę nadstawiać karku dla ciebie. Dlaczego my musimy!? Gdybym cię... cholera jasna! — Luka uderzył z całej siły w pancerną szybę, opierając o nią czoło. — Gdybym cię nie kochał, wszystko byłoby takie proste. Pogodziłbym się w końcu z ojcem, zdałbym do następnej klasy, bawiłbym się teraz moimi młodszymi braćmi, a nie... — Głos mu się załamał.
— Luka. — Samina odwróciła jego twarz w swoją stronę. — Jeżeli naprawdę mnie kochasz, pomóż mi uciec. Nie mogę zostawić Liama samego.
Luka patrzył na napiętą twarz Saminy, zastanawiając się, co widział w niej takiego wspaniałego do tej pory. To była skrzywdzona kobieta, która nie liczyła się z nikim, jeżeli chciała osiągnąć jakiś cel, a on dał się jej złapać na ładne oczy. Wciągnął w to też Mihę i nie mógł sobie teraz tego wybaczyć.
— Prędzej zgniję w piekle, Sammy, niż udam, że obchodzi mnie twój bękart — powiedział, patrząc jej prosto w oczy.
Sam odetchnęła głębiej i nacisnęła spust broni, wycelowanej w brzuch Luki. Miha krzyknął, gdy brat upadł na niego. Szybko skojarzył fakty, gdy zauważył Lukę trzymającego się za krwawiący brzuch i powoli wstającą Sam, która mierzyła do niego z pistoletu. Podjął decyzję w ciągu chwili.
Rzucił się na Sam, przewracając ją na ziemię, po czym przeskoczył przez gablotę, biegnąc do drzwi.
— Pomocy!
*
Gary zastał Mihę śpiącego na krześle przy łóżku swojego brata. Luka leżał blady wśród białej pościeli, a jego czarne włosy przykleiły mu się do czoła. Gary usiadł po jego drugiej stronie, przyglądając się jego twarzy w zamyśleniu.
— Wiedziałem, że przyjdziesz.
Głos Mihy wyrwał go z zamyślenia. Rudy poprawił się na krześle i wyrwał nos rękawem bluzy, przyglądając się bratu. Przez chwilę przygryzał dolną wargę zębami, zbierając się do rozmowy, aż w końcu westchnął głęboki i schował twarz w dłoniach.
— Lekarze mówią, że jego stan jest stabilny i że wyjdzie z tego — poinformował syna Gary. — Wiec przestań płakać w rękach i zejdź mi z oczu. Twoja matka czeka na korytarzu na ciebie.
— Dlaczego mnie tak bardzo nienawidzisz? Co takiego zrobiłem, że nie zasługuję na twoją uwagę? Ani na głupie „jak dobrze, że nic ci nie jest, Miha”?
— Bo poszedłeś za swoim bratem niczym świnia na rzeź, nie przejmując się tym, że kogoś mogło obchodzić to, czy coś się stanie twojej ryżej głowie. Na niego też jestem zły, ale na ciebie bardziej, bo uciekłeś, jakby to było modne, ty głupia, nieszczęśliwa primadonno. Masz szczęście, że policja uwierzyła w twoją łzawą opowieść o tym, jak blondynka, metr sześćdziesiąt w kapeluszu, zaszantażowała dwóch nastolatków i chała ich wrobić w napad. Wspaniała gra aktorska. Naprawdę, brawa. — Gary klasnął kilka razy w dłonie, patrząc prosto na Mihę.
— Nie rozmawiałeś z nami, nie miałeś dla nas czasu. Czuliśmy się odsunięci — zarzucił mu, zaciskając dłonie w pięści.
— Pracuję, Miha. Mam też dwójkę innych, małych dzieci, które mnie potrzebują bardziej niż wy. To właśnie oznacza bycie starszym bratem – ustąpić komuś. Żaden z was tego nie rozumie. Potraficie tylko mówić, co wam się należy, a zapominacie o tym, że powinniście coś dawać też od siebie. Nie będę was niańczył przez całe życie i wiązał wam butów. Musicie kiedyś dorosnąć.
Miha wziął Lukę za rękę, przyglądając się jego twarzy i głaszcząc kciukiem wierzch jego dłoni.
— Chciałem tylko, byś przyszedł na mecz i zobaczył, jak wygrywam. To naprawdę tak wiele? Jeden mecz, gdzie wyłączyłbyś telefon i patrzył tylko na mnie? Wiem, że nie jestem twoim jedynym dzieckiem, ale niczego bardziej nie pragnąłem niż tego, byś zobaczył jeden cholerny mecz. A ty powiedziałeś, że masz spotkanie i że musisz się przygotować, a takich meczy będzie jeszcze wiele. Czasami chciałbym, byśmy wrócili do naszego małego domu na przedmieściach, gdzie bywałeś w nim częściej niż na noc. Nie potrzebujemy tyle pieniędzy. Potrzebujemy ciebie.
Gary patrzył na niego, starając się odszukać na twarzy Mihy czegoś, co wskazywałoby na to, że to kolejna łzawa przemowa, by dojść do obranego celu, ale rudy był jak najbardziej poważny. Gary wyciągnął do niego rękę i złapał jego wolną dłoń, ściskając ją mocno.
— Idź do matki i ją przeproś albo wyjdź stąd i więcej nie pokazuj mi się na oczy.

Miha uśmiechnął się lekko, do ojca, którego kąciki ust uniosły się delikatnie i wyszedł. Gary wysłał wiadomość swojemu szefowi, żeby się pieprzył.
Brak komentarzy:

            Przyznaję bez bicia – nie potrafię się pohamować, kiedy wchodzę do księgarni. Efektem tego jest kupowanie książek, które były tanie/ autorstwa lubianego przeze mnie autora/leżały na półce z kryminałami/miały zachęcający blurb bądź okładkę. Tak naprawdę każda publikacja może stać się moją ofiarą. Potem wychodzę obładowana z księgarni (kto wymyślił te wszystkie typu tania książka?!) i zastanawiam się, po co to kupiłam. Przyjaciółka śmieje się, że kiedy mam na półce dwadzieścia nieprzeczytanych książek to i tak kupię dwudziestą pierwszą. Ma rację!
            Wstęp wziął się stąd, że „Arsène Lupin, dżentelmen włamywacz” pióra Maurice'a Leblanca to książka, która znalazła się u mnie w wyniku podobnej historii. Kosztowała na pewno mniej niż dziesięć złotych, a to dla mnie doskonały argument, żeby utwór (jakikolwiek) przygarnąć. I stała na mojej półce, oj stała. Dwa, może trzy lata. Cieniutka, na góra dwa wieczory, ale mimo to zawsze miałam coś lepszego do czytania. Nawet jeśli po raz sto dwunasty był to Harry Potter (jak słowo daję, chyba tyle razy to czytałam; i pewnie nieraz jeszcze wrócę). Na daną książkę muszę mieć po prostu odpowiedni nastrój. Albo sesję na karku, wtedy szukam sobie zajęć albo cienkich książeczek (po co czytać na zajęcia?).
            Uczucia po lekturze mam mieszane. Arsène jest, jak sam tytuł wskazuje, dżentelmenem włamywaczem. Okrada tylko ludzi bardzo bogatych i nie ma równych w swoim fachu. Nawet z więzienia potrafi zbiec, nie uciekając się do pospolitych metod. Postać bez wątpienia budzi sympatię – w końcu nie robi krzywdy ludziom ledwo wiążącym koniec z końcem, a odbiera tym, którzy mają bardzo wiele. Książka jest zbiorem opowiadań o Lupinie. Z każdej sytuacji bohater wychodzi obronną ręką – czasem jest detektywem, który rozwiązuje sprawę morderstwa (choć, oczywiście, korzyść z tego czerpie jedynie on, nie widzi powodu do informowania policji), innym razem fotografem czy sekretarzem. Ma nieprawdopodobną zdolność do kamuflowania się, niemniej jednak nie zawsze pozostaje nierozpoznany. Bezszelestnie potrafi ukraść praktycznie wszystko, częstokroć oddaje w utworze zegarki zanim okradzeni zorientują się, że je utracili.
            W książce uderzyło mnie podobieństwo do serii o Sherlocku Holmesie. I tu bohater ma przyjaciela, który opisuje jego poczynania. Arsène jest nieprawdopodobnie sprytny i spostrzegawczy, potrafi rozwiązywać skomplikowane zagadki i nie traci zimnej krwi. Od Sherlocka różni go to, że tamten działa dla satysfakcji i uczciwego zarobku, a ten – dla zysku i sławy. Mają wiele cech wspólnych, co znamienne tym bardziej, że w utworze Leblanca ostatnie opowiadanie opowiada o spotkaniu w Herlockiem Sholmesem. I tu mężczyzna jest sławnym detektywem, rozwiązuje zagadkę, którą wcześniej rozwikłał Lupin, ale nie pojmuje włamywacza.
            Podobieństwo do Sherlocka, powtórzę, jest uderzające, przynajmniej dla mnie jako osoby, która zna wszystkie opowiadania o genialnym detektywie. Porównanie wypada niestety na korzyść Conan Doyle’a – choćby ze względu na pisarskie pierwszeństwo. Sam niejako wymusza takie czytelnicze działanie, wplatając do historii Herlocka. Nie nazwałabym tych dwóch bohaterów opozycyjnymi – obaj są geniuszami w tym, co robią, otoczenie nie jest w stanie za nimi nadążyć, tylko cele i moralność ich różnią.

            Książka niezbyt wymagająca, opowiadania mniej pasjonujące niż u Doyle’a, co nie oznacza, że całkiem nieciekawe. Kolejnych części chyba bym nie kupiła, jest wiele pozycji, które bardziej zasługują na zainwestowanie w nie. W mojej subiektywnej opinii oczywiście. Opowiadania z dreszczykiem z powodzeniem nadadzą się na lekturę dla uczniów gimnazjum, starszy czytelnik może po nie sięgnąć raczej w celu odpoczynku dla duszy. Ja cieszę się, że przeczytałam, nie mam poczucia, że wyrzuciłam te kilka złotych w błoto – w końcu słabe książki czyta się po to, żeby móc porównać do nich dobre i poczuć różnicę. 
Brak komentarzy:
Pewnego poranka Marysia obudziła się i zdała sobie sprawę, że zamieniła się w kota.
Oczywiście nie od razu. Najpierw było to tylko przeczucie, podobne do tego, które towarzyszy zostawieniu włączonego piekarnika. Czuła, że leży we własnym łóżku i chciała zrzucić z siebie kołdrę, ale już pierwszemu otwarciu oczu towarzyszyło kilka nieprzyjemnych niespodzianek. Pierwszą był brak kołdry. Drugą – czyjeś stopy znajdujące się kilkanaście centymetrów od jej twarzy. Natomiast trzecią, choć nie ostatnią, stanowił dźwięk, który wydobył się z jej gardła, zamiast wrzasku przerażenia. Przypominał coś pomiędzy skrzekiem a mruczeniem. Potrząsnęła przy tym głową tak energicznie, że uderzyła w krawędź łóżka. W oczach stanęły jej gwiazdy, a gdy z powrotem mogła wyraźnie widzieć z ulgą stwierdziła, że stopy zniknęły. Uznała je więc za sen i, pomna problemów z gardłem, postanowiła przetrząsnąć apteczkę w poszukiwaniu odpowiedniego środka. W końcu ostatnie, czego potrzebowała, to rozchorować się w dniu egzaminu. Wyciągnęła rękę i spróbowała odsunąć pościel sprzed twarzy. Właśnie wtedy zrozumiała, skąd wzięło się to dziwne uczucie.
Ręka, choć Marysia miała nad nią całkowitą władzę, była kilka razy za mała i ani myślała urosnąć do właściwego rozmiaru. Była również zdecydowanie zbyt umięśniona i pokryta czarnym futerkiem o srebrnym połysku. Zakańczała ją nie dłoń, lecz niewielka łapka z miękkimi poduszeczkami uzbrojona w komplet ostrych jak igły, teraz schowanych, pazurków. Jakimś cudem wiedziała o tych pazurkach, wiedziała jak wyglądają i jakie to uczucie rozdzierać coś nimi na strzępy. Nie spodobało jej się to.
W tym momencie stopy pojawiły się ponownie, tym razem prawie strącając ją z łóżka. Nie wydała z siebie żadnego dźwięku, lecz wyskoczyła w górę i z grację, o jaką by siebie nie podejrzewała, opadła na ziemię. Wylądowała na czworaka oko w oko z olbrzymim kotem. Zwierzak był tego samego wzrostu co dziewczyna i patrzył się na nią z bardzo głupią miną. Zaczęła powoli się cofać, kto tak samo. Oboje przeszli po kilkanaście kroków po czym wpadli na niebieskie szafki pomalowane w kwiatki. Kiedy poczuła, jak własny ogon obija jej się o nogi zrozumiała, że to co widzi, jest odbiciem lustrzanym. Z przerażeniem zaczęła oglądać swoje ciało, wrzeszcząc przy tym po kociemu, prychając i warcząc. Jej ludzkie kształty zniknęły, zamieniając się w cztery łapy, wyprężony grzbiet, duże, szare oczy i długi ogon. Rzuciła się w stronę lustra, chcąc dokładnie zobaczyć wszystkie, choćby najdrobniejsze szczegóły. Po drodze przewróciła leżący na podłodze plecak, robiąc mnóstwo hałasu.
— Spokojnie, Daisy — powiedział ktoś, kogo nie widziała, zatrzymała się odruchowo, bardziej ze zdziwienia niż z posłuszeństwa.
Tajemniczy ktoś podniósł się z łóżka i podszedł do oniemiałej Marysi-kotki. Okazał się być… Marysią. Dziewczyna, która podeszła do stojącej na podłodze kotki wyglądała jak Marysia, gdy ta jeszcze była człowiekiem, miała identyczny ton głosu a nawet sposób mówienia. W dodatku spała w pokoju Marysi, a właściwie swoim własnym. Jedyną różnicą było to, że Marysia-kot jako człowiek nie miała żadnych zwierząt.
Dziewczyna pochyliła się nad kocurem mamrocząc:
— Cześć, Daisy! Nie rozumiem, dlaczego musisz wariować każdego, każdego poranka. Przyzwyczaiłabyś się do mnie wreszcie. Ale — zerknęła na zegarek — dzięki, że mnie obudziłaś. Ostatnie czego potrzebuję to spóźnić się na egzamin!
Zgarnęła zaskoczoną Marysię-Daisy na ręce i pobiegła do łazienki.
Chwilę później kotka siedziała na łazienkowym parapecie i patrzyła jak jej ludzkie wcielenie rozczesuje sobie włosy.
„Muszę się stąd wydostać, muszę się stąd wydostać” – tłukło jej się po głowie. Bycie kotem na szczęście nie przeszkadzało jej w myśleniu, ale osobliwa sytuacja i tak wytrąciła ją z równowagi. Chyba nigdy w życiu się aż tak nie bała. Chciała wrócić do swojego ciała. Mimo, że potrafiła swobodnie się poruszać, patrzenie na samą siebie podczas porannej toalety uwierało Daisy-Marysię niczym kamień w bucie. Nie mogła się skupić i przy pierwszej okazji, jaka się nadarzyła wybiegła przez drzwi z powrotem do pokoju. Stawiała łapki intuicyjnie i udało jej się nie przewrócić. Nie wiedziała, co zrobić z ogonem. Czy powinna go trzymać w górze, czy może opuścić? Albo machać na boki, jakby była psem? Gdy tylko przestała się nad tym zastanawiać, przybrała naturalną, kocią postawę, jakby robiła to od zawsze. Wpadła do pokoju i odruchowo chciała rzucić się na łóżko, co poskutkowało uderzeniem czubkiem głowy o jego kant. Miauknęła z niezadowoleniem i nastroszyła ogon.
Dlaczego to zrobiła? Przecież to kocia reakcja a ona była tylko człowiekiem w ciele kota. A może tak jej się jedynie wydawało? Może w rzeczywistości była kotem z umysłem człowieka. Musiała zadać sobie pytanie: czym była najpierw – kotem, czy człowiekiem? Pamiętała swoje ludzkie życie, ale pamięć ta należy do umysłu. A jej ciało wyraźnie posiada kocie nawyki, które musiało kiedyś nabyć. Więc albo najpierw była kotem, a dopiero później jej umysł zmienił się w umysł ludzki, albo przeniosła swój umysł do ciała wcześniej żyjącego kota. W pierwszym wypadku powinna pozostać w tej postaci i usiłować odzyskać zwierzęce wspomnienia. Jeśli jednak prawdziwa jest opcja druga, to z jej poprzednim ciałem musiało się coś stać. Można by pomyśleć, że jej umysł został skopiowany z ciała Marysi do ciała kota i teraz istnieje w dwóch egzemplarzach. Zakładając, że podczas procesu podwajania umysłu nie zostało sklonowane żadne ciało, z umysłem kota coś się musiało stać. Prawdopodobnie został po prostu usunięty, bądź też stłumiony. Usunięty – prawdopodobnie nie powróci. Stłumiony – powinna walczyć o jego odzyskanie. Pomijając jednak kwestię kota. Z tego co dotychczas wywnioskowała jej umysł, dusza, byt wewnętrzny istniał podwójnie, jednak ciało było tylko jedno. Chcąc do niego powrócić musiałaby wpierw zabić, albo w inny sposób usunąć swe, niczego nie świadome alter ego. Wydało jej się to bardzo nieuczciwe. Ponieważ nie mogła żyć jako kot w przeciwnym wypadku jej, to jest Marysi-Daisy, śmierć byłaby nieunikniona. Ta opcja nie przypadła jej do gustu. Ponieważ nie mają żadnego młodego, damskiego ciała na zbyciu, a wizyta w szpitalu jest nierealna, nie było możliwości by istniały obie. W położeniu, w jakim się znajdowały, nie były w stanie choćby się sobie przedstawić, a co dopiero wyjaśnić sytuację i ułożyć plan działania. Czy była możliwość połączenia ich umysłów w jedną, spójną całość. Którą Marysią by wtedy były, a która musiałaby zginąć. A może umarłby obie, wspólnie oddając życie za stworzenie zupełnie nowej bliźniaczki.
Każda z tych opcji oznaczała czyjąś śmierć. Czy powinna w takim razie zostawić sprawy swojemu biegowi, zakładając, że za cały bałagan odpowiada jakaś tajemnicza siła wyższa, której nie sposób się przeciwstawić? Z drugiej strony, jeśli mogła sobie pomóc, głupotą byłoby nie spróbować. Ale najpierw musiała poznać swój nowy umysł i swoje nowe ciało jak najbardziej dogłębnie. Wierzyła, że dzięki temu uda jej się lepiej zrozumieć sytuację.
Marysia, ta ludzka, z rozwichrzonymi włosami i plamą ketchupu na spodniach wpadła do pokoju, chwyciła plecak, sweter, buty i  już jej nie było.
Daisy-Marysia wyjrzała przez okno, chcąc upewnić się, że tamta druga ona już odeszła. Później przeszła się parokrotnie po sypialni i udało jej się stwierdzić, że ciało działa odpowiednio, gdy tylko nie skupia się na każdym swoim ruchu. Wzrok i słuch były w doskonałym stanie, choć gdy próbowała przeczytać litery na grzbietach książek widziała tylko niezrozumiałe znaczki. Podobnie przedstawiał się kalendarz oraz wskazówki zegara. Klawiatura stojącego w kącie komputera była kilkoma rzędami nieregularnych wypukłości oznaczonych białymi maźnięciami.
Skąd się to wzięło? Jako człowiek używała komputera, kalendarza i zegara, czytała wiele książek i doskonale pamiętała to wszystko. Wiedziała już, że jej koci wzrok nie stanowi problemu, tak samo jak umysł. To, że zmieniły się cyfry i litery, było mało prawdopodobne, gdyż cała reszta świata znajdowała się na swoim miejscu. Język również pozostał ten sam – rozumiała wypowiedzi tej drugiej Marysi. Jednym wnioskiem, który nasunął jej się po dłuższej chwili rozmyślań było to, że najwidoczniej nie umie czytać, ani liczyć, ani posługiwać się kalendarzem. Ale przecież się uczyła!
Czy takie umiejętności należą do umysłu, czy też może do ciała? Zdawałoby się, że do umysłu, lecz przecież ten umysł był nie zwierzęcy, tylko ludzki. W takim razie musiało to zależeć od ciała. Ale jak?
Pytań było zbyt dużo i na żadne z nich nie umiała sobie odpowiedzieć. Wszystkie jej rozważania były czysto teoretyczne, jako kot Marysia-Daisy nie dysponowała odpowiednimi środkami by którąkolwiek z hipotez potwierdzić lub obalić. Ta druga, ludzka Marysia istniała nadal, jej drugie ja uwięziono w ciele kota, ale przecież nikt się nie domyśli. Nikomu nie zapisze informacji, używając swoich kocich łapek. Była całkowicie bezsilna. Mogła miauczeć i krzyczeć – nikt nie zrozumie. Zaprowadzi ją to, w najlepszym razie do zwierzęcego psychiatry, a w najgorszym do uśpienia.
Uznała, że musi się poddać. Spokojnie, powoli przywyknąć do kociego życia. Być już po prostu Daisy, choćby nie wiadomo jak ciężko było jej się pogodzić ze zwierzęcą postaci. Taką już podjęła decyzję.
Zwinęła się w kłębek na poduszce i zasnęła, wdychając zapach, który zwykł towarzyszyć jej przez cały czas gdy była jeszcze prawdziwą, ludzką sobą.
***

— Obawiam się, że nie mogę pomóc pani kotu. Choćbym nie wiem jak się starał zwierzę każdej nocy będzie zapominać, co działo się dnia poprzedniego. Trzeba po prostu zostawić je w spokoju.
***

Następnego poranka Marysia obudziła się i zdała sobie sprawę, że zamieniła się w kota.
Brak komentarzy:

            Na skraju pola, ledwo majaczące na horyzoncie zasnutym z lekka mgłą, stało pochylone drzewo. Była to wierzba o długich, poskręcanych gałęziach pokrytych zbrązowiałymi liśćmi. Na sękatej korze potworzyły się wymyślne esy-floresy, układające się we wzór przypominający pomarszczoną twarz.
Zła sława krążyła o drzewie. Z jednej z wierzbowych witek zwisał bowiem kawałek grubego sznura, niegdyś tworzącego pętlę. W dodatku dziwnym zwyczajem miejsce to upodobały sobie kruki i siadały na pozbawionych soku gałęziach. Ich przeraźliwe krakanie niosło się echem po całym polu.
Drzewo to, tę ponurą i samotną wierzbę, nazywano Drzewem Samobójców. Mówiono, że straciło na nim życie tyle osób, że już nikt nie był w stanie zliczyć. Nikt też nie ośmielał się zapuszczać na pole. Panującej aury grozy i strachu nie rozpraszały nawet promienie słońca, niemogące przebić miękkiej mgły.
Mówiono jeszcze, że za dnia słychać było czasem przenikliwe, niepokojące krzyki. Inni twierdzili, że płakało dziecko, lecz wiele osób zbywało plotkę wzruszeniem ramion, uważając, że stanowiła ona jedynie wytwór wybujałej wyobraźni i ludzkiego strachu. Faktem jednak pozostawało, że w polnej ziemi leżały kości wielu dzieci i niemowląt. Nikt już jednak nie pamiętał, co się takiego przed latami wydarzyło. Wszyscy, którzy mogli coś wiedzieć, zmarli – czy to śmiercią naturalną, czy z różnych losowych przyczyn, nierzadko jednak na tyle niepokojących, by odstraszyć śmiałków, żądnych dreszczyku emocji chłopców.
Ktoś jednak ośmielił się zakłócić martwą ciszę panującą na polu – młody chłopak o brązowych, gęstych włosach. Założył się z kolegami, że wejdzie na wilgotną, grząską ziemię i dotknie pnia Drzewa Samobójców.
Szybko jednak przyszło mu pożałować swej brawury.
Aura milczenia zalegająca na tym płachetku ziemi dusiła go. Drżące echo własnych kroków rozlegało się zwielokrotnione w jego głowie. zimna mgła oddzielająca pole od świata osiadła na jego włosach, sprawiając, że czuł się bardzo nieswojo. Rozglądał się niespokojnie, wyczekując niebezpieczeństwa. Ono jednak nie nadeszło, co wydało się chłopakowi bardzo podejrzane.
Krakanie wron zapowiedziało widok, który ukazał się jego oczom chwilę później.
Zobaczył drzewo.
Drzewo Samobójców.
Wpatrzył się w nie urzeczony. Choć na pozór zwyczajne, kryło w sobie piękno. Majestat. Siłę. Jak w transie podszedł bliżej, by dotknąć wierzbowej kory. Była szorstka, pokryta siateczką zmarszczek. Przepiękne, samotne drzewo. Poczuł, że nie chce już więcej tracić jej z oczu. Chciał zostać tutaj na zawsze. Na zawsze. Zawsze.
Po umorusanej twarzy chłopca płynęły łzy, tworząc dwie smugi na jego policzkach, gdy trzęsącymi się rękami sięgał po gruby powróz wiszący na jednej z gałęzi. Musiał stanąć na palcach, żeby wsunąć głowę w pętlę sznura.
Wrony krakały przeraźliwie
– Wreszcie będę wolny! – wykrzyknął chłopiec w pustkę pola, czując narastający ucisk w piersi.
Echo powtórzyło zaraz po nim:
– Wolny! Wolny! Wolny!
            Dławiąc się krzykiem i płaczem, zamknął oczy i uniósł nogi. Pętla zacisnęła się wokół jego szyi, z wolna pozbawiając tchu. Resztką sił rozpaczliwie walczył o oddech.
            Gęsta mgła opadła z powrotem na pole, osłaniając Drzewo wraz z wiszącym na nim kolejnym ciałem przed oczami ciekawskich.


3 komentarze:

Witajcie!

Mam nadzieję, że kazdy z Was znajdzie chwilę, by jeszcze w ostatnim miesiącu wziąć udział w naszym Piszę, bo lubię.  Punktacja podlicza się powoli i nic jeszcze nie zostało przesądzone, dlatego zawsze warto na sam koniec zawalczyć jeszcze raz!

Dziękuję za wszystkie prace listopadowe, zostały one już wszystkie opublikowane.
Możecie czytać je tutaj: Katja, Agnes May, Lady House, Q, Niah, Summer-Sky, Imloth, Leksa.
Łącznie - osiem tekstów, a każdy zupełnie inny.

Pozdrawiam i powodzenia w tym ostatnim miesiącu Piszę, bo lubię 2013.

Asetej
Brak komentarzy:
            Szklanka, szklanka, gdzie jest ta cholerna szklanka z wodą?! Przecież stała tu, na stoliku. Przynajmniej kilka godzin temu jeszcze tam była. Równie dobrze mogła zlecieć... Nie, spokojnie. Jest tutaj.
            Drżącymi rękami chwyciła szklankę i jednym haustem wypiła całą zawartość, czując szybkie i mocne uderzenia serca w klatce piersiowej. Znowu przyspieszyło jej tętno. Koszulka przykleiła się do ciała, musiała się nieźle spocić w czasie snu.
Wytarła strużkę, która pociekła po brodzie, dopiero teraz powracając do przytomności. Wzrok powoli przyzwyczajał się do ciemności panujących w pokoju. Rozróżniała już poszczególne meble i stojące na nich bibeloty. Oczy nie rejestrowały kolorów, jak to w świetle dnia, lecz jedynie odcienie czerni, bieli i szarości. To jednak wystarczało w zupełności, żeby cokolwiek dostrzec i się nie zabić podczas nocnych wędrówek z pokoju do łazienki i z powrotem.
            Koszmar. Znowu śnił jej się koszmar. Pewnie dlatego, że za długo zasiedziała się w grze, ponieważ monstra, które zabijała w wirtualnej rzeczywistości, zaczęły przedostawać się do jej snów. Wyglądały dokładnie tak samo, jak wtedy, w grze, odtworzone z równą dokładnością i ze wszystkimi szczegółami. Jednak była jedna różnica: w snach nie panowała nad swoim ciałem. Musiała jedynie wykonywać polecenia. Jednak przeżywanie tego samego po raz drugi nie należało do najprzyjemniejszych doświadczeń, zwłaszcza że tym razem zabijanie czy odnoszenie ran bolało dużo bardziej. W grze poziom odczuwania bólu został zmniejszony do zera, nie czuło się tam zupełnie niczego. W snach, nie, w koszmarach – odczuwało się wszystko, choć uderzenia nie były realne.
            Uniosła głowę i spojrzała na wyświetlacz cyfrowego zegarka stojącego na biurku. Trzecia w nocy. Wszyscy domownicy śpią, ona sama jednak nie miała zamiaru kłaść się z powrotem. Nie chciała wracać w świat koszmarów, wiedziała, że nic dobrego już jej tam nie spotka i z całą pewnością przyśni jej się to samo. Wzdrygnęła się.
            Odrzuciła kołdrę i wstała. Jak natrętny owad powróciły do niej słowa prezenterki w dzisiejszych wiadomościach. Uzależnienie postępuje. Coraz więcej osób przestaje istnieć w realu i zostaje uwięzionym w świecie wirtualnym.
            Wtedy, rano, jeszcze to do niej nie dotarło. Nie rozumiała za dobrze znaczenia wiadomości dla niej samej, a przecież jej też dotyczyła. Nie sądziła, że tak dobrze zapamięta kilka nic nieznaczących zdań, że tak bardzo wbiją się w jej świadomość. Potem zaczęła się zastanawiać.
            Przez całe przedpołudnie siedziała przy laptopie i szukała jakichkolwiek informacji. Rozpaczliwie pragnęła informacji, ponieważ niechciana myśl zaczęła kiełkować w jej mózgu. Że ona sama też jest uzależniona.
            Wtedy zrozumiała wszystko, lecz i zdobyta wiedza nie napełniła jej zbytnim optymizmem. Wyglądało na to, że osoby spędzające w światach gier więcej niż cztery godziny na dobę, niepotrafiące myśleć o niczym innym, jak tylko o grze, i czujące się nieswojo, gdy przynajmniej raz dziennie nie zagrają co najmniej kilka godzin, nazwano Uzależnionymi. Osoby te nawet nie zauważały, kiedy gry odbierały im totalnie wszystko, kiedy stopniowo zmieniały rzeczywistość i zamykały w złotej klatce z pixeli. Gracze zatracali kontakt z realem. Przestawali cokolwiek wokół siebie zauważać. Żyli tak, jakby byli w grze. W samym społeczeństwie powoli zaczynała pojawiać się panika. Nikt nie wiedział, dlaczego tak się dzieje, nikt nie umiał przewidzieć skutków. A, co najważniejsze, nikt nie umiał temu zapobiegać i leczyć. Oczywiście, trafiło się kilka przypadków osób, które wróciły do normalności po długim pobycie w komputerowych światach. Wszyscy nieodmiennie opowiadali, że jedynym warunkiem powrotu jest przejście całej gry... i przeżycie. Jednak jak na razie niewielu zdołało tego dokonać. Bardzo niewielu. Takich szczęściarzy można by zliczyć na palcach jednej ręki. Pozostali... tkwili tam.
            Wzięła szklankę i ruszyła w podróż do kuchni, ostrożnie wymijając wszystkie zagradzające drogę sprzęty i meble. Wciąż jej się chciało pić. Na szczęście spała na parterze, gdzie mieściła się również kuchnia, a pozostała część rodziny miała pokoje na piętrze. To znacznie ułatwiało sprawę.
            Jeszcze chwilę przed pójściem spać przeglądała swoje wydrukowane notatki. Wyglądało na to, że kolejną rzeczą wzbudzającą niepokój i społeczeństwa, i władz, jest to, że niektórzy gracze umierali. Tak po prostu, jakby dostali nagłego zawału serca albo umarli śmiercią naturalną – we śnie. Jak wyjaśnili ci, którzy przeszli cały proces – umierali w grze, czy to zabici przez potwora, czy polegli w walce z innymi graczami. Życie było tylko jedno. Tak jak w realu.
            Nalała znowu wody do szklanki, tym razem już jednak piła powoli. Nigdzie jej się nie spieszyło. Miała czas. Usiadła na blacie kuchennym i sięgnęła po brzoskwinię leżącą obok w misce wraz z innymi owocami. Podrzucała ją przez chwilę do góry, zanim zdecydowała się na zjedzenie jej.
            Na podstawie relacji osób, które przeżyły, naukowcy podzielili cały ten koszmar na kilka faz, bardzo łatwo zresztą rozpoznawalnych. Pierwszy etap to było, oczywiście, wciągnięcie się w jakąś grę. Dowolną, dostępną na rynku. Zaczynają się wtedy dyskusje ze znajomymi – o tym, ilu wrogów się zabiło, jakie itemy zdobyło i jak przejść kolejną sekwencję. To jeszcze nie jest uzależnienie przez duże „U”. Jednakże obsesyjne myśli o grze, myślenie o niej dzień i noc, niemożliwość skupienia się na niczym poza światem wirtualnym właśnie zaliczano już do symptomów drugiej fazy. Fazy, w której gra powoli zaczynała wkraczać w rzeczywistość, najpierw przejmując kontrolę nad snami. Zaczynały się koszmary będące doskonałym odzwierciedleniem tego, co robił gracz. Wszystko jest identyczne i przerażająco realne.
            Wymachiwała nogami w powietrzu, wciąż czując działanie adrenaliny. Bała się. Czuła strach od momentu, w którym zrozumiała, że została wciągnięta w drugą fazę. Kolejne stały się już tylko nieuchronnością. Nie czuła się już bezpiecznie we własnym domu, we własnym pokoju. Zawsze myślała, że gry to gry – posiedzisz w wykreowanym przez twórców świecie z godzinkę, dwie, czasem może dłużej, jeżeli cię szczególnie wciągnie fabuła, możesz w każdej chwili się wylogować, zatrzymać grę, zapisać, wyłączyć komputer i po paru minutach zapomnieć, że jeszcze parę minut temu siekałeś strażników na drobne kawałeczki. Ot, rozrywka, nic więcej. Nie czujesz bólu, jedynie poruszasz wybraną postacią, idziesz według wskazówek... Teraz jednak okazywało się, że to nie wszystko. Że świat gier jest niebezpieczniejszy niż się na początku wydawało. Że tak naprawdę stawką w grze... jest własne życie. Własne przetrwanie.
            Trzecia faza następuje zwykle płynnie po drugiej, właściwie to jest z nią powiązana. Gracz już sam wtedy nie wie, że coś się zaczyna zmieniać, ponieważ przebudowa otoczenia następuje stopniowo. Powoli, powolutku zostaje przeniesiony do wirtualnej rzeczywistości, do jednej gry. Gry, która staje się nowym realem.
            Gry nazywanej Labiryntem.
            Czuła, jak szybko bije jej serce. Nasłuchiwała, spodziewając się, że w każdej chwili z ciemności wyskoczą potwory, a ona nie będzie miała nawet jak ich zabić. Chyba że nożem kuchennym.
            Otworzyła szufladę i na wszelki wypadek wyjęła jeden ze znajdujących się tam noży. Wiedziała, że popada w paranoję, ale zgodnie z tym co przeczytała, mogła się nawet nie zorientować, że już jest w grze. Mogła zginąć. Proszę, niech to wszystko okaże się koszmarnym snem!
            Pestka zjedzonej brzoskwini wylądowała w zlewie, gdy zeskakiwała z blatu, dzierżąc w jednej ręce rękojeść zwróconą ostrzem do dołu. Trzęsła się.
            Głupia, przestań panikować! Nic ci nie grozi. Za dużo naczytałaś się wiadomości i teraz zaczynasz popadać w paranoję. Naprawdę przesadzasz. Wracaj grzecznie do ciepłego łóżeczka i zapomnij o wszystkim. Tak będzie dla ciebie najlepiej. Nie denerwuj się już tak, pobudzisz wszystkich. Odłóż ten nóż... Tak, na stół. Powoli. Grzeczna dziewczynka. Teraz wracaj do siebie. Najlepiej zaklucz się i śpij do południa.
            Ciszę rozdarł nagle przeciągły krzyk dobiegający chyba z pierwszego piętra. Momentalnie zamarła, rozglądając się czujnie i próbując coś dostrzec na schodach. Sama nawet nie wiedziała, kiedy w jej dłoni pojawił się odłożony wcześniej na stół nóż. Czuła, jak mocno wali jej serce. Drżała. Wytężała słuch, czekając na wszelkie oznaki zbliżającego się niebezpieczeństwa. W razie czego była również przygotowana na ucieczkę do bezpiecznych pieleszy pokoju.
            Gdy po dłuższej chwili nic więcej się nie wydarzyło, zdecydowała, że nie będzie tak wiecznie sterczeć. Wciąż zmrożona do szpiku kości przenikliwym krzykiem wyjrzała na korytarz. Nie dostrzegła niczego podejrzanego, więc zaczęła się powoli wycofywać, trzymając przed sobą nóż w geście obronnym. Miała pecha, że jej pokój mieścił się na samym końcu korytarza, spory kawałek od schodów. W końcu jednak poczuła, że jej plecy ocierają się o drzwi. Sięgnęła za siebie ręką, próbując po omacku odnaleźć klamkę. Kiedy wreszcie się jej to udało, nacisnęła ją powoli, nie chcąc tworzyć niepotrzebnego hałasu, jednakże do pokoju wskoczyła już jednym susem, gnana paniką. Zatrzasnęła za sobą drzwi, już się nie przejmując tym, że wszystkich pobudzi, i błyskawicznie przekręciła tkwiący w zamku klucz.
            Dopiero wtedy mogła sobie pozwolić na odprężenie się i rozluźnienie mięśni. Usiadła na podłodze, pod drzwiami, wciąż ciężko oddychając, jakby przebiegła co najmniej maraton. Wypuściła nóż z ręki i zapatrzyła się w nieokreślony punkt przed sobą.

            Obudziła się dwie minuty przed ustawioną godziną alarmu budzika. Przetarła zaspane oczy, jeszcze nie do końca przytomna. Sprawdziła szybko godzinę – szósta trzydzieści – spokojnie zdąży. Z ulgą opadła z powrotem na poduszki, przypominając sobie wydarzenia z poprzedniej nocy. Najpierw koszmar, potem eskapada do kuchni po szklankę wody... Krzyk. Błysk noża w dłoni. Barykadowanie się w pokoju. Nie, to był tylko sen, bardzo realistyczny, ale jednak tylko sen. Po prostu jej się to przyśniło, nic więcej, uznała. Przecież niemożliwe, żeby nocne wyczyny okazały się prawdą, jeszcze przecież nie oszalała! Jedynym racjonalnym wyjaśnieniem jest właśnie sen. Stanowczo za długo zasiedziała się w grze i przez to nawiedził ją w nocy koszmar. Tak, na pewno. Widocznie spanikowała, coś wzbudziło wczoraj jej niepokój, a umysł dorobił do tego przerażającą wizję. Innego wytłumaczenia nie ma.

            Uspokojona tą myślą wstała z łóżka i zabrawszy uszykowane dzień wcześniej, pozostawione na oparciu krzesła ubrania, udała się do łazienki, nie zwróciwszy zbytniej uwagi na leżący na szafce nóż kuchenny, od którego ostrza odbijało się wpadające do pokoju światło słoneczne.
Brak komentarzy:
        Pisanie listów nigdy nie było jej specjalnością. Wolała rozmowy twarzą w twarz. Wtedy nic nie trzeba dodatkowo tłumaczyć. Mówisz, a emocje są widoczne. Kiedy piszesz, musisz zamieniać w słowa wszystko, każdy szczegół. Oprócz samej treści opisujesz to, jak się czujesz, jakie towarzyszą ci emocje, co robisz w danej chwili, jaką masz minę. Każdy najdrobniejszy gest ma znaczenie, chociaż w bezpośredniej rozmowie wydaje się nieistotny. Odbiorca niczego się nie domyśli, więc jeżeli zależy ci na prawdziwości, konieczna jest drobiazgowość.
        Ona dopiero uczyła się tej sztuki. Metodą prób i błędów przelewała swoje myśli, emocje i gesty na papier, a ponieważ z żadnego swojego dzieła nie była wystarczająco zadowolona, wszystkie kończyły tak samo – zamienione w popiół. Ale w obecnej sytuacji pisanie listów było jedynym, co mogła zrobić.
        „Dziś wcześniej wróciłam z pracy. Cicho otworzyłam drzwi i weszłam do środka na paluszkach, żeby nie przeszkadzać Ci w pracy. Dopiero gdy zdejmowałam buty, dotarło do mnie, że Cię nie ma. A uświadomiłam to sobie tylko dlatego, że do moich uszu nie dotarły dźwięki starej maszyny do pisania. Wciąż nie rozumiem, dlaczego nie używałeś komputera. Przez to musiałeś przepisywać jedną stronę dziesiątki razy, zanim dopracowałeś ją do perfekcji. Będę musiała zadowolić się Twoim „To taka magia”, chociaż nie do końca rozumiem. Teraz nie ma magii. Jest za to cisza. Cisza tak głośna, że aż dzwoni w uszach.”
        Była zwyczajną dziewczyną. Miała zwykłe, niezbyt duże mieszkanie i stałą pracę na etacie, chociaż pensja ledwo starczała do końca miesiąca. Cieszyła się z tego wszystkiego: rutyny, stabilności, spokoju. Uważała, że potrafi to wszystko docenić, bo ma sny, w których jedynym co posiada, jest stary, dziurawy koc i miejsce na parkowej ławce. Zawsze budziła się zlana zimnym potem, przerażona. Nie mogła dojść do siebie cały następny dzień. Była tak samo roztrzęsiona za każdym razem. Przechodziły ją ciarki na samo wspomnienie zimnych, listopadowych nocy.
        „Znów mi się śniło. Wiesz, to co zawsze, kiedy budzę się z niemym krzykiem na ustach. Zawsze tuliłeś mnie w swoich ramionach całymi godzinami, zanim udawało mi się ponownie uspokoić i zasnąć. Tym razem było jeszcze gorzej – zimniej, tak całkiem nie do zniesienia. Przenikliwie, kłujące zimno, że aż drętwiały wszystkie kończyny. Z tego zimna nawet twarz drętwiała i traciła swój wyraz. Brakowało mi Twoich ramion, Twojej patrzącej ze zmartwieniem twarzy na poduszce obok. Nie miał kto pocieszająco głaskać mnie po włosach, gdy zalewałam się strumieniami łez. I czułam taką straszną pustkę, wszechogarniającą, jakby miała się nigdy nie skończyć. I ta pustka była wszędzie: w naszej sypialni, w salonie, w kuchni. Nawet w łazience się ta pustka zagnieździła i nijak nie chce opuścić naszego mieszkania. Już niedługo przejmie kontrolę nad całym moim życiem. Nie wiem, co robić.”
        Całymi dniami szukała sobie zajęcia, towarzystwa. Ale to nie było proste. Kino, kawa z przyjaciółką, wyjście do teatru. To wszystko zajmuje jej czas, ale ostatecznie każdego dnia musiała wrócić do domu i zmierzyć się z rzeczywistością. Uciekała od tego miejsca i wspomnień jak tylko się dało, ale nie mogła uciec od siebie samej. Wszystko, co jej się przytrafiło, co razem przeszli i z czym w końcu została sama, dręczyło ją każdego dnia. Nie była gotowa, by budować wszystko od nowa.
„Nasz dom stał się dziwnie nieprzyjazny. Zupełnie jak stare, opuszczone zamczysko – z historią, ale bez duszy. Nasze mieszkanie też ma swoje historie, ale nie jest już domem. Nie jest nim dla Ciebie, a dla mnie to tylko wspomnienie po domu i świecie, jaki razem stworzyliśmy. Dlatego nie lubię tam przebywać. Czuję tam tylko smutek, żal, tęsknotę i rozczarowanie. Czasem z tych wszystkich emocji zaciskam pięści tak mocno, że paznokciami ranię sobie dłonie. I wtedy zdaję sobie sprawę, że będę musiała opatrzyć je sama. Brakuje mi Twojego ciepłego, niskiego głosu, który potrafił ukoić moje nerwy, rozładować napięcie. I Twojej gry na pianinie. Zawsze wiedziałeś, jaką melodię zagrać, żebyśmy oboje czuli się dobrze. Wprowadzałeś tyle ciepła, spokoju i piękna w moje życie. Nawet pod koniec, gdy choroba odbierała Ci ostatki sił, pocieszałeś mnie i sprawiałeś, że było nam razem cudownie. Teraz nikt nie gra i nie mówi do mnie takim ciepłym głosem. Jest cicho i smutno, że aż mdli. Nie wiem, czy to się kiedyś skończy.”
Siadywała na ławce w parku częściej niż w miękkim fotelu w salonie. Robiła tak dlatego, że patrzenie na wszystko, co znajdowało się w domu, łamało jej serce. Zegar z kukułką wiszący w holu dostała od niego z okazji awansu. Przypominał ten, który pamiętała z domu babci. Zawsze o takim marzyła. Komplet filiżanek dostali od znajomych, gdy przeprowadzili się do wspólnego mieszkania. Pili w nich czerwoną herbatę z granatem w każdą niedzielę, kiedy oglądali razem filmy. Nawet tapety w sypialni przypominały jej wspólny remont, podczas którego tak cudownie się bawili, kreując wnętrza, w których chcieli zostać na zawsze. Te wszystkie wspomnienia bolały, bo jego już nie było, a ich „zawsze” pozostało tylko dla niej. Dzielenie wieczności z samotnością nie było przyjemne.
„Znów uciekam z domu. Czuję się jak zbuntowana nastolatka. Różnica jest taka, że nie uciekam przed matką, ale przed samą sobą, a problemy są nieporównywalnie poważniejsze. A może raczej były, bo teraz tych problemów już nie ma, a została po nich wielka czarna dziura. Przychodzę więc do parku i siadam na ławce. Czasami siedzę tak nawet do północy, niezależnie od pogody. Przyglądam się tym wszystkim ludziom, którzy są niezadowoleni z życia, gdzieś pędzą, na coś narzekają, i strasznie się dziwię. Nie doceniają własnego życia, mimo że mają wszystko. My też mieliśmy i cieszyliśmy się z tego jak dzieci, pamiętasz? Teraz nie chcę nawet wspominać, bo wtedy tracę resztki radości, jakie mi po Tobie pozostały. Te resztki, z których raz na jakiś czas udaje mi się poskładać wiarygodnej maski, za którą skutecznie można ukryć prawdziwe emocje. Dlatego siadam na ławce i patrzę na innych, by nie myśleć, bo nic innego mi nie pozostało. Zabawne, że to właśnie ta ławka śni mi się nocami. W razie czego wiesz, gdzie mnie szukać – we śnie i na jawie.”
Ławka, na której przesiadywała dziewczyna, zazwyczaj była pusta. Jednak pewnego wieczora znalazła się na niej paczka związanych kopert. Na pierwszej z nich widniało imię dziewczyny. Gdy przyszła schować się w parku i zauważyła pakunek, była zaskoczona. Imię adresata było dla niej szokiem. Rozglądała się wokoło w poszukiwaniu osoby, która potencjalnie mogła zostawić listy. Gdy upewniła się, że w pobliżu nikogo nie ma i nikt nie obserwuje jej z ukrycia, usiadła nieśmiało na ławce, biorąc pakunek do rąk. Pociągnęła jeden koniec sznurka, rozwiązując kartki. Wzięła jedną z kopert i wyciągnęła ze środka list. Zaczęła w myślach czytać kolejne słowa, a w jej oczach zbierały się łzy. Odpowiedź na jej pierwszy, najbardziej nieporadnie napisany list znajdowała się w jej rękach. Przypomniała sobie treść swojego wywodu, cały żal i złość, jaką wtedy czuła. Miała odpowiedź na wszystko, każde pytanie, każdą tęsknotę, każdy list i spaloną w popielniczce kopertę. Tamten charakter pisma, to samo, tak dobrze jej znane poczucie humoru. Wszystko, o czym marzyła, co chciała odzyskać. Czytała kartkę za kartką, a te przeczytane spadały między jesienne liście na wilgotnej ziemi, tworząc wyjątkową, sentymentalną mozaikę.

Gdy z jej dłoni wypadł ostatni list, przymknęła oczy. Usłyszała głos – tak dobrze jej znany. Jednak ten oddalał się coraz bardziej, zastępowany przez obcy, nieprzyjemny, surowy. Płaszcz wydawał się starym kocem, listy – listkami. Tak, wokół było pełno liści. I łzy zdawały się być tylko jesiennym deszczem. Jawa – snem, sen – jawą. Nic już nie było pewne, prawdziwe. Nie wiedziała, co robić, co myśleć. Świat wywrócił się do góry nogami.
« »